Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 czerwca 2014

"Greckie wakacje" Alyson Noël

9 komentarzy:

Autor: Alyson Noël
Tytuł: Greckie wakacje
Tytuł oryginału: Cruel Summer
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2013
Liczba stron: 224

Rodzice Colbie postanawiają się rozwieść i wysyłają córkę na całe wakacje na małą grecką wyspę, aby nie musiała wysłuchiwać ich kłótni. Dziewczyna jest zrozpaczona, ponieważ te dwa miesiące miały być najlepszymi w jej życiu. Właśnie zaprzyjaźniła się z najpopularniejszą dziewczyną w szkole i ma szansę zdobyć chłopaka, który od dawna jej się podobał. Wakacje w Grecji wcale jej nie interesują, a szczególnie mieszkanie u zwariowanej ciotki, która nie ma ani telewizora, ani komputera. Jak utrzyma kontakt z nowymi znajomymi? I jak przetrwa dwa miesiące bez Internetu? A może pozna w Grecji nowych przyjaciół i jednak wyjazd nie będzie tak zły?
Alyson Noël pochodzi z Orange County z Kalifornii, a obecnie mieszka w Laguna Beach. Próbowała wielu zawodów, lecz najlepszym okazało się pisarstwo, którym do tej pory się zajmuje. Jej najbardziej znane cykle to „Nieśmiertelni”, „Riley Bloom” i „Soul Seekers, czy najnowsza seria, która nie została jeszcze wydana w Polsce. Moim pierwszym spotkaniem z autorką było „Ever”, które okazało się przeciętne i nie mam zamiaru czytać kolejnych części. Postanowiłam dać Alyson Noël jeszcze jedną szansę, dlatego sięgnęłam po „Greckie wakacje”, które zapowiadały się na świetną, lekką opowiastkę.
Pierwszym, na co zwróciłam uwagę, gdy zaczęłam czytać książkę, okazał się język autorki. Zupełnie nie przypadł mi do gustu i na początku bardzo mnie irytował. Rozumiem, że pani Noël chciała dopasować styl pisania do odbiorców, powinien on być lekki i zrozumiały, niezbyt wymagający, jednak nie aż tak. Zdania są bardzo krótkie, nierozbudowane, brakowało mi opisów. Czułam się, jakbym czytała naiwną książeczkę pisaną przez nastolatkę. Później się do tego przyzwyczaiłam, ale wciąż pozostaję przy swoim zdaniu, że powieści skierowane do młodzieży powinny zostać napisane bogatym językiem, dzięki temu zyskują na wartości.
Książka jest bardzo przewidywalna. Już zaczynając lekturę mogłam powiedzieć, jak się skończy. Oczekiwałam, że autorka jednak choć trochę mnie zaskoczy, lecz niestety się rozczarowałam.
Bohaterowie również nie są mocną stroną powieści. Colbie nieraz mnie irytowała. To idealny obraz nastolatki uzależnionej od Internetu, u której na samej górze listy wartości życiowych jest popularność, imprezowanie itd. Wraz z przebiegiem akcji jej nastawienie do życia nieco się zmieniało (na dobre), jednak wciąż nie była to bohaterka, którą mogłabym na dłuższy czas zapamiętać. Natomiast Janis wydawał mi się wyidealizowany. Autorka starała się przedstawić go w jak najlepszym świetle i zapomniała, że każdy prawdziwy człowiek powinien mieć wady.
Ta powieść świetnie nadaje się na upalne, wakacyjne dni jako niezobowiązująca lektura. Ja właśnie tak ją potraktowałam. Wyszłam na zewnątrz się opalać i zaczerpnąć świeżego powietrza i czas umilałam sobie tą książką. Nie jest ona zbyt dużych rozmiarów, więc łatwo zmieści się do torebki. Można ją zabrać na plażę i wczuć się wtedy w ten grecki, wakacyjny klimat.
„Greckie wakacje” to przeciętna lektura, o której szybko zapomnę. Sięgając po nią, liczyłam na coś więcej i nieco się zawiodłam. Słyszałam kilka dobrych opinii i myślałam, że okaże się ona lepsza. Czyta się ją bardzo szybko, wystarcza tylko kilka godzin, nawet mniej, więc nie traci się przez nią zbyt dużo czasu. Nie polecam tej książki, ale też nie odradzam. Sami zdecydujcie, czy chcecie się z nią zapoznać.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!

sobota, 15 marca 2014

"Mroczna toń" Tricia Rayburn

10 komentarzy:

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Mroczna toń
Tytuł oryginału: Dark Water
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2013
Liczba stron: 392

