Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/10. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 stycznia 2014

"Zakochana w mroku" Franny Billingsley

11 komentarzy:

Autor: Franny Billingsley
Tytuł: Zakochana w mroku
Tytuł oryginału: Chime
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 404

Briony uważa, że jest wiedźmą. Ma drugi wzrok, widzi istoty z innego świata, Prastarych, jest leworęczna i wystarczy chwila braku kontroli nad emocjami, a może stać się katastrofa. Dziewczyna ma nauczkę po tragicznych wydarzeniach, których przyczyną była jej moc. Raz skrzywdziła siostrę bliźniaczkę, raz ukochaną macochę, co doprowadziło do jej śmierci… Dlatego Briony dostaje zakaz odwiedzania Bagien, gdzie jej moce przybierają na sile. Jednak wszystko zmienia się, gdy do miejscowości, w której mieszka, przybywa przystojny Eldric. Pomimo złego nastawienia nastolatki, zachowuje się on bardzo przyjaźnie w stosunku do niej i są zmuszeni razem udać się na Bagna. Dziewczyna zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę jest taka zła i niebezpieczna, jak twierdziła jej macocha…
Franny Billingsley to amerykańska autorka fantastycznych powieści dla dzieci i młodzieży. Napisała dopiero cztery książki, ale zdobyły one wiele wyróżnień i nagród. W Polsce ukazało się tylko jedno jej dzieło – „Zakochana w mroku”.
Od samego początku nie byłam pozytywnie nastawiona do lektury. Słyszałam o niej wiele złego, a bardzo mało dobrego. Wszyscy mnie zniechęcali do przeczytania, jednak chciałam się przekonać, czy powieść rzeczywiście jest taka słaba. Po zapoznaniu się z kilkoma pierwszymi stronami zrozumiałam niechęć innych i negatywne opinie. Zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem książka odniosła sukces w Ameryce, ponieważ ciężko mi znaleźć w niej coś pozytywnego.
„Zakochana w mroku” została napisana bardzo chaotycznie. Czytając początek, nie rozumiałam o co chodzi, ani co się dzieje. Bohaterka tylko co kilka zdań powtarzała, jaka jest niecna i nikczemna. Przebieg akcji przerywały bezsensowne przemyślenia Briony, które w większości były takie same. Miałam wrażenie, że autorka „zapychała” nimi książkę.
Postaci były bardzo słabo wykreowane. Zostały przedstawione niezbyt porządnie i zapamiętałam tylko kilku ważniejszych bohaterów. O żadnym nie zostało jednak zbyt dużo powiedziane, nawet jeżeli ktoś mnie zainteresował na tyle, że chciałabym więcej się o nim dowiedzieć. Przykładem jest Rose, siostra Briony. Choć często pewne wydarzenia z przeszłości zostały wspominane, to zazwyczaj się urywały i nie mogłam poznać ich dalszej części. To wprowadzało wielki chaos i zamęt.
Styl Franny Billingsley nie przypadł mi do gustu. Użyła w powieści bardzo specyficznego języka, do którego długo nie mogłam się przyzwyczaić. Jak już wcześniej wspominałam, zbyt często główna bohaterka powtarzała, że jest niecna czy nikczemna, co po jakimś czasie nawet zaczęło mnie śmieszyć. Jakby nie można było napisać „zła” albo „niebezpieczna”, czy „groźna”.
Chyba jedynym plusem książki było zakończenie. Wszystkie sprawy zostały rozwiązane i muszę przyznać, że autorka miała niezły pomysł. Szkoda, że wcześniej nie pokazała, na co ją stać. Dopiero ostatnie pięćdziesiąt stron mi się spodobało i doszłam do wniosku, że powieść nie była taka zła, jak na początku myślałam. Ale to też nie oznacza, że dobra.
„Zakochana w mroku” niczym mnie nie zaskoczyła (może poza końcówką). Spodziewałam się dokładnie takiej książki i przynajmniej się nie rozczarowałam tak bardzo. Czytało się ją dość ciężko i cieszę się, że mam ją już za sobą. Wolę zapomnieć o tej lekturze i nigdy więcej do niej nie wracać. Nie polecam.
Moja ocena: 3/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II  

