Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serie na starcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serie na starcie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Kroniki krwi" Richelle Mead

9 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Kroniki krwi
Tytuł oryginału: Bloodlines
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 416

Sydney ma obecnie problemy w świecie alchemików. Nikt nie traktuje jej poważnie i nawet własny ojciec nie wie, czy jeszcze może jej ufać po pomocy, jakiej dziewczyna udzieliła dampirce Rose, która była uważana wtedy za królobójcę. Alchemicy są bowiem nastawieni do wampirów wrogo i nieprzyjaźnie, choć nieraz pracują u ich boku i ukrywają ich istnienie przed ludźmi. Uważają ich za krwiopijców i potwory, które nie mają prawa przebywać na ziemi. Po trudnych negocjacjach mających na celu ocalenie siostry Sydney zostaje wysłana na ważną misję – musi chronić Jill Dragomir, której grożą zdrajcy z dworu królewskiego. One dwie, dampir Eddie oraz moroj Adrian Iwaszkow ukrywają się w upalnym Palm Springs, które nie jest takim spokojnym miejscem pobytu, jak by się mogło wydawać… Czy alchemiczce uda się uratować honor rodziny? Co ją spotka podczas nowej misji?
Richelle Mead to jedna z tych autorek, po których książki sięgam bez zastanowienia, ponieważ wierzę w to, że mnie nie zawiodą. Przeczytałam już dwie serie, które wyszły spod jej pióra – „Akademię wampirów” i „Melancholię sukuba”. Obie pokochałam i szybko stały się moimi ulubionymi. Jestem zafascynowana światami i postaciami, jakie wykreowała, chcę ich poznać jak najwięcej.
„Kroniki krwi” to książka otwierająca nowy cykl o alchemiczce Sydney Sage. Jest to nowa opowieść z bohaterami poznanymi już w „Akademii wampirów”, co mnie bardzo ucieszyło, kiedy się o tym dowiedziałam. Mogłam powrócić do tamtej rzeczywistości i dowiedzieć się, co nowego wydarzyło się w świecie morojów i dampirów.
Intrygujące okazało się spojrzenie na wszystko z perspektywy Sydney. Pojawiła się ona już we wcześniejszej serii i była dla mnie wielką zagadką. Z jednej strony bała się wampirów i nie chciała z nimi przebywać, natomiast z drugiej między nią a Rose powstało coś na kształt przyjaźni. Dzięki „Kronikom krwi” mogłam poznać jej charakter, dowiedzieć się, o czym myśli i co tak naprawdę czuje. Jednak dziwnie się czułam, czytając o morojach i dampirach, nie patrząc na wydarzenia z perspektywy Rose. Pokochałam poprzednią bohaterkę i kiedy występowała w książce, nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że nie znam jej myśli.
W „Kronikach krwi” wystąpiły moje ulubione postaci. Przede wszystkim cudowny Adrian Iwaszkow, który nieraz doprowadzał mnie do śmiechu w „Akademii…”. Tutaj, co prawda, nieco spoważniał i wciąż przeżywał rozstanie z ukochaną, jednak nie brakowało mu sarkazmu i ironii, które mnie wcześniej urzekły. W wielu momentach naprawdę było mi go szkoda, choć do wielu nieszczęść sam się przyczynił. Oprócz Sydney, lepiej mogłam również poznać Jill Dragomir. Nieco irytowała mnie swoją lekkomyślnością, lecz często czułam dla niej współczucie, w końcu jej życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni w niespodziewanym momencie i nie zdążyła jeszcze przywyknąć do zmian.
Richelle Mead znowu pokazała, że ma głowę pełną pomysłów. Wprowadziła intrygujący wątek o tatuażach, który śledziłam z zapartym tchem. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach okaże się on równie interesujący.
W powieści wiele się działo, nie tylko pod koniec. Akcja cały czas utrzymywała dobre tempo, dzięki czemu bardzo wciągała. Niestety wyjaśnienia zagadek nie były dla mnie tak bardzo zaskakujące, jak powinny, w pewnym stopniu przewidziałam, co się stanie i to mnie nieco zawiodło. Lubię, kiedy autor wodzi czytelnika za nos i podsuwa fałszywe rozwiązania, a niestety pani Mead tym razem się to nie udało.
„Kroniki krwi” wypadły w moich oczach bardzo pozytywnie. Myślę, że są godną kontynuacją serii „Akademia wampirów”, lecz czy okażą się lepsze, pokażą kolejne części. Jak na razie była to bardzo dobra książka, ale wiem, że Richelle Mead stać na więcej. Już się nie mogę doczekać kolejnej części!
Moja ocena: 9/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

piątek, 10 stycznia 2014

"Łza" Lauren Kate

9 komentarzy:

Autor: Lauren Kate
Tytuł: Łza
Tytuł oryginału: Teardrop
Wydawnictwo: Galeria Książki
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 416