Vanessa Sands wraca do Winter Harbor kolejnego lata, aby zamknąć bolesny rozdział życia i zacząć od nowa. Dlatego jej rodzice postanowili sprzedać ich stary domek, a kupić nową rezydencję tuż nad morzem. Jest to korzystne dla ich córki, której natura syreny coraz bardziej dokucza i potrzebuje częstych kąpieli w słonej wodzie. Zwraca na siebie uwagę coraz większego grona młodych chłopaków czy mężczyzn, co staje się coraz bardziej niebezpieczne. Dodatkowo ma problemy ze swoim ukochanym – Simonem, do którego nie może się zbliżyć z obawy zrobienia mu krzywdy. W Winter Harbor znów robi się coraz niebezpieczniej, a mieszkańcy zaczynają się niepokoić. Co tym razem spotka Vanessę? Czy do miasteczka powróci kiedyś spokój?
Pierwsza część serii o syrenach niezmiernie przypadła mi do gustu. Byłam zafascynowana historią, jaką przedstawiła mi Tricia Rayburn. Jednak z drugim tomem było już nieco gorzej. Okazał się on słabszy od poprzedniego i nieco mnie zawiódł. Pełna wątpliwości i obaw sięgnęłam po trzecią część, o której słyszałam skrajne opinie. Jak wypadła ona w moich oczach?
W „Mrocznej toni” zabrakło mi akcji. Moim zdaniem autorka za dużo uwagi poświęciła miłosnym rozterkom Vanessy, a zaniedbała rozwój wydarzeń. Mało kiedy czułam dreszczyk emocji towarzyszący zaskakującym i przerażającym wydarzeniom. Nie twierdzę, że się nudziłam przy lekturze, bo wcale tak nie było, jednak autorkę stać na więcej i wydawało mi się, że ta część nic nowego, ważnego nie wnosi, miała tylko oficjalnie zamknąć trylogię.
Dużym pozytywem, jednak nie wiem, czy nie tylko dla mnie, okazały się opisy tych wspaniałych nadmorskich miejscowości. Rozmarzyłam się przy czytaniu o wycieczce, jaką urządzili sobie Vanessa i Simon do pobliskiej wsi, przejażdżka wśród pól i łąk, wędrówka po lesie… Jak dla mnie, pani Rayburn doskonale oddała klimat tamtych miejsc i zapragnęłam się w nich znaleźć. Niemal czułam na twarzy powiew słonego wiatru i słyszałam szum morza (a także drzew)…
W recenzji drugiego tomu tak narzekałam na bohaterów. Przy lekturze „Mrocznej toni” nieco zmieniłam o nich zdanie. Vanessa nadal mnie irytowała, ale w znacznie mniejszym stopniu. Zmieniła się na lepsze i po przeczytaniu wszystkich części mogę nawet stwierdzić, że ją lubiłam. Nie bardzo, ale jednak. Paige jest chyba moją ulubioną postacią z trylogii. Okazała się wspaniałą przyjaciółką, o jakiej można pomarzyć. Do Simona zdążyłam się już przyzwyczaić. Nie był już tak nieznośny jak wcześniej i bardzo się z tego powodu cieszę.
Tricia Rayburn wspaniale wykreowała syreny. Wykorzystała trochę mitologię, ale nie zabrakło jej własnych pomysłów. Bardzo mi się spodobały te morskie stworzenia i jestem nimi zafascynowana. Autorka popisała się swoją wyobraźnią i jestem ciekawa, co jeszcze wymyśli w innych swoich dziełach.
„Mroczna toń” jest ciekawą lekturą, nieco lepszą od drugiej części, ale wciąż nie przebija pierwszej. Moim zdaniem „Syrena” była najlepszym tomem trylogii i szkoda, że pisarce nie udało się jej przebić. Powieść polecam, bardzo przyjemnie i szybko się ją czyta i uważam, że to dobre zakończenie przygód Vanessy.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

wtorek, 11 lutego 2014

"Głębia" Tricia Rayburn

8 komentarzy:

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Głębia
Tytuł oryginału: Undercurrent
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2012
Liczba stron: 368

Vanessa Sands stara się powoli dojść do siebie po tragicznych wydarzeniach minionego lata. Straciła swoją ukochaną siostrę, a przede wszystkim rozwikłała kryminalną zagadkę małego miasteczka Winter Harbor dotyczącą tajemniczych morderstw mężczyzn. Jednak to nie wszystko… Dziewczyna odkryła przerażającą tajemnicę miejscowych kobiet, która, jak się okazało, wiąże się z nią samą. Okazuje się, że sama jest równie niebezpieczna i kusząca jak one. Vanessa musi się przyzwyczaić do nowego życia, dowiedzieć się więcej na temat tego, kim się stała i dlaczego. Nie może już nikomu ufać, ponieważ wyznanie prawdy może sprawić, że straci najbliższe osoby. Jednak czy to koniec jej kłopotów? Jaką tajemnicę skrywa jej rodzina? Czy w Winter Harbor jest już bezpiecznie?
Tricia Rayburn pisała od czasu swoich nastoletnich lat. Obecnie jest znaną autorką książek dla młodzieży. Jej debiutem była seria o niebezpiecznych i uwodzicielskich syrenach, która odniosła duży sukces i została przetłumaczona na wiele języków. Pani Rayburn uwielbia wodę, choć czuje lęk przed stworzeniami czającymi się w głębinach oceanów. Prawdopodobnie ta fascynacja stała się inspiracją do stworzenia tej trylogii.
Syreny to istoty, które nierzadko występowały w mitologii czy baśniach. Często się słyszałoe istoty, a raz jako niebezpieczne i kuszące kobiety zabijające mężczyzn, uwodzące rybaków i marynarz historie o tych pół-ludziach, pół-rybach i przedstawiano je w różnym świetle. Raz jako niegroźne, delikatny. Mnie w dzieciństwie fascynowała bajka „Mała Syrenka”, uwielbiałam ją oglądać i nigdy mi się nie nudziła. Dlatego teraz bardzo chętnie sięgam po powieści, w których pojawiają się syreny – wszystko jedno w jakiej postaci. „Syrena” Tricii Rayburn była moją pierwszą książką, w jakiej te istoty wysuwały się na pierwszy plan. Lektura mnie zachwyciła. A jak wypadł drugi tom, „Głębia”?
Minęło prawie półtorej roku odkąd przeczytałam pierwszą część, więc to, co się działo w niej nieco rozmazało mi się w pamięci. Niestety, autorka nie ułatwiła mi sprawy i nie przypomniała o poprzednich wydarzeniach, tylko pisała zagadkami. Dlatego musiałam wziąć jeszcze raz „Syrenę”, przewertować ją i odświeżyć sobie niektóre informacje. Po tym czytanie lektury szło mi już bezproblemowo, a lektura tak mnie wciągnęła, że pochłonęłam ją w ciągu jednego dnia.
Vanessę w tamtej części bardzo polubiłam, ale teraz, niestety, to się nieco zmieniło. Na początku poprzedniego tomu była kruchą i wrażliwą dziewczyną bojącą się ciemności i na każdym kroku potrzebującą wsparcia siostry. Kiedy teraz sobie to przypomnę, aż ciężko w to uwierzyć. Dziewczyna przeszła ogromną przemianę i stała się zupełnie nową osobą. Teraz jest silną i pewną kobietą, która już wie, że życie nie jest usłane różami. W innym przypadku by mi to nie przeszkadzało, wręcz cieszyłabym się z takiej poprawy, ale stała się bardzo irytująca. Zaczęła podejmować nieprzemyślane decyzje i myślała, że wszystko ujdzie jej na sucho. Simona wręcz nie znoszę, choć w pierwszej części jeszcze mi nie przeszkadzał. Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale po prostu to ten typ postaci, którego nie lubię i który mnie denerwuje. Coś jak Simon z „Darów Anioła”. Nawet imię mają to same…
Nie spodobało mi się wprowadzenie trójkąta miłosnego. To był chyba najgorszy pomysł autorki i moim zdaniem powinna z tego zrezygnować. Za dużo już tego w książkach i dziwię się, czemu pisarze jeszcze go wykorzystują. Ale szczerze mówiąc, wolę tego drugiego adoratora głównej bohaterki od Simona.
W „Głębi” można dowiedzieć się więcej o syrenach, jakie wykreowała Tricia Rayburn, co mnie bardzo ucieszyło. Po przeczytaniu pierwszej części nadal były one dla mnie tajemnicą, a teraz już wiem, że do życia nie potrzeba im tylko słonej wody.
„Głębia” okazała się trochę słabsza od swojej poprzedniczki. Autorka miała ciekawy pomysł na kontynuację „Syreny”, jednak wprowadziła niepotrzebne zawiłości i przedobrzyła. Mimo kilku mankamentów powieść mnie wciągnęła i zaintrygowała, czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem. Uważam, że jest to dobra lektura, ale wiele jej brakuje do doskonałości. Polecam szczególnie osobom, które tak jak ja są zafascynowane stworzeniami skrywającymi się w głębinach oceanów.
Moja ocena: 6/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