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"Kroniki ciemności. Łowca demonów" Agnieszka Michalska

10 komentarzy:

Autor: Agnieszka Michalska
Tytuł: Kroniki ciemności. Łowca demonów
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013
Liczba stron: 200

Trzy siostry, Phoebe, Piper i Paige są czarownicami. Wciąż ćwiczą swoje zdolności, aby móc skutecznie walczyć ze złem. Pewnej nocy zostaje zniszczony najpotężniejszy demon, który stanowił ogromne zagrożenie dla świata magii. Dziewczęta mają za zadanie zająć się swoją kuzynką, której matka zginęła w bitwie. Dostają również wyraźny zakaz ujawnienia dziecku tego, że są czarownicami, aż do piętnastych urodzin Katy. Dzień ten wydaje się nastolatce od początku dziwny. Jej kuzynki zachowują się, jakby coś przed nią ukrywały, a podczas przyjęcia dzieje się coś, co na zawsze zmienia jej życie… Jaką rolę odegra w tej walce dobra ze złem? Kto zwycięży? Czy świat znowu będzie bezpieczny?
Agnieszka Michalska to bardzo młoda polska pisarka. Ma osiemnaście lat i mieszka w Czempiniu. W tym roku na rynku wydawniczym pojawił się jej debiut – „Kroniki ciemności”. Na początku miała być to kilkutomowa seria, jednak niedawno autorka poinformowała, że nie będzie kontynuacji. Obecnie Agnieszka jest w trakcie pisania nowej książki – „Echo cierpienia”.
Jak tylko usłyszałam o tej powieści i dowiedziałam się co nie co o fabule, od razu na myśl przyszedł mi serial, który kiedyś od czasu do czasu oglądałam, a mianowicie „Czarodziejki”. Podobieństwo było uderzające, dlatego chciałam przeczytać książkę, aby zobaczyć, czy jest tylko kopią serialu czy może czymś lepszym. Na samym wstępie autorka pisze, że inspirowała się „Czarodziejkami”, lecz w tym dziele opisze historię dziewczyny, którą dołączyła do ich grona. Na początku byłam wzburzona. Nie mam nic przeciwko, kiedy ktoś pisze o dalszych, wymyślonych losach swoich ulubionych bohaterów. Dzięki temu można się naprawdę wiele nauczyć. Ale moim zdaniem wydawanie takiej książki to już przesada. Kupując powieść, ludzie chcą poczytać o czymś nowym, a nie wciąż powielane historie. Na szczęście w „Kronikach ciemności” podobieństwa do serialu szybko się kończą i widać, że autorka posiłkowała się głównie swoimi pomysłami i wyobraźnią.
Bohaterowie zostali niezbyt dobrze wykreowani. Trzy siostry nie zostały wyraźnie przedstawione, tylko na początku znalazł się ich krótki opis, ale szybko zapomniałam która jest którą. Może to być również winą ich bardzo podobnych imion. Natomiast w Katy znalazłam wiele sprzeczności. Przyjaciele i rodzina byli dla niej najważniejsi, poświęcała im życie, ale później twierdziła, że jest w stanie ich porzucić i powstrzymać uczucia, jakimi ich darzy. Próbowała udowodnić samej sobie coś na siłę. Nieco irytował mnie również fakt, iż prawie wszystkie imiona zaczęły zaczerpnięte z serialu. Jest to w sumie mało znaczące, ale wystarczy ruszyć wyobraźnią i znajdzie się wiele innych.
Niestety powieść mnie nie wciągnęła. Często podczas czytania się nudziłam. Nawet walki i nieoczekiwane zwroty akcji mnie nużyły, zamiast zaciekawić. Nie czułam chęci poznania dalszej części historii, mało się w niej działo i nic za bardzo mnie nie zainteresowało.
Język autorki pozostawia wiele do życzenia. Przeszkadzało mi to, że od razu opisywała każdą osobę, miejsce, przez co wszystko zaczynało mi się mieszać. Opisy powinny zostać wprowadzone stopniowo, a bohaterów czytelnik zacznie sam poznawać podczas lektury. Agnieszka Michalska powinna jeszcze wiele ćwiczyć, ale się nie poddawać.
W książce znalazłam kilka podobieństw do innych dzieł. Najczęściej do „Harry’ego Pottera”. Pan Hurley kojarzył mi się z Hagridem, a wątek fałszywej wizji z wizją Harry’ego o Syriuszu. Może tylko tak mi się wydawało, ale podobieństwa były zbyt duże, aby okazało się to przypadkiem.
„Kroniki ciemności. Łowca demonów” to słaba książka. Ciężko znaleźć mi w niej pozytywy, czytając ją bardzo się nudziłam i nie mogłam się doczekać końca. Oczywiście od razu nie skreślam młodej pisarki, chętnie zapoznam się z kolejnymi jej powieściami. To dopiero jej debiut, uważam, że będzie coraz lepiej i tego jej życzę. Tej lektury nie polecam.
Moja ocena: 3/10