„Nigdy, przenigdy nie płacz” – tą zasadą Eureka kierowała się niemal przez całe życie. Tego nauczyła ją matka, z którą życie wydawało się łatwiejsze i piękniejsze. Lecz dziewczyna traci matkę na skutek nadejścia ogromnej, niespodziewanej fali, która zrzuciła ich samochód z mostu. Ciała kobiety nie odnaleziono, a nastolatka uważa, że to ona powinna utonąć. Życie bez ukochanej rodzicielki wydaje się nie mieć sensu, lecz Eureka do tej pory nie uroniła ani jednej łzy. Wszystko zmienia się w dniu, kiedy poznaje tajemniczego Andera, który często znika i w najmniej oczekiwanej chwili się zjawia. Dziewczyna otrzymuje również spadek po matce, lecz nie rozumie intencji Diany, nie wie, do czego mogą przydać jej się te przedmioty. Wkrótce nastolatka przekonuje się, jak wiele tajemnic ukrywała przed nią najbliższa jej osoba. I poznaje historię, która może nie być zwykłą fantazją…
Z twórczością Lauren Kate miałam już raz styczność. Seria „Upadli” zbierała różnorodne opinie, jednym książki bardzo się podobały, innym nie, ale moim zdaniem pierwsza część wypadła bardzo dobrze. Autorka stworzyła ciekawą historię, która wciągnęła mnie bez reszty. Kiedy niedawno przeglądałam nowości wydawane za granicą, zauważyłam najnowszą powieść Lauren Kate, która bardzo mnie zaintrygowała wątkiem łez i marzyłam o tym, by wydano ją w Polsce. Niedawno moje marzenie się ziściło. I cóż mogę rzec o „Łzie”?
O ile opis wydawcy zwiastuje nieco schematyczną książkę (ileż już było śmierci rodziców, tajemniczych i natarczywych chłopców, zagadkowych spadków?), treść zdecydowanie wybija się ponad większość lektur okrzykniętych światowymi bestsellerami. Przede wszystkim na uwagę zasługuje interesujące i oryginalne wykorzystanie mitu o Atlantydzie. Nie ukrywam, że bardzo intryguje mnie historia o zatopionej starożytnej cywilizacji, a Lauren Kate przedstawiła ją w nowym świetle. Pomysł okazał się zachwycający i z mojej strony pisarka zdobyła ogromne uznanie.
Eurekę od samego początku darzyłam dużą sympatią. Zaimponowała mi swoim opanowaniem i zdolnością nie załamywania się nawet w najgorszych chwilach. Zawsze umiała znaleźć wyjście z jakiejś sytuacji, choć czasem potrzebowała czasu na trzeźwe rozpatrzenie całej sprawy. Często bywa tak, że nawet moi ulubieni bohaterowie zdenerwują mnie niezbyt mądrymi i pochopnymi wyborami, jednak tym razem zazwyczaj popierałam i rozumiałam decyzje Eureki. Jej przyjaciel, Brooks, wzbudził we mnie wiele emocji. Na początku go lubiłam, jednak kiedy zaczął się zmieniać, bardzo mnie denerwował. Czułam się, jakbym znała go od dawna, tak jak główna bohaterka i po jakimś czasie przestałam go poznawać. Rozumiałam wszystkie emocje, które targały Eureką, ja czułam to samo.
Język autorki zdecydowanie zmienił się na lepsze. Lauren Kate wciąż się rozwija, nie stoi w miejscu jak niektórzy pisarze. Pomiędzy „Upadłymi” a „Łzą” stworzyła kilka książek i doskonale widać różnicę stylu między jedną a drugą lekturą. Jej najnowsze dzieło zostało napisane lekkim piórem, czyta się je płynnie i z nieukrywaną przyjemnością.
W całej powieści znalazłam tylko jeden minus. Akcja rozkręca się dopiero pod koniec, a przez resztę książki niestety stoi ona w miejscu. Nie ma nagłych zwrotów akcji, nie zmroziło mi krwi w żyłach. Mimo to „Łza” bardzo wciąga i niemal nie zauważa się tego mankamentu.
Na szczególną uwagę zasługuje piękne wydanie książki. Okładka jest zjawiskowa i magiczna, kiedy pierwszy raz ją ujrzałam, zachwyciła mnie. Bardzo się cieszę, że wydawnictwo zostawiło oryginalną, jest naprawdę piękna.
„Łza” niezmiernie przypadła mi do gustu. To ciekawa historia i nawet się nie spodziewałam, że aż tak mi się spodoba. Czytało się ją bardzo przyjemnie, a kiedy skończyłam, poczułam niedosyt. Chciałam wiedzieć, co będzie dalej, za mało tajemnic zostało odkrytych! Już się nie mogę doczekać drugiej części, która ukaże się w następnym roku. Serdecznie polecam i mam nadzieję, że pani Lauren Kate jeszcze nieraz mnie zaskoczy.
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!