sobota, 9 listopada 2013

"MISSja survival" Libba Bray

7 komentarzy:

Autor: Libba Bray
Tytuł: MISSja survival
Tytuł oryginału: Beauty Queens
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2013
Liczba stron: 448

Samolot mający przetransportować nastoletnie miss do miejsca, gdzie ma się odbyć finał konkursu, rozbija się na bezludnej wyspie. Większa część dziewcząt umiera w wyniku tej katastrofy, a przy życiu pozostaje jedynie kilkanaście reprezentantek stanów. Wszystkie są zszokowane i przerażone swoim położeniem; usiłują zrozumieć, co się stało. Dowództwo nad nimi obejmuje Taylor, Miss Teksasu i córka generała. Jest pewna, że organizatorzy już ich poszukują i niebawem nadciągnie pomoc. Dziewczyny starają się odnaleźć innych żyjących ludzi i rzeczy, które przetrwały pożar samolotu. Okazuje się, że niewiele z ich bagażu pozostało, a zapasy jedzenia szybko się kończą. Bohaterki są jednak zdeterminowane i wciąż przygotowują się do finału, dbając o urodę. Jak nastoletnie miss, nazywane przez Taylor Marzycielkami, przetrwają na bezludnej wyspie? Czy przestaną przejmować się wyglądem i zaprzyjaźnią się nawzajem, czy może wciąż będą ze sobą rywalizować?
Libba Bray już od dawna jest jedną z moich ulubionych i najbardziej przeze mnie cenionych pisarek. Swoją przygodę z jej twórczością zaczęłam, czytając znakomitą trylogię „Magiczny krąg”, w której wspaniale został oddany klimat epoki wiktoriańskiej, wprowadzając mnie tym samym do magicznego świata. Prawie rok temu w Polsce została wydana również inna jej powieść „Wróżbiarze”, z którą niestety jeszcze nie miałam okazji się zapoznać. Na „MISSję survival” czaiłam się już od pierwszych zapowiedzi. Byłam pewna, że i tym razem autorka mnie nie zawiedzie.
Konkursy miss piękności to zapewne marzenie wielu małych dziewczynek. Sama kiedyś chętnie wyobrażałam sobie siebie w pięknych, kolorowych sukniach oraz koronie. Teraz zdarza mi się od czasu do czasu obejrzeć program emitujący konkursy piękności dla dzieci. To, co widzę, przeraża mnie. Te małe dziewczynki, a w nielicznych przypadkach nawet chłopcy, są zmuszane przez rodziców do wdzięczenia się przed jurorami, uśmiechania, machania, wykonywania przeróżnych czynności, których zazwyczaj nie mają ochoty robić. „MISSja survival” nie omija również tego tematu i ukazuje, co w przyszłości dzieje się z takimi dziećmi. Ta książka przedstawia życie miss od innej, zdecydowanie gorsze strony, aczkolwiek robi to z poczuciem humoru.
Bohaterki powieści to wachlarz przeróżnych osobowości i charakterów. Z nich wszystkich najbliższa była mi Adina.  Ją polubiłam najbardziej. Najbardziej inteligentna ze wszystkich dziewczyn stara się wytłumaczyć im, że wygląd nie jest najważniejszy i że na wyspie muszą martwić się jedynie o przetrwanie, a nie zajmować się treningiem przed finałem. Do Taylor, przywódczyni Marzycielek, na początku nie mogłam się przekonać. Dopiero po mniej więcej połowie książki – kiedy poznałam jej historię i problemy, z którymi boryka się od długiego czasu – w końcu zrozumiałam jej postępowanie. Wtedy stała się dla mnie jedną z najbardziej interesujących postaci. Każda z dziewczyn przeżywała jakieś trudności, coś ukrywała i z biegiem akcji przechodziła przemianę. Na koniec wszystkie dziewczęta były zupełnie innymi osobami.
„MISSja survival” porusza mnóstwo ważnych tematów. Każda nastolatka to osobny problem. Część z nich to te, o których się nie mówi, ponieważ wywołują one wiele kontrowersji. Jednak Libba Bray odważyła się o nich napisać, co jest, moim zdaniem, warte pochwały. Ktoś przecież musi uświadomić niektóre fakty młodym ludziom. W pewnych momentach ja również byłam zaskoczona tym, co przeżywają dziewczęta.
W powieści nie brakuje humoru. Czytałam ją z radością i nieraz wybuchałam śmiechem. Nawet w opisie poważnych wątków nie brakowało zabawnych komentarzy, które sprawiały, że mogłam przy lekturze odpocząć i odprężyć się. Proszę mi uwierzyć, że po tygodniach stresu ta dawka dobrego humoru okazała się dla mnie błogosławieństwem. Jednak niektóre sytuacje wydawały mi się zbyt nieprawdopodobne i w nielicznych momentach pani Bray nieco przesadziła.
Libba Bray wprowadziła do książki również wywiady z jedną z poprzednich zwyciężczyń konkursu, Ladybird Hope, a także komiczne reklamy produktów Korporacji oraz zabawne ciekawostki o uczestniczkach. Oryginalnie urozmaicało to lekturę i nieraz dawało czas na przemyślenie tego, co wydarzyło się na wyspie.
„MISSja survival” to niesamowicie przyjemna powieść napisana z humorem. Pokazała mi ona, że autorka odnajduje się tylko w fantastyce, lecz tworzy również dobrą literaturę młodzieżową. Nie ogranicza się do jednego gatunku, co wychodzi jej na dobre. Będę bardzo miło wspominać tę książkę i sądzę, że może nawet kiedyś do niej powrócę – tak dla chwili relaksu. Serdecznie polecam.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!

niedziela, 19 maja 2013

"Ever" Alyson Noël

13 komentarzy:

Autor: Alyson Noël
Tytuł: Ever
Tytuł oryginału: Evermore
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2010
Liczba stron: 299

Od wypadku samochodowego, w którym zginęli rodzice oraz siostra Ever, dziewczyna zamyka się w sobie. Nosi za duże bluzy z kapturem i cały czas ma słuchawki w uszach. Towarzystwa jej dotrzymuje dwoje przyjaciół – gotka, która pragnie, aby ktoś ją pokochał oraz bardzo pomocny, otwarty i szczery Miles. Ale nawet im Ever nie może zdradzić swojej tajemnicy. Nastolatka od czasu wypadku, który jako jedyna przeżyła, zaczyna widzieć aurę, potrafi czytać w myślach i poznać przeszłość ludzi po jednym dotknięciu. Jest to dla niej koszmarem, z którym musi sobie radzić na co dzień. Jest na szczęście jedna zaleta jej tajemniczych zdolności – widzi ona ducha swojej siostry i może z nią rozmawiać. Do szkoły, do której chodzi Ever, przybywa nowy uczeń – Damen, przystojniak, o jakim marzą wszystkie dziewczyny. Lecz on, ku zdziwieniu wszystkich, zwraca swoją uwagę na Ever. Chłopak jednak ukrywa przed wszystkimi sekret. Czy dziewczynie uda się go odkryć?
Alyson Noël mieszka w Laguna Beach w Kalifornii. Lubi podróżować, uciekając od życia na przedmieściach. Podczas takiej podróży napisała swoją pierwszą książkę i od tamtej pory zaczęła się jej przygoda z pisaniem. Jest autorką bestsellerowej serii „Nieśmiertelni”.
Tę serię już od dawna chciałam przeczytać. Jedn
ak zniechęcona negatywnymi recenzjami, postanowiłam jej nie kupować i dopiero po wyrobieniu opinii o pierwszej części miałam zdecydować, czy chcę ją mieć na półce. „Ever” zapowiadała się bardzo dobrze, jeszcze nigdy nie czytałam książki o osobie, która widzi aury, a przynajmniej teraz sobie tego nie przypominam.
Niestety pierwsza część mnie rozczarowała. Od samego początku poraża brak oryginalności, zaczyna się tak jak dużo książek z tego gatunku. Przez większą część powieści nic się nie dzieje i jest dość nudno. Pod koniec dochodzi się do wniosku, że jest bez sensu.
Bohaterowie są niezwykle irytujący. Ever jeszcze mogłam znieść, ale były chwile, kiedy niezwykle mnie wkurzała. Za to głupota Haven aż razi po oczach. Okazała się strasznie naiwna i cały czas sądziła, że to ona ma rację, a inni się mylą. I jeszcze to „zaklepywanie” chłopaków… Damen także mnie irytował. Bawił się uczuciami innych i uważał się za lepszego. Na dodatek idiotycznie się zachowywał i kłamał.
Mimo wszystko książkę czytało się bardzo szybko i przyjemnie. Ale pewnie tak samo szybko o niej zapomnę. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, co by zapadło w pamięć, wszystko dało się przewidzieć i nic mnie nie zaskoczyło
Pani Noël posługuje się prostym i lekkim w odbiorze językiem. Przy czytaniu nie trzeba za wiele myśleć, wystarczy tylko się odprężyć i śledzić wzrokiem tekst. Po skończeniu lektury nawet nie ma czego wspominać.
Okładka jest dość ładna, tajemnicza i zachęca do zapoznania się powieścią. Na pierwszych stronach znajdziemy wypisane kolory aury i ich znaczenie, dzięki czemu nie można się pogubić w tych wszystkich zdolnościach głównej bohaterki.
„Ever” to nie lektura wysokich lotów, ale przyjemnie się ją czyta. Brak w niej jakiegokolwiek śladu oryginalności i sensu, nadaje się jako taka lekka lektura na jeden dzień, jako tzw. „odmóżdżacz”. Widzę w niej więcej wad niż zalet, ale mogę śmiało powiedzieć, że są gorsze książki. Nie polecam, ale też nie odradzam.
Moja ocena: 5/10

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ; PARANORMAL ROMANCE

piątek, 25 stycznia 2013

"Skrzydła Laurel" Aprilynne Pike

15 komentarzy:

Autor: Aprilynne Pike
Tytuł: Skrzydła Laurel
Tytuł oryginału: Wings
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2010
Liczba stron: 257
Cena: 29,90 zł

Laurel od zawsze zachowywała się inaczej niż jej rówieśnicy. Je tylko warzywa i owoce, inne produkty jej szkodzą i pije tylko Sprite’a. Nigdy nie była u lekarza, nigdy się nie skaleczyła. Myje włosy tylko wodą. Do tej pory uczyła się w domu, ale w końcu rodzice zdecydowali, że w szkole będzie jej lepiej. Pierwszy dzień wcale nie jest łatwy, choć poznaje bardzo miłego Dawida, który pomaga jej w nauce i staje się przyjacielem godnym zaufania. Pewnego dnia Laurel odkrywa u siebie na plecach mały punkcik, który zaczyna się powiększać, aż pewnego dnia…
Aprilynne Pike urodziła się w Salt Lake City, a dorastała w Phoenix, w stanie Arizona, gdzie obecnie mieszka z mężem i trójką dzieci. Zadebiutowała w 2009 roku powieścią „Skrzydła Laurel”, która długo utrzymywała się na liście bestsellerów. Rok później wydała kolejną część cyklu o Laurel – „Magia Avalonu”. Niebawem pojawi się w Polsce czwarty, czyli ostatni tom, „Moc przeznaczenia”.
Moją uwagę na tę serię zwrócił temat wróżek. Lubię o nich czytać, choć nie zawsze trafiam na powieść wartą uwagi. Jeszcze nie zniesmaczyłam się na tyle, żeby porzucić poszukiwania czegoś dobrego. Czy „Skrzydła Laurel” okazały się tym „czymś”?
Pierwszą rzeczą, o której trzeba powiedzieć, są wróżki. Autorka wykreowała niesamowite istoty, choć w tej części nie za wiele się o nich dowiadujemy i jeszcze nie za bardzo da się je ocenić. Tym, co zapadło mi w pamięci, był fakt, że owe stworzenia są roślinami i w ich żyłach nie płynie krew, nie mają serca. Dość ciekawy pomysł, ale mało rozwinięty. Zastanawia mnie, co znajduje się „w środku” takich wróżek :)
W książce pojawia się tak dobrze znany nam trójkącik miłosny. Laurel poznaje na biologii (!) Dawida, który jest taki kochany, pomocny, wyrozumiały, delikatny, mądry i można by tak wymieniać mnóstwo dobrych cech, bo złych oczywiście nie ma. Wygląda znajomo? To jeszcze nic, przejdźmy dalej… Jakiś czas później spotyka tajemniczego Tamaniego, który powoli zaczyna wprowadzać ją w świat wróżek. Od samego początku widać, jak bardzo jest zakochany i próbuje zwrócić uwagę Laurel, odciągnąć od Dawida, ale zdecydowanie bardziej polubiłam właśnie jego. A zachowanie głównej bohaterki doprowadzało mnie do szału. Nie mogła się na nic zdecydować i cały czas czuła, że spędzając czas z jednym, zdradza drugiego.
Autorka posługuje się prostym językiem, który ułatwia czytanie. Niestety było zdecydowanie za dużo mało inteligentnych dialogów. Nieliczne opis sprawiały, że ciężko wyobrazić sobie miejsca, w których przebywali, a także wygląd bohaterów.
Wiele momentów w książce było po prostu nudnych, przez co czytanie niemiłosiernie się ciągnęło. Dopiero przez ostatnie sto stron coś się działo i wchłaniałam tę opowieść z zainteresowaniem.
Okładka nie przypadła mi do gustu, moim zdaniem za dużo na niej różu, który przyprawia mnie o mdłości. Jedyne co mi się w niej podoba, to tytuł. Ładnie wygląda.
Wszystkie te czynniki sprawiają, że „Skrzydła Laurel” mogę uznać za powieść przeciętną. Jeżeli ktoś spodziewa się ambitnej lektury, to takiej nie dostanie i radzę od razu wybrać coś innego. A wszystkim innym nie polecam, ani nie odradzam. Po drugą część sięgnę z ciekawości, może będzie lepsza, ale mimo wszystko, muszę wznowić swoje poszukiwania dobrego czytadła o wróżkach. Ta książka jest dobra jako tzw. „odmóżdżacz”.
Moja ocena: 5/10
 

sobota, 6 października 2012

"Rosemary znaczy pamięć" Agatha Christie

6 komentarzy:
Autor: Agatha Christie
Tytuł: Rosemary znaczy pamięć
Tytuł oryginału: Sparkling Cyanide
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2011
Liczba stron: 251
Cena: 24,90 zł

Rosemary popełniła samobójstwo podczas swojego przyjęcia urodzinowego. Nikt nie ma co do tego wątpliwości, ale też nikt nie wie dlaczego to zrobiła. Może to przez chorobę, która ostatnio ją gnębiła? A może miała problemy, o których wiedziała tylko ona sama? A może był inny powód? Pewnego dnia jej mąż dostaje tajemnicze listy, w których ktoś pisze, że Rosemary została zamordowana. Zaczyna prowadzić własne śledztwo, które staje się niebezpieczne również dla niego… Kto okaże się mordercą? Kto będzie kolejną ofiarą?
Jest to już moja druga przeczytana powieść Agathy Christie. Dzięki „I nie było już nikogo” pokochałam tę autorkę i zapragnęłam zapoznać się z jak największą ilością jej dzieł. A jest ich około osiemdziesiąt… Mam nadzieję, że żadna książka mnie nie zawiedzie, bo jak na razie oba spotkania były idealne.
Kolejna wspaniała zbrodnia, kolejna zagadka, której nie da się odkryć. Za to właśnie lubię Agathę. Dostarcza mi mnóstwo rozrywki i zmusza do myślenia. Potrafię w przerwach między czytaniem godzinami dumać nad tym, kto jest przestępcą. I nigdy nie udaje mi się odgadnąć. A w niektórych kryminałach, owszem. W „Rosemary znaczy pamięć” podejrzewa się każdego. Tych sześciu gości, który byli obecni na przyjęciu. Wraz z każdym kolejnym rozdziałem zmieniają się przypuszczenia, aż na końcu już nie wie się, kto jest najbardziej prawdopodobnym mordercą i tylko oczekuje się na wyjaśnienie. Jest w połowie oczywiste, a w połowie szokujące.
Tej książki się nie czyta. Nią się trzeba delektować, z szacunkiem przewracać kartki, wracać do wcześniejszych fragmentów, aby wszystko zapamiętać. Autorka pisze bardzo ciekawie, dzięki czemu oczy nie nadążają za myślami i latają bezwiednie po kartce, a umysł błyskawicznie wchłania informacje. To właśnie przez takie powieści ludzie są zmuszeni nosić okulary. Ale powiadam wam, że warto…
Iris, moja kochana Iris… Czyli ulubiona bohaterka. Od samego początku wzbudzała sympatię, choć ją też podejrzewałam o zbrodnię. Miała wystarczający motyw, tak jak zresztą wszyscy. I jeszcze George! I Anthony! Obaj podbili moje serce, choć z innych powodów. A pozostała trójka nie przypadła mi do gustu. Jednej z tych postaci wprost nienawidziłam. A co z samą Rosemary? Agatha Christie i jej poświęciła dużo czasu i mimo że była martwa, czasem wydawało się, że jednak żyje. Bardzo spodobała mi się jej historia.
„Rosemary znaczy pamieć” to kolejny świetny kryminał, który miałam okazję przeczytać. Mam nadzieję, że inne okażą się tak samo dobre, albo nawet lepsze (o ile jest to możliwe). Dzięki pani Christie zamierzam poznać innych autorów, po których powieści wcześniej bym nie sięgnęła.
Ta książka nie ma żadnych niedociągnięć, które można by uznać za jakiekolwiek wady, minusy. Jest idealna, choć nie tak wspaniała jak wcześniej czytana przeze mnie powieść. To było kolejne fantastyczne morderstwo. Książki Agaty Christie polecam nie tylko fanom kryminału, ale wszystkim ludziom. Każdemu mogą się spodobać i każdego mogą zafascynować.
Moja ocena: 9/10
  Książka przeczytana w ramach wyzwania Tydzień bez nowości.

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Syrena" Tricia Rayburn

13 komentarzy:

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Syrena
Tytuł oryginału: Siren
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2011
Liczba stron: 359
Cena: 32,00 zł

Tajemnicza, romantyczna, pełna grozy
Jak co roku Vanessa wraz z siostrą Justine i rodzicami pojechała na wakacje do miasteczka Winter Harbor. Mają tam swój własny domek, do którego każdego lata przybywają. Siostry już od dawna przyjaźnią się z miejscowymi chłopakami, na których zawsze mogą liczyć i spędzają z nimi każdą wolną chwilę. Z czasem jednak stają się oni kimś więcej… Miały to być zwyczajne wakacje, jednak już pierwszego dnia stała się tragedia. Justine po kłótni z rodzicami udaje się na urwisko, z którego od dawna skakała z przyjaciółmi. Niestety, ten skok okazał się dla niej niefortunny. Następnego dnia policja przyjeżdża do ich domu z ciałem dziewczyny. Zrozpaczona rodzina wraca do swojego miasta, żeby nauczyć się żyć po stracie. Jednak Vanessa po odkryciu jednej z tajemnic siostry wraca do Winter Harbor chcąc poznać prawdziwą przyczynę jej śmierci. Jak się okazuje, w miasteczku dzieją się dziwne rzeczy. Giną inne osoby, wszystkie zostają odnalezione z przerażającym uśmiechem na twarzy. To, co odkryje Vanessa, może na zawsze zmienić jej dotychczasowe życie, a nawet ją samą…
Syreny to temat nieczęsto poruszany w książce. Nie znam powieści, oprócz tej, w której głównym wątkiem byłyby te tajemnicze morskie stworzenia. To dlatego „Syrena” autorstwa Tricii Rayburn zwróciła moją uwagę. Gdy zapoznałam się z opisem, po prostu musiałam dostać tę książkę w swoje ręce. Pewnego dnia tak się stało, ale na przeczytanie musiałam trochę poczekać. Kiedy w końcu zapoznałam się z tą historią, nie byłam zawiedziona. Powieść mnie oczarowała i sądzę że zostanie w mojej pamięci na bardzo długo… Ale zacznijmy od początku.
Od pierwszych rozdziałów książka mnie wciągnęła i z zachwytem poznawałam przygody Vanessy Sands, które były niesamowite. Nie da się tego inaczej określić. Już sama śmierć jej siostry została owiana tajemnicą, a na jej wyjaśnienie musimy czekać do samego końca, czyli wtedy, kiedy wszystko się wyjaśni. A może nie wszystko? Ostatnie sto, sto pięćdziesiąt stron sprawiło, że nie mogłam się oderwać i musiałam czytać, aż w końcu ze zdziwieniem dostrzegłam, że przewracam ostatnie strony. Chciałam jak najdłużej zostać w Winter Harbor i odkrywać kolejne tajemnice wraz z Vanessą i jej przyjaciółmi.
Przy czytaniu towarzyszyły mi pozytywne emocje. Z zachwytem poznawałam prawdę o mieszkankach małego miasteczka. Autorka bardzo dobrze przekazuje czytelnikowi uczucia głównej bohaterki, dlatego mogłam przeżywać to, co ona, a nawet podczas czytania zdawało mi się, że jestem Vanessą. Śmiałam się i płakałam wtedy kiedy ona. Jej myśli były jednocześnie moimi myślami.
Tricia Rayburn posługuje się ciekawym językiem, dzięki któremu książka wciąga czytelnika tak, że kiedy już skończy czytać nie może uwierzyć, że to już koniec. Jej styl sprawił, że powieść stała się jeszcze bardziej tajemnicza.
Vanessa to bardzo ciekawa bohaterka. Na początku jest kruchą, delikatną dziewczyną, która wszystkiego się boi. Jednak dzięki temu, co ją spotyka przechodzi metamorfozę i staje się silna, potrafi walczyć o to, co kocha. Choć w niektórych momentach trochę mnie irytowała, bardzo ją polubiłam, nawet można powiedzieć, że się z nią zaprzyjaźniłam.
Niestety, książka ma także wady. Po pierwsze, spodziewałam się więcej grozy, a było jej mało. Niewiele. Na okładce pisze „pełna grozy” i gdyby powieść rzeczywiście taka była, mogłabym ją ocenić jeszcze wyżej. Po drugie, miałam nadzieję na wiele informacji o syrenach. Owszem, trochę się o nich dowiedziałam, ale to za mało. Zdecydowanie za mało. Mam nadzieję, że w drugiej części autorka poprawiła błędy.
„Syrena” to książka warta uwagi, którą się bardzo przyjemnie czyta. Ja jestem zachwycona tą historią i mam nadzieję, że „Głębią” się nie zawiodę. Może nie każdy odbierze tę powieść tak dobrze jak ja, ale warto spróbować. Choćby dlatego, żeby poznać coś nowego i odkryć świat zmysłowych syren. Serdecznie polecam!
Moja ocena: 8/10

 ***
Przepiękne są zagraniczne okładki! Choć polska też jest śliczna ;) Która podoba Wam się najbardziej?
Niedawno założyłam stronę bloga na facebooku. Będę tam wstawiać informacje o nowych recenzjach, stosikach, ale żeby nie było nudno też coś o filmach, serialach, które oglądałam, może o jakichś promocjach w księgarniach itd. Zresztą sami zobaczycie :)
Pozdrawiam!

niedziela, 5 sierpnia 2012

"I nie było już nikogo" Agatha Christie

9 komentarzy:

Autor: Agatha Christie
Tytuł: I nie było już nikogo
Tytuł oryginału: And Then There Were None
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2010
Liczba stron: 213
Cena: 24,90 zł

Dziesięć osób, które popełniły morderstwo zostaje zaproszonych do domu tajemniczego pana Owena. Kiedy docierają na miejsce okazuje się, że ich gospodarza jeszcze nie ma i prawdopodobnie zjawi się on następnego dnia. Wszyscy w swoich sypialniach znajdują zawieszoną na ścianie kartkę z wydrukowanym wierszykiem o dziesięciu żołnierzykach. Jeszcze pierwszego wieczoru jedna osoba umiera. Po jakimś czasie goście zdają sobie sprawę, że morderstwa są popełniane na podstawie tej dziecięcej rymowanki…
Agatha Christie, królowa kryminału, debiutowała w 1920 roku powieścią „Tajemnicza historia w Styles”, gdzie zapoznała nas ze słynnym detektywem Herkulesem Poirotem, którego tak wiele ludzi pokochało. Łącznie napisała 80 kryminałów, a także kilka powieści obyczajowych. Ja miałam okazję przeczytać „I nie było już nikogo”, książkę znaną także pod tytułem „Dziesięciu małych Murzynków”.
„I nie było już nikogo” to chyba pierwszy przeczytany przeze mnie kryminał, nie licząc „Sherlocka Holmesa”. Wcześniej jakoś nie miałam ochoty zapoznawać się z tym gatunkiem, ale od pewnego czasu takie książki zaczęły mnie intrygować. Muszę przyznać, że był to bardzo dobry wybór, jak na pierwszy raz. Nie zraziłam się do kryminałów, nawet sądzę, że od teraz będę je częściej czytać.
Morderstwa popełnione w tej powieści były tak niezwykłe, tak dobrze przemyślane, wręcz niemożliwe. I ten pomysł z wykorzystaniem wierszyka o dziesięciu żołnierzykach! Autorka musiała mieć wielką wyobraźnię. Ta historia była tak absurdalna, a zarazem taka realna. Fenomenalny pomysł oraz cudowne wykonanie sprawiły, że ta książka na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Autorka uważnie dobierała słowa i układała je w zdania tak, aby nawet najbardziej wymagający czytelnik był zachwycony i z rozkoszą zagłębiał się w tę opowieść.
Bardzo dobre wykreowanie bohaterów sprzyja czytaniu. Każdemu była poświęcona chwila, dzięki czemu mogliśmy poznać ich lęki, obawy i pragnienia. Można było się z nimi zaprzyjaźnić, jak i życzyć im śmierci.
Im więcej osób umierało, w tym większą wpadały paranoję pozostałe osoby. Bali się śmierci, nawet najcichszy szmer sprawiał, że przechodziły im ciarki po plecach. Przez ten strach powieść była jeszcze bardziej realistyczna.
Wszystko to sprawiło, że czytanie stało się niezapomnianą przygodą, której towarzyszyły niesamowite uczucia. Ta książka wywarła na mnie jak najlepsze wrażenie.
Z pewnością zapoznam się z innymi utworami Agathy Christie. Mam nadzieję, że będą tak dobre, jak „I nie było już nikogo”. Ta historia sprawiła, że będę z otwartymi ramionami przyjmować do swoich zbiorów kryminały tej autorki, a także zacznę bliżej poznawać ten gatunek. Naprawdę warto przeczytać tę książkę, nikt nie pożałuje ani się nie zawiedzie.
Moja ocena: 10/10
 Książka przeczytana w ramach wyzwania Tydzień bez nowości.

piątek, 8 czerwca 2012

"Księżyc w nowiu" Stephenie Meyer

13 komentarzy:

Autor: Stephenie Meyer
Tytuł: Księżyc w nowiu
Tytuł oryginału: New Moon
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 477
Cena: 29,90 zł

Edward Cullen to wciąż dla Belli najważniejsza osoba pod słońcem. Są parą i jest im razem cudownie. Gdyby tylko chłopak nie był wampirem! Niestety, ten fakt wszystko komplikuje, także z pozoru niewinną zażyłość dziewczyny z przyjacielem z dzieciństwa Jacobem. Wiosną Edward musiał bronić Belli przed swoim krwiożerczym pobratymcem, jesienią zakochani uświadamiają sobie, że był to dopiero początek ich kłopotów…
 
Fragment:
„Wsadziłam palec pomiędzy papier a taśmę klejącą, chcąc ją oderwać, i ostry kant papieru przeciął mi naskórek. […]
Na linii zadraśnięcia pojawiła się pojedyncza kropla krwi. […]
- Nie! – ryknął Edward, rzucając się do przodu. Pchnął mnie z całej siły. Przejechałam z impetem po blacie stołu, spychając na ziemię wszystko, co na nim stało: kwiaty, talerze, prezenty, tort. Wylądowałam po jego drugiej stronie wśród setek kawalątków rozbitego kryształu.
W tym samym momencie z Edwardem zderzył się Jasper. Huknęło. Można było pomyśleć, że to skała uderzyła o skałę. Gdzieś z głębi piersi Jaspera wydobywał się potworny głuchy charkot. Chłopak kłapnął zębami milimetry od twarzy mojego obrońcy.
Do Jaspera doskoczył także Emmett. Złapał go od tyłu w stalowy uścisk swoich niedźwiedzich barów, ale oszalały blondyn nie przestawał się szarpać, wpatrując się we mnie dzikimi oczami drapieżcy.”
Czy spotkałaś już swojego księcia z bajki? Mężczyznę, z którym chcesz spędzić wieczność? Jesteście razem szczęśliwi i nawet nie chcesz myśleć o tym, jak twoje życie mogłoby wyglądać bez niego. Patrząc w przyszłość widzisz was razem. Choć cały czas pozostaje cień wątpliwości… Co się stanie, jeżeli to się skończy? Jeżeli on… przestanie cię kochać?
„Zakaz pamiętania, przy jednoczesnym lęku przed zapomnieniem – wybrałam dla siebie zdradliwą ścieżkę.”
Bella nie widzi świata poza Edwardem. Choć wydaje jej się niemożliwe, żeby tak przystojny chłopak zwrócił na nią uwagę, nie chce, aby to się kiedykolwiek skończyło. Nawet, jeżeli musi ryzykować życie dla miłości, ponieważ jej ukochany jest wampirem. Wampirem pijącym krew, czytającym w myślach i świecącym się pod wpływem promieni słonecznych. Zabawne połączenie, nieprawdaż? Krwiopijca posiada także rodzinę. Są oni tymi „dobrymi”, gdyż żywią się krwią zwierząt. Niestety, nawet oni nie potrafią się pohamować czując nęcący zapach tego czerwonego płynu. Kiedy Bella otwierając urodzinowy prezent skaleczyła się w palec, Jasper, najnowszy członek rodziny nie umiał się powstrzymać. Na szczęście jak zwykle pojawia się Edward, który ratuje jej życie. Nie jest to jednak koniec niebezpieczeństw. Ukochany, chcąc ratować Bellę porzuca ją i wraz z rodziną wyprowadza się z Forks. Polują jednak na nią inne krwiożercze potwory…
„Nie wiem, czy zauważyłaś, babciu, ale mój chłopak trochę iskrzy się w słońcu. Proszę, nie zwracaj na to uwagi. To nic takiego, on tak już ma…”
Któż z nas nie zna bestsellerowej sagi „Zmierzch”? Chyba każdy kojarzy ten wywołujący skrajne emocje cykl. Jedni go nienawidzą, uważają za ogłupiające romansidło, a inni kochają i marzą o wiecznej miłości takiej jak Edwarda i Belli. Do której z tych grup należę ja? Do żadnej i do obydwu.
Może zacznę od bohaterów. Bella jest prawie najbardziej irytującą postacią w tej powieści. To jej użalanie się nad sobą jest żałosne. Zastanawia się, dlaczego Edward ją kocha, bo nie jest warta jego uwagi, jest brzydka, niezdarna, a co najważniejsze, jest człowiekiem. Ale kiedy on chce ją opuścić, zachowuje się jak małe dziecko, nie chce mu na to pozwolić. Kiedy oznajmił, że wyjeżdża bez niej, Bella w to nie chce uwierzyć. Nie była jednak najgorsza. Edward zupełnie nie przypadł mi do gustu. Nie mogłam zrozumieć jego toku myślenia. Albo ja jestem głupia, albo z nim jest coś nie tak.
Przejdę teraz do tych ulubionych bohaterów, czyli Alice. Pokochałam ją od razu. Tak wyczekiwałam tego momentu, kiedy odwiedzi Bellę! I tu byłam pozytywnie zaskoczona. W filmie od razu pojechały ratować Edwarda, a tu minęło kilka dni. Alice to jedna z moich ulubionych bohaterek książkowych. Jest bardzo sympatyczna i nie da się jej nie lubić. To samo Jacob. W pierwszej części go nie lubiłam, ale teraz zaliczam go do najlepszych postaci. Pomógł Belli wrócić do dawnego życia. Jeszcze nigdy nie widziałam tak cierpliwego chłopaka. Umiał wysłuchać i zrozumieć swoją przyjaciółkę.
„Przypominał słońce. Natura obdarzyła go wewnętrznym ciepłem, którym ogrzewał wszystkich szczodrze i bezwarunkowo.”
Moją sympatię zdobył także Carlisle – głowa rodziny Cullenów. Był najbardziej opanowanym i najmądrzejszym wampirem. Podziwiam go za to.
Stephenie Meyer posługiwała się ciekawym językiem, każde zdanie było przemyślane aczkolwiek mogło być lepiej.
Pomysł na fabułę był nawet niezły, lecz autorka powinna bardziej go dopracować. Za mało się dzieje, akcja przybiera tempa dopiero pod koniec. Niektóre momenty były tak nudne, że miałam ochotę odłożyć książkę. Raz nawet zasnęłam. Powinno dziać się trochę więcej. „Zmierzch” zapoczątkował modę na wampiry. Stał się na tyle popularny, że wszyscy pisarze zapragnęli napisać taką książkę i zyskać sławę. Niestety, w większości są to gorsze powieści, nie warte uwagi. Opowiadają o tym samym i jest jeszcze mniej akcji.
Podsumowując, „Księżyc w nowiu” był lepszy niż „Zmierzch”. Sądzę, że ludzie powinni najpierw zapoznać się z treścią przynajmniej pierwszej części, a potem oceniać cykl. Nie jest to arcydzieło, ale przyjemnie się czyta o losach Edwarda i Belli. Bardzo lubię tą sagę i z chęcią będę do niej wracać. Polecam.
Moja ocena: 8/10
***
Udało mi się w końcu napisać recenzję. W następnym tygodniu mam już ostatnie sprawdziany, a później będę mogła odpocząć, co oznacza więcej recenzji. :)
Oglądacie mecz? :D