Za egzemplarz książki dziękuję portalowi Zaczytajsie.pl
http://zaczytajsie.pl/

sobota, 21 grudnia 2013

"World War Z" Max Brooks

11 komentarzy:

Autor: Max Brooks
Tytuł: World War Z
Tytuł oryginału: World War Z
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Miejsce i rok wydania: Poznań 2013
Liczba stron: 544

W Chinach pojawia się pacjent „zero”. Jest on zarażony dziwaczną i przerażającą chorobą, która sprawia, że po śmierci ciało się reanimuje i staje się potworem żądnym ludzkiego mięsa. Poprzez ugryzienie innego człowieka zaraża go tym „wirusem”. Wkrótce coraz więcej ludzi z całego świata zaczyna przemieniać się w krwiożercze zombie, a władze wielu państw ukrywają ten problem przed obywatelami lub go ignorują. Jednak już po kilku miesiącach sprawa dotyczy całego świata. Choroba zawładnęła ludzkością, każdy broni się, jak może, lecz wygląda na to, że z zombie nie da się wygrać. Czy to oznacza koniec świata? Jak mogło do tego dojść? Skąd wzięła się choroba? „World War Z” odpowie Wam na te pytania.
Max Brooks to amerykański pisarz, aktor i autor scenariuszy. Specjalizuje się w gatunku science fiction. W 2003 roku wydał przewodnik „Zombie Survival” opowiadający o tym, jak obronić się przed żywymi trupami. Podobny temat poruszył w „World War Z” wydanej w 2006 roku – w Polsce niedawno wznowiono książkę z nową okładką. Brooks jest synem reżysera i producenta. Sam występował w wielu serialach i brał udział w współtworzeniu filmów animowanych.
Sama nie wiem, czemu sięgnęłam po tę powieść. Może dlatego, że ostatnio sporo o niej słyszałam, ponieważ do kin wszedł film? W każdym razie książka mnie ciekawiła i zbierała dużo, naprawdę dużo pozytywnych opinii. A ja nigdy nie czytałam nic o zombie. Po prostu ten temat mnie zbytnio nie interesował, do niedawna wręcz odpychał i nie czułam potrzeby zapoznania się bliżej z tymi potworami. Jednak postanowiłam dać szansę „World War Z” i przekonać się, co Max Brooks stworzył i co tak zachwyciło innych. Niestety nie dowiedziałam się tego i nie potrafię zrozumieć fenomenu powieści. Gdyby nie to, że ostatnio pojawiło się kilka nowych książek o zombie, które również mnie interesują, nigdy więcej nie sięgnęłabym po tego typu literaturę.
Wypożyczając lekturę z biblioteki, nie wiedziałam jeszcze, w jakiej formie jest ona napisana. Dopiero później, kiedy do niej zajrzałam, zaskoczył mnie fakt, że całość to zbiór wielu wywiadów jednego bohatera z mnóstwem innych postaci z przeróżnych miejsc na Ziemi. Zostały one dobrze przeprowadzone i wydawały się niesamowicie realne. Chwilami zastanawiałam się, czy to oby na pewno zmyślona historia. Wyglądały one niczym z najlepszych reportaży i gazet. Podziwiam autora również za to, że stworzył tylu oryginalnych bohaterów. Każda z osób opowiadających historię była inna, miała swoją przeszłość, cechy charakteru, które dobrze było widać podczas czytania. Nie wiem, czy ja bym umiała wczuć się w tyle postaci.
Niestety książka nie przeraziła mnie tak, jak powinna, nie zmroziła mi krwi w żyłach. Przeszkadzała w tym właśnie forma wywiadów – wydarzenia nie zostały dokładnie opowiedziane. Nie wzbudzały we mnie prawie żadnych emocji, może z zaledwie kilkoma wyjątkami. Do tej pory pamiętam historię niewidomego ogrodnika – ona najbardziej zapadła mi w pamięć i nawet wzruszyła.
Irytujący okazał się także fakt, że powieść nie jest jedną spójną historią, tylko dziesiątkami (setkami?) różnych, które łączy jeden motyw – wojna zombie. Za każdym razem inne miejsce akcji, inni bohaterowie, inne wydarzenie. Co prawda, każdemu Brooks poświęcił odpowiednią ilość stron, ale to nie jest wystarczająco dużo – to tylko streszczenie sytuacji, pominięcie szczegółów.
Podczas czytania okropnie się nudziłam. Często miałam dość lektury, chciałam ją jak najszybciej skończyć. A zajęła mi prawie dwa tygodnie. Nie miałam siły do niej wracać, ale mimo wszystko dawałam jej wiele szans. Miałam nadzieję, że może później będzie lepiej.
Podsumowując, bestseller „Wold War Z” nie podobał mi się. Znalazłam w nim kilka pozytywnych aspektów, ale to za mało jak na moje oczekiwania. Po powieści tego autora już raczej nie sięgnę, ale po literaturę z motywem zombie chętnie. Może inna książka bardziej przypadnie mi do gustu? Mam szczerą nadzieję, że tak. „World War Z” ze swojej strony nie polecam, choć możliwe, że innym może się spodobać.
Moja ocena: 3/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ

sobota, 13 października 2012

"Mroczny anioł" Eden Maguire

14 komentarzy:

Autor: Eden Maguire
Tytuł oryginału: Dark Angel
Wydawnictwo: MAK Verlag
Miejsce i rok wydania: Bremen 2011
Liczba stron: 384
Cena: 32,90 zł

Tania często miewa koszmary o pożarze. Po części jest to spowodowane tym, że w okolicy, w której mieszka nie trudno o katastrofę. Wystarczy niedogaszone ognisko a wszystkie domy w pobliżu mogą spłonąć. Tak jak ten, który stał kiedyś na miejscu obecnego domu Tani. W pożarze zginęła malutka dziewczynka oraz jej rodzice. Właśnie dlatego ma nocne koszmary i kiedy słyszy o ogniu, zaczyna się dusić i widzieć zbliżające się płomienie. Pewnego dnia wszyscy z miasteczka dostają zaproszenie na imprezę urządzaną przez wielkiego gwiazdora Zorana Brancusiego. Zakończył on swoją karierę po strasznym wypadku samochodowym, w którym prawie zginął. Wszyscy mają nadzieję, że zamierza powrócić z nową płytą, dlatego na przyjęciu pojawiają się wszyscy młodzi mieszkańcy. I właśnie od tego wydarzenia zaczyna się cała historia…
Eden Maguire zrobiła doktorat z literatury angielskiej na Uniwersytecie w Birmingham, jej największą pasją są podróże, uwielbia jeździć konno i interesuje się sztuką. Jest autorką serii „(Nie)Umarli”, która liczy sobie już cztery części i powieści „Mroczny anioł”, którą miałam ostatnio przyjemność (lub nie) przeczytać.
Jak już wcześniej wspomniałam, impreza u pana Brancusiego jest początkiem przygody Tani, pociąga za sobą lawinę kolejnych wydarzeń, które zmieniają życie grupy przyjaciół. Niepozorny organizator zaczyna się do nich zbliżać, coraz częściej spędzają czas w jego posiadłości, przy czym zmieniają się diametralnie. A zmiany w zachowaniu zaczynają niepokoić wszystkich dookoła, łącznie z Tanią…
Muszę przyznać, że nie jestem zachwycona. Pomysł na książkę dość kiepski, wykonanie też nie najlepsze. Powieść jest przewidywalna i tylko jeden raz autorce udało się mnie zaskoczyć. Ale też nie wbiło mnie w fotel. Sama nie wiem, czego się spodziewałam, chyba tzw. odmóżdżacza, który pomógłby mi chwilę odetchnąć i na jakiś czas wciągnąć w swój świat, może nie najlepiej wykreowany, ale pomagający zapomnieć o rzeczywistości. I rzeczywiście coś podobnego otrzymałam.
Może zacznę od plusów, których jest niestety mniej. „Mroczny anioł” strasznie wciąga i kiedy obiecywałam sobie „tylko jeden rozdział”, oczywiście na tym się nie kończyło. Więc nie było aż tak strasznie.
Dodatkowo autorka starała się ukazać, jak ważną wartością w naszym życiu jest miłość i choć niezbyt dobrze jej to wyszło, liczą się dobre chęci. Przesłodziła to uczucie i z każdym „kocham cię” coraz bardziej mnie mdliło. Pary kłóciły się ze sobą, a chwilę później wyznawały miłość. To było po prostu nudne.
Eden Maguire pisze bardzo chaotycznie, czasem zdawało mi się, że sama nie wie o co jej chodzi, więc czytelnikom jest jeszcze trudniej. I najwidoczniej postanowiła sobie ułatwić życie nie dodając opisów, których jest tyle co kot napłakał. Do tego mnóstwo literówek, które są już winą wydawnictwa. To aż raziło po oczach. Nie było rozdziału, gdzie nie zgubiono jednej literki w najprostszych słowach.
Wydawnictwo nie popisało się też tworząc okładkę. Według mnie jest okropna i tandetna. Zniechęca do czytania. Gdybym oceniała książki po okładce, ta powieść nie otrzymałaby lepszej oceny.
Bohaterowie zostali pobieżnie potraktowani, autorka skupiła się tylko na tych ważniejszych, jakby bała się, że gdy nada jakichś cech charakteru innym, reszta straci swoje. Wyobraźcie sobie, że stoicie nad kałużą (bo tak płytkie są postacie) i wrzucacie do niej kamień. Odbicie staje się niewyraźne i taki właśnie obraz bohaterów stworzyła Eden Maguire. Natomiast Tania, której autorka poświęciła trochę więcej czasu, ogromnie mnie irytowała. Naiwna i głupiutka dziewczyna, której powinno się odjąć co najmniej trzy lata, aby zachowywała się jak osoba w jej wieku.
W „Mrocznym aniele” ciężko znaleźć powód, dla którego warto przeczytać tę książkę. Przedstawiona historia nie ma sensu, a kiedy dowiedziałam się, że Maguire pisze kolejną część, załamałam się. Nie widzę potrzeby kontynuowania opowieści, wszystko zostało wyjaśnione i nie czuję żadnego niedosytu. „Podstępne serce” będzie jeszcze większym gniotem niż pierwsza część. Nie polecam, chyba że ktoś lubi czasem poczytać typowe odmóżdżacze.
Moja ocena: 3/10
Za książkę dziękuję portalowi nakanapie.pl

piątek, 27 kwietnia 2012

"Sen" Lisa McMann

4 komentarze:

Autor: Lisa McMann
Tytuł: Sen
Tytuł oryginału: Wake
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2009
Liczba stron: 174
Cena: 19,80
 
Siedemnastoletnia Janie widzi cudze sny. Wciągana w nie wbrew własnej woli, staje się przymusowym świadkiem rozgrywających się w nich wydarzeń. Pewnego dnia do klasy przychodzi nowy chłopak… który potrafi kontrolować sny. Ale nawet on może okazać się bezradny, gdy Janie trafi w środek koszmaru. Po raz pierwszy jest kimś więcej niż obserwatorką czyichś makabrycznych fantazji. Jest ich uczestniczką…
 
Fragment:
„Janie Hannagan czuje, jak podręcznik do matematyki wyślizguje się z jej palców. Kurczowo łapie brzeg stołu w szkolnej bibliotece. Wszystko robi się czarne i ciche. Janie opiera głowę na stole. Próbuje się z tego wyrwać, ale nie daje rady. Jest dzisiaj zbyt zmęczona. Zbyt głodna. Naprawdę nie ma na to czasu.
I nagle.
Siedzi na trybunach stadionu futbolowego, oślepiona światłami, milcząca wśród ryczącego tłumu.
Spogląda na ludzi siedzących wokół niej – kolegów z klasy, rodziców – próbując zidentyfikować śniącego. Czuje, że śniący się boi, ale gdzie on jest? W końcu patrzy na boisko. Odnajduje go. Przewraca oczami.
To Luke Drake. Nie ma co do tego wątpliwości. To jedyny nagi zawodnik na boisku, na którym ma się właśnie zacząć mecz z okazji zjazdu absolwentów. […]
Luke spogląda na Janie błagalnym wzrokiem, gdy piłka leci w jego stronę niczym pocisk, w zwolnionym tempie.
- Pomocy – jęczy.”
 
Widzisz cudze sny. Zostajesz w nie wciągany wbrew własnej woli i w każdej chwili może się to zdarzyć. Wystarczy, że ktoś w pobliżu się zdrzemnie, choćby na chwilę. Jeżeli jest to zwykły, spokojny sen, możesz wyjść, ale jeżeli jest to jeden z tych najgorszych koszmarów, musisz oglądać do końca. Nie potrafisz nawet odwrócić wzroku. A każdy ze śniących prosi cię o pomoc, choć o tym nie wie. Błagalne spojrzenia, ciche „proszę”… Chciałbyś pomóc, ale nie potrafisz. Uważasz, że to niemożliwe. Janie zaczynają przytłaczać prośby śniących, nie umie już patrzeć na cierpienie. Wie, że inni ludzie nie są wciągani bez powodu w cudze sny i nie może z nikim o tym porozmawiać. A wszystko zaczęło się, gdy miała osiem lat…
Nigdy nie słyszałam o takiej książce jak „Sen”. I nie miałabym pojęcia, że taka istnieje, dopóki nie znalazłabym jej w bibliotece. Pewnie nie zdecydowałabym się na nią, gdyby nie fakt, że miała 174 strony. Pomyślałam, co mi szkodzi, jeden stracony wieczór to nie tak wiele. Ha! Gdybym wtedy wiedziała ile mi to zajmie, dałabym sobie z nią spokój.
Lisa McMann miała świetny pomysł na powieść.  Mogłaby jednak bardziej rozbudować fabułę i ją dopracować. Tak naprawdę przez prawie dwieście stron nic się nie działo. Cały czas to samo. Szkoła, sny, praca w domu opieki, sny, spotkania z przyjaciółką oraz Cabelem, sny. Nic nie wzbudziło we mnie zainteresowania. Nawet sny, które powinny być intrygujące, powinny trzymać w napięciu, były po prostu nudne. Autorka powinna bardziej się postarać. Gdyby włożyła w to choć trochę serca, inaczej czytałoby się książkę.
Bohaterowie. I jak tu o nich nie wspomnieć. Żaden nie wyróżnia się z tłumu, wszyscy są tacy sami. Nie, przepraszam, różni ich imię i nazwisko. Nikogo nie dało się polubić, okropnie mnie irytowali. Jedyną bohaterką, na którą zwróciłam uwagę była niewidoma pani Stubin. Ciężko powiedzieć dlaczego, nie zdradzając szczegółów.
Irytujący był także wątek miłosny. Bo to na nim za bardzo skupiła się autorka, a i tak był taki mdły. Od razu wiadomo, jak się skończy. A mówiąc o przewidywalności, to ciężko jest zgadnąć jak się skończy książka i o czym będą następne części. I nie, nie jest to plusem. Dlaczego? Dlatego, że pani McMann skupiła się na innych, mało ważnych rzeczach, a te istotne gdzieś tam były, ale się schowały. Prawie niewidoczne. Znajdź sobie sam, po co mam się męczyć. To były zapewne myśli Lisy McMann.
Książka zupełnie nie przypadła mi do gustu. Nie wiem, jak to możliwe, że stała się bestsellerem. Nie polecam, nie warto się męczyć. Mimo wszystko mam nadzieję, że druga część jest choć trochę lepsza. Jednak nie mam zamiaru w najbliższym czasie sprawdzać. Nie mam już nic więcej do powiedzenia.
Moja ocena: 3/10