piątek, 3 stycznia 2014

"Krąg" Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren

14 komentarzy:

Autor: Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren
Tytuł: Krąg
Tytuł oryginału: Cirklen
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 576

Engelsfors to małe i spokojne miasteczko. Każdy zna tam każdego i nigdy nie dzieje się nic dziwnego. Niełatwo się w nim rozwinąć, znaleźć jakąś porządną pracę. W jedynym centrum handlowym większość sklepów jest pozamykana. W tym miejscu mieszka sześć dziewczyn z liceum, na pozór całkiem zwyczajnych. Ich normalne życie zostaje przerwane w dniu, kiedy ich kolega ze szkoły popełnia samobójstwo. Niedługo po tym wydarzeniu nastolatki widzą na niebie krwistoczerwony księżyc i tracą kontrolę nad swoim ciałem. Ktoś lub coś prowadzi je do parku, gdzie dochodzi do ich spotkania. Dowiadują się, że posiadają pewne zdolności, jakich nie mają zwykli ludzie. Jedna może zmuszać innych do zrobienia czegoś, czego nie chcą, inna umie przenosić przedmioty myślami, a kolejne mają dziwaczne sny. Muszą stworzyć krąg i trzymać się razem, aby powstrzymać niebezpieczeństwo, które im grozi.
Mats Strandberg jest szwedzkim pisarzem i dziennikarzem. „Krąg” nie jest jego pierwszą wydaną powieścią, już wcześniej pisał, ale dopiero wspomniany tytuł przyniósł mu sławę. Sara Bergmark Elfgren zadebiutowała książką stworzoną z Matsem, wcześniej natomiast pracowała jako scenarzystka. Oboje zostali nominowani do nagrody Augustpriset dla najlepszych dzieł literackich, jakie ukazały się w Szwecji.
Do przeczytania powieści skłoniło mnie wiele pochlebnych opinii. Prawie każda recenzja, jaką czytałam, była pozytywna i bardzo zachęcała mnie do lektury. Chyba nikt mi się nie dziwi, że podchodziłam do „Kręgu” z wielkim entuzjazmem. I jak książka wypadła w moich oczach? Rozczarowałam się czy wręcz przeciwnie?
Początkowo podczas czytania poczułam się oszukana. To nie było to, z czym wiązałam nadzieję. Chciałam w końcu poczytać coś porządnego o magii, czarownicach, a do tej pory nie trafiałam na nic wartego uwagi. Akcja zbyt wolno się rozwijała. Zanim dziewczęta się w końcu spotkały, ja zdążyłam się już zniecierpliwić. Jednak im dłużej czytałam, tym bardziej powieść mi się podobała. Po około dwustu stronach tak mnie wciągnęła, że cały dzień siedziałam przy lekturze i nie zdołałam się od niej oderwać.
Zżyłam się z sześcioma głównymi bohaterkami. Na początku obawiałam się, że będą mi się mylić, że będą do siebie bardzo podobne, lecz pozytywnie się zaskoczyłam. Każda z dziewczyn miała zupełnie inny charakter, inne problemy, moce. Najbardziej polubiłam Minoo za jej zaangażowanie i inteligencję, jest dla mnie także najbardziej intrygującą postacią. Na nie mniejszą sympatię zasłużyła także Rebecka. Żałuję, że tak rzadko pojawiała się w książce.
Autorzy poruszyli w swojej powieści kilka ważnych tematów. Jednym z nich jest znęcanie się nad rówieśnikami w szkole. Ukazali, jak to może wpłynąć na osoby, które są krzywdzone. Kolejną sprawą jest śmierć bliskich osób i radzenie sobie z zaistniałą sytuacją. Pisarze umiejętnie wpletli te wątki do książki, nie są przedstawione w sposób przesadny czy sztuczny, lecz bardzo realnie.
Mats Strandberg i Sara B. Elfgren dobrze się ze sobą zgrali, pisząc powieść. Często bywa tak, że kiedy dwóch autorów tworzy coś razem, w niektórych momentach widać różnice stylu i pewien chaos, a w tym przypadku wydawało mi się, jakby „Krąg” pisała jedna osoba. Książka wiele na tym zyskała, a pisarzom należą się brawa.
Powieść była pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Kiedy już domyślałam się, kto za tym wszystkim stoi, okazywało się, że nie byłam nawet bliska prawdy. Myślałam tak, jak chcieli autorzy, zmylili mnie i zaskoczyli odkrywanymi sekretami, przedtem trzymając w napięciu.
„Krąg” to bardzo dobra historia. Może nie taka, jakiej się spodziewałam, ponieważ wyobrażałam sobie zupełnie co innego, ale czuję się pozytywnie zaskoczona. Jak dla mnie było za mało magii, ale to tylko jeden z niewielu minusów. Już się nie mogę doczekać drugiej części. Serdecznie polecam.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl