Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 stycznia 2015

"Flip" Martyn Bedford

3 komentarze:


Pewnego dnia Alex budzi się w cudzym łóżku w zupełnie nieznanym domu u ludzi, którzy biorą go za kogoś innego. Kiedy spogląda w lustro już wie, dlaczego – wygląda zupełnie inaczej. Znalazł się w ciele chłopaka, którego nigdy wcześniej nie widział. Każda próba ucieczki z cudzego życia kończy się katastrofą i Alex wpada w coraz większe tarapaty. Okazuje się, że Philip, w którego ciele gości, jest jego całkowitym przeciwieństwem. Przystojny, popularny, niezbyt dobrze sobie radzący z nauką, a na dodatek niezbyt uczciwy. Jak Alex poradzi sobie w nowym życiu? Czy uda mu się wrócić do „siebie”? I dlaczego w ogóle mu się to przytrafiło?
Martyn Bedford jest angielskim pisarzem. Wydał już pięć powieści, które zostały przetłumaczone na dwanaście języków. „Flip” jest jego pierwszą powieścią dla młodzieży. Wykłada na Trinity University College w Leeds. Wcześniej pracował jako dziennikarz, felietonista i redaktor w brytyjskich gazetach. Mieszka w Yorkshire wraz z żoną i dwiema córkami.
Powieść „Flip” zainteresowała mnie już od pierwszych zapowiedzi. Zaintrygował mnie temat zamiany ciał, ponieważ nie jest on zbyt często poruszany w literaturze. Sama często się zastanawiam, co by było, gdybym była kimś zupełnie innym niż jestem. Jak wyglądałoby moje życie, czy byłoby lepsze, czy może gorsze, o ile w ogóle można to tak ocenić. Miałam nadzieję, że książka przedstawi ten temat w ciekawy sposób i się nie zawiodłam. Przed czytaniem miałam pewne obawy, jednak bardzo szybko o nich zapomniałam, kiedy już wzięłam się za lekturę.
„Flip” jest bardzo wciągającą książką. Jak zaczęłam ją czytać, nie mogłam się od niej oderwać. Po prostu musiałam dowiedzieć się, co się zdarzy dalej. W chwilach, w których musiałam przerywać lekturę, ciągle się zastanawiałam, co się stało z Alexem i czy wróci do swojego ciała. Próbowałam sama zgadywać, dlaczego pewnego dnia tak po prostu obudził się w łóżku osoby, której nigdy wcześniej nie widział. Oczywiście wszystkie moje teorie okazywały się nieprawdziwe.
Bohaterowie są zarówno wadą, jak i zaletą powieści. Z jednej strony mogłam poznać mnóstwo ciekawych postaci, które nieraz skłaniały mnie do refleksji i z którymi się zżyłam. Były one do bólu prawdziwe i reprezentowały sobą różne typy ludzi. Niestety, autor za mało czasu poświęcił postaciom drugoplanowym. Niektóre zupełnie olał i czułam, jakby służyły tylko za tło. Szkoda, bo „Flip” wiele na tym traci.
Martyn Bedford stworzył intrygującą opowieść, która ma również drugie dno. Skłania do przemyśleń, refleksji nad własnym życiem. Podczas lektury zaczęłam zastanawiać się, czy wystarczająco doceniam własne życie i jak zachowałabym się na miejscu Alexa-Philipa.
Wątek miłosny w tej książce mnie oczarował. Rozwijał się bardzo powoli, naturalnie i był po prostu uroczy. Zupełnie mi nie przeszkadzał, ponieważ nie wysuwał się na pierwszy plan, dzięki czemu mogłam jeszcze więcej wynieść z tej historii. Dziewczyna, którą upodobał sobie Alex przypominała mi trochę mnie samą i świetnie ją rozumiałam.
„Flip” mnie nie zawiódł i bardzo chętnie przeczytam następne dzieła Martyna Bedforda. Uważam, że to świetna, pouczająca powieść dla młodzieży i z całego serca ją polecam. Zapewni nie tylko dużo rozrywki, ale też zmusi do przemyśleń i zadania sobie kilku ważnych pytań.
Moja ocena: 7/10

Autor: Martyn Bedford
Tytuł: Flip
Tytuł oryginału: Flip
Wydawnictwo: YA!
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 288

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal
http://www.grupawydawniczafoksal.com/


sobota, 29 listopada 2014

"Gra w kłamstwa" Sara Shepard

6 komentarzy:



Emma jest przeciętną nastolatką o dobrym sercu, jednak los nie żałował jej nieszczęść. W dzieciństwie została porzucona przez matkę, która była najważniejszą osobą w jej życiu. Od tego momentu dziewczyna przenosi się z jednej rodziny zastępczej do drugiej, raz lepszej, raz gorszej. Na dwa tygodnie przed swoimi osiemnastymi urodzinami Emma znajduje w sieci przerażający filmik, w którym główną rolę odgrywa dziewczyna niepokojąco podobna do niej. Nastolatka czuje, że podobieństwo nie jest przypadkowe i pragnie poznać osobę z filmiku. Kiedy dociera na miejsce spotkania, zostaje wciągnięta w niebezpieczną intrygę, która może kosztować ją życie… Jakie tajemnice odkryje? Kto za tym wszystkim stoi? I czym jest Gra w Kłamstwa?
Z Sarą Shepard już niejednokrotnie miałam do czynienia. Mogłabym ją nazwać starą znajomą, bo przeczytałam do tej pory osiem jej dzieł. Wcześniej byłam wielką fanką jej serii „Pretty Little Liars”, jednak od piątego tomu poziom tego cyklu coraz bardziej się obniża i niestety teraz za tym cyklem nie przepadam. Jednak zanim przeczytałam część, która mnie bardzo zniesmaczyła, zakupiłam „Grę w kłamstwa”. Po pewnym czasie postanowiłam dać jej szansę, choć podchodziłam do niej bardzo nieufnie. Bałam się, że pani Shepard nie będzie miała do zaoferowania nic nowego. Po lekturze pierwszego tomu „The Lying Game” mam bardzo mieszane uczucia.
W drugiej serii autorki znów pojawia się ten sam schemat. Wprowadzenie w intrygę, ciągłe pogróżki od nieznanego sprawcy, znalezienie głównego podejrzanego, a na sam koniec impreza, podczas której zostaje ujawniony fakt, który zmienia znaczenie wszystkich wcześniejszy poszlak i pozostawia w całkowitej dezorientacji. Książka była bardzo podobna do PLL, miała nawet podobne wątki. Nie rozumiem, dlaczego autorka nie chce pójść dalej, tylko ciągle korzysta ze sprawdzonych pomysłów. Po PLL już widzę, że przedłuża serie na siłę i pisze głównie dla pieniędzy. Moim zdaniem mogłaby stworzyć jedną dłuższą książkę, w której mogłaby połączyć wątki z kilku części, dzięki czemu powieść byłaby bardziej dynamiczna i trzymająca w napięciu.
Mimo wszystko „Gra w kłamstwa” bardzo wciąga. Przeczytałam tę książkę w ciągu kilku godzin, niemal nie odrywając się od lektury. Wciąż zastanawiałam się, kto za tym wszystkim stoi, miałam własne typy podejrzanych i nie mogłam się doczekać rozwiązania zagadki. Nawet po skończeniu lektury moje myśli wciąż były przy „Grze w kłamstwa”. Chciałam natychmiast nabyć drugą część i poznać dalsze losy Emmy.
Bardzo zaintrygowała mnie tytułowa Gra w Kłamstwa. Przez część książki czytelnik nie ma pojęcia o co w niej chodzi, dopiero w połowie poznajemy zasady gry. Kiedy dowiedziałam się, na czym ona polega, pierwsze, co mi przyszło do głowy to to, że bohaterki mają problemy psychiczne. To, co robiły było przerażające. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na genialny pomysł naśladowania tych dziewczyn, ponieważ może tym kogoś poważnie skrzywdzić! Podczas czytania lektury, czułam się, jakbym obserwowała prawdziwe psychopatki. Wydawało mi się, że nie tylko główne bohaterki miały nie po kolei w głowie, ale wszystkie postaci. Mam co do tego mieszane uczucia, ponieważ z jednej strony powieść porusza w ten sposób ważne tematy (choćby to, czym jest zemsta), ale z drugiej nie nadaje się dla każdego.
„Gra w kłamstwa” to lektura, która wywołała w mojej głowie zamęt. Wciągnęła mnie o wiele bardziej niż „Pretty Little Liars” i poruszyła ciekawsze wątki, ale miała też minusy. Główna bohaterka mnie irytowała i nie potrafiłam zrozumieć jej toku rozumowania, a co za tym idzie, działań, które podejmowała. Wiem, że przeczytam kolejne tomy, ponieważ chcę poznać rozwiązanie zagadki. Uważam, że jest to godna polecenia książka. Bardzo przyjemnie się ją czyta i może pokazać do czego prowadzi żądza zemsty.
Moja ocena: 7/10

Autor: Sara Shepard
Tytuł: Gra w kłamstwa
Tytuł oryginału: The Lying Game
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 296

sobota, 8 listopada 2014

"Czekając na Gonza" Dave Cousins

3 komentarze:


Wszystko zaczęło się od przeprowadzki Osbourne’ów na położoną w odludziu i nicości wieś o nazwie Slowleigh. Oz od samego początku uważał, że nie jest to odpowiednie miejsce dla ich zakręconej i pełnej życia rodziny. Jego rodzice byli zafascynowani nowym domem, jednak on i jego siostra widzieli wszystko na czarno. Już po kilku dniach okazało się, że chłopak miał rację – od razu ośmieszył się przed nową klasą i podpadł miejscowej psychopatce. Jednak jego wyczyny przyćmiewa sekret siostry, który odkrywa całkiem przypadkiem… i przy okazji szantażuje nim biedną nastolatkę. Co przyniesie następny dzień? W jakie tarapaty wpadnie znów kilkunastoletni Oz? Czy tajemnica siostry podzieli rodzinę? Poznajcie opowieść pełną smutku i radości, dobrych i gorszych dni, a także śmiechu i łez o rodzinie Osbourne’ów!
Dave Cousins to angielski pisarz, który dopiero w tym roku zadebiutował na polskim rynku wydawniczym. Kilka miesięcy temu ukazała się u nas jego pierwsza powieść – „Piętnaście dni bez głowy”, a w sierpniu – „Czekając na Gonza”. Dave swoją karierę pisarską rozpoczął w wieku dziesięciu lat, kiedy to próbował pisać scenariusze do serialu. Później tworzył również piosenki, wiersze oraz krótkie opowiadania. Obecnie pisze w kącie na strychu, gdzie towarzyszy mu rudy kot. Jego druga książka była moim pierwszym spotkaniem z twórczością pana Cousinsa.
Do „Czekając na Gonza” podchodziłam bardzo entuzjastycznie. Lubię takie ciepłe opowieści o perypetiach nastolatków, a ta szczególnie mnie zainteresowała, ze względu na tematykę. A mianowicie, porusza bardzo trudny i ważny problem, z którym niestety w książkach nieczęsto się spotykam. Nie jest tajemnicą fakt, iż siostra Oza jest w ciąży, ponieważ mówi o tym sam opis z okładki. Byłam niezwykle ciekawa, jak autor poradził sobie z przedstawieniem problemu nastoletniej ciąży. Dave Cousins jasno wyraża własne zdanie na ten temat, nie owija w bawełnę. Bardzo się cieszę, że napisał taką powieść dla młodzieży, ponieważ daje ona wiele do myślenia.
Narracja w książce zasługuje na ogromne brawa. Oz zwraca się bezpośrednio do swojego nienarodzonego siostrzeńca, opowiada mu barwną historię swojego życia od pierwszego dnia w nowej szkole, czyli właściwie od momentu dowiedzenia się o ciąży Meg. Czasem nawet prowadzi z Gonzem (bo tak nazwał dziecko, ku irytacji siostry) dialogi, a nawet przeżywa sny z nim związane. Oz opisuje wszystkie wydarzenia „po swojemu”, z humorem i ukazując swój zabawny sposób bycia, co nadaje unikalny charakter książce. Wydaje się ona prawdziwa, dzięki czemu jeszcze lepiej trafia do czytelnika.
Niestety, muszę przyznać, że główny bohater nieraz bardzo mnie irytował. Miał specyficzny charakter, taki typowy krętacz i spryciarz, który myśli, że wszystko mu wolno, a tacy chłopcy mnie denerwują. Na szczęście, Oz pokazał, że jednak nie jest do końca taki, jaki mógłby się wydawać. Uświadomił co nieco swojej rodzinie i wykazał się czasem większą jasnością umysłu niż ktokolwiek inny. Nie mogę powiedzieć, że była to moja ulubiona postać, ale z pewnością zasługuje na uwagę. Najbardziej zaintrygowała mnie Meg, czyli jego siostra, która w wielu momentach była już na skraju załamania psychicznego. Starałam się ją zrozumieć i zaczęłam się zastanawiać, jak ja bym się zachowywała na jej miejscu.
„Czekając na Gonza” nie zawiodło moich oczekiwań. Uważam, że potrzeba więcej takich powieści młodzieżowych, z których można się czegoś nauczyć i które dają czytelnikowi do myślenia. Książka w takiej lekkiej formie dotrze do każdego, najprostszego człowieka. Czyta się ją w błyskawicznym tempie i jak już się zacznie, nie ma od niej ucieczki. Serdecznie polecam, bo naprawdę warto poświęcić jej czas.
Moja ocena: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal
http://www.grupawydawniczafoksal.com/

niedziela, 27 lipca 2014

Film: Miłość bez końca - Shana Feste

7 komentarzy:
Tytuł: Miłość bez końca
Reżyseria: Shana Feste
Produkcja: USA
Premiera światowa: 12 lutego 2014
Czas trwania: 1 godz. 43 min.
Gatunek: melodramat

Koniec szkoły średniej. Kontrolowana przez nadopiekuńczych rodziców i żyjąca pod kloszem Jade postanawia zacząć swoje życie towarzyskie i organizuje imprezę z okazji rozdania świadectw. Zaprasza na nią między innymi buntownika Davida, który od dawna jest nią zauroczony. I tylko on przychodzi na przyjęcie... Jednak dzięki jego podstępowi reszta rocznika zjawia się na imprezie, która staje się przełomem w życiu Jade. Po raz pierwszy dziewczyna otwiera się przed inną osobą... I zaczyna związek z chłopakiem, którego nie powinna pragnąć. Różnice pomiędzy ich światami zaczynają się uwidaczniać, a ojciec Jade postanawia zrobić wszystko, aby ich rozdzielić...

Do niedawna jeszcze nie wiedziałam o istnieniu książki "Miłość bez końca" Scotta Spencera. Usłyszałam o niej dopiero, kiedy jej druga ekranizacja weszła do kin. Niestety, przed tą informacją zdążyłam obejrzeć film, inaczej trzymałabym się swojej zasady: najpierw powieść. Do kina poszłam od razu na premierę, czyli 14 lutego w Polsce. I teraz już wiem, że muszę czym prędzej zdobyć książkę!
Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to schematyczna fabuła. Oglądałam mnóstwo podobnych romansów i mogłam dokładnie przewidzieć fabułę. Już na początku filmu wiedziałam, jak on się skończy. Jednak wiadomo - melodramaty mają to do siebie, że wszystkie są bardzo podobne i dość schematyczne. Ciężko obecnie znaleźć jakąś perełkę wśród tego gatunku.
Uważam, że wątek miłosny był uroczy. Może trochę przesłodzony, ale akurat to mi nie przeszkadzało. Trzymałam kciuki, aby Jade i Davidowi się udało, aby ich związek przetrwał gniew ojca dziewczyny. Na uwagę zasługuje również przedstawienie uczucia pomiędzy bratem głównej bohaterki, a jego ukochaną. Ta miłość wydawała mi się troszkę bardziej dojrzała, może też dlatego, że byli oni o kilka lat starsi niż główna para.
Aktorzy dobrze odegrali swoje role. Oglądając film, całkowicie wczułam się w historię, miałam wrażenie, że wdarłam się do czyjegoś życia i, niewidzialna, obserwuję je. Z obsady znałam wcześniej chyba tylko Alexa Pettyfera grającego Davida. Kilka lat temu oglądałam na angielskim "Misję Strombreaker", gdzie odgrywał główną rolę. Sądzę, że wyglądał trochę za staro, jak na nastolatka, choć jest młody. Ale poza tym, uważam, że świetnie sobie poradził z tą rolą. Dobrze oddawał uczucia swojego bohatera. Natomiast Gabriellę Wilde nie za bardzo kojarzyłam, choć chyba jej nazwisko obiło mi się kiedyś o uszy. Wystąpiła do tej pory w tylko paru filmach i uważam, że wielkiej aktorki z niej nie będzie. Jej uroda zwraca na siebie uwagę, ale nie gra spektakularnie. Dość dobrze, lecz są lepsi. Do swojej postaci pasowała świetnie, a to najważniejsze. Moją uwagę zwrócił jeszcze Rhys Wakefield wcielający się w brata Jade, Keitha. Jest naprawdę przystojny. I wydawało mi się, że wszelkie uczucia, jakie okazywał, były prawdziwe.
Nie spodobała mi się ścieżka dźwiękowa. Podczas oglądania filmu w ogóle nie zwracała na siebie uwagi, a po przesłuchaniu jej w domu, uważam, że była przeciętna. W innych ekranizacjach bardziej mnie zachwycała, tak, że niektórych utworów mogłam słuchać bez końca, a ta mnie zanudziła.
"Miłość bez końca" to dość dobry film, ale bez rewelacji. Przyjemnie się go ogląda, można się odprężyć i zrelaksować. Jednak jest mnóstwo lepszych ekranizacji, a ta nie wyróżnia się wśród nich niczym szczególnym. Niemniej, książkę zamierzam przeczytać, bo wiadomo, że twórcom mogło się nie udać ująć wszystkiego tak dobrze, jak przedstawił to autor.
Moja ocena: 7/10

czwartek, 3 lipca 2014

"Tylko dzięki miłości" Bogna Ziembicka

4 komentarze:

Autor: Bogna Ziembicka
Tytuł: Tylko dzięki miłości
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 400

Zuzanna Hulewicz przeżywa żałobę po tragicznej śmierci swoich rodziców i siostry. Opiekuje się nią babcia Jadwiga. Razem często bywają w dworku w Różanach, gdzie mieszka mężczyzna, w którym dziewczyna jest zakochana od długiego czasu, a który jest nieosiągalny. Odbywają również niesamowite podróże po Europie, dzięki którym Zuzia poznaje Joachima. Na początku jest on dla niej obojętny, jednak później ich znajomość przeradza się we wspaniałą przyjaźń, a nawet coś więcej. Jednak przychodzą ciężkie czasy, a wraz z nimi wojna i Zuzanna musi się pożegnać z osobami, które znała i kochała. Czy jeszcze kiedyś się z nimi spotka? Czy te relacje przetrwają wojnę?
Seria Bogny Ziembickiej o Różanach jest niezwykle bliska mojemu sercu. Autorka pięknie pisze o naszej ojczyźnie, o Krakowie i powinna być przykładem dla innych polskich pisarzy, ponieważ pokazuje, że nie trzeba przenosić akcji do innego kraju, aby zainteresować czytelnika. Jej książki mnie zachwycają i jestem ogromną fanką serii o Zosi Boruckiej. „Tylko dzięki miłości” to dodatkowa część cyklu opowiadająca o młodości jednej z bohaterek.
Pani Zuzanna od początku była jedną z moich ulubionych postaci. Już wcześniej bardzo podobały mi się fragmenty z jej dziennika i bardzo się ucieszyłam, kiedy się dowiedziałam, że ma powstać cała książka. Czy była ona tak dobra, jak pozostałe części? Czy może okazała się zbędna?
Historia opisana przez autorkę niezwykle mnie wciągnęła. Tym bardziej, że w tle ukazywała prawdziwe wydarzenia z historii Polski, ale też i świata. Czytając ją, naprawdę przenosiłam się do czasów dwudziestolecia międzywojennego i czułam ten klimat zbliżającej się wojny. Podchodziłam do tego bardzo emocjonalnie, przeżywałam wszystkie wydarzenia wraz z bohaterką. Czas wojny Bogna Ziembicka również pokazała świetnie. Mogłam zobaczyć ją z punktu widzenia zwykłych ludzi.
Niestety, w powieści niewiele się dzieje. Bywało wiele stron, na których w każdym wpisie Zuzanny widniało zaledwie parę krótkich zdań. Przyznam, że się wtedy nudziłam i miałam ochotę przekartkować książkę do ciekawszego momentu, ale byłoby to wbrew moim zasadom i musiałam to przetrwać.
W „Tylko dzięki miłości” pojawiało się wiele rysunków czy wycinków z gazet, co sprawiło, że książka naprawdę przypominała dziennik. Uważam to za ciekawy zabieg, lecz niestety nie wszystkie artykuły mnie zaciekawiły. Niektóre czytałam z prawdziwym zainteresowaniem, natomiast inne mnie nudziły. W niektórych miejscach było ich naprawdę dużo i szczerze mówiąc, lekko mnie to irytowało. Wolałam czytać kolejne zapiski z dziennika. Muszę jednak pochwalić wydawnictwo, ponieważ te wycinki prezentują się naprawdę świetnie, wyglądają jak prawdziwe fragmenty gazet z lat trzydziestych XX wieku, dodają wspaniałego klimatu.
Muszę jeszcze koniecznie pochwalić okładkę, która jest przepiękna. Naprawdę mnie zachwyciła i świetnie pasuje do całej książki. Zdjęcia z tyłu również są wspaniałe i niezwykle klimatyczne. Oddają urok tamtych lat. Wydawnictwo Otwarte włożyło w nią mnóstwo pracy i zadbało o każdy szczegół.
„Tylko dzięki miłości” to lektura warta uwagi. Koniecznie powinni ją przeczytać fani cyklu o Różanach, ale nie tylko. Do zapoznania się z tą częścią nie potrzeba znajomości poprzednich. Uważam, że jest ona świetnym dodatkiem do serii i spodoba się osobom, które tak jak ja polubiły panią Zuzannę. Serdecznie polecam i czekam na kolejne dzieła spod pióra pani Ziembickiej.
Moja ocena: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte!
http://otwarte.eu/

piątek, 2 maja 2014

"Mąż zastępczy" Joanna M. Chmielewska

6 komentarzy:

Autor: Joanna M. Chmielewska
Tytuł: Mąż zastępczy
Wydawnictwo: MG
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 288

Piotr przeżywa właśnie załamanie nerwowe. Zostawiła go żona, którą tak bardzo kochał, i myśli, że jest życiowym nieudacznikiem. Wszystko zmienia się, kiedy sąsiadka prosi go o pomoc w typowo męskich pracach domowych. Wpada na pomysł założenia firmy „Mąż zastępczy”, dzięki której kobiety bez mężczyzn w domach będą mogły zlecać mu wykonanie różnych zadań od remontu po wyganianie z mieszkania nietoperzy. Z tygodnia na tydzień i z miesiąca na miesiąc przedsiębiorstwo staje się coraz popularniejsze i przynosi więcej ciekawych doświadczeń. Od czasu do czasu Piotra zaskakują dziwaczne telefony od kobiety, która prosi o wykonanie nietypowego zlecenia, a później się rozłącza… Mężczyznę bardzo intryguje ta zagadka, lecz w natłoku pracy nie ma kiedy o niej myśleć. Dzięki swojej firmie może poznać wiele kobiet i ich historie, a także je zrozumieć i pogodzić się z odejściem żony.
Bardzo cenię sobie naszą polską pisarkę – Joannę M. Chmielewską. Zapoznałam się już z jej trzema dziełami i wszystkie bardzo mi się podobały. Należą do literatury kobiecej i nieraz poruszają ważne tematy. Nie są to kolejne mdłe romanse, jakie można znaleźć w każdej księgarni. Wątki miłosne owszem, występują, ale nie wysuwają się na pierwszy plan. I, co najważniejsze, śledzi się je z ogromną ciekawością. Dlatego kiedy wychodzi każda kolejna książka pani Chmielewskiej, cieszę się jak dziecko.
„Mąż zastępczy” od samego początku mnie intrygował. Byłam ciekawa prac, jakich miał się podjąć bohater. Niektóre mnie zaskakiwały, a inne wywoływały uśmiech na twarzy. Tak jak pan Piotr zastanawiałam się kim jest owa tajemnicza kobieta dzwoniąca w sprawach nietypowych i dlaczego właściwie to robi. Niestety rozwiązaniem tej zagadki się rozczarowałam, liczyłam na coś bardziej zaskakującego.
Tak jak w innych powieściach autorki, spodobała mi się możliwość poznania historii innych ludzi. Widać, że Joanna M. Chmielewska naprawdę wysiliła się przy ich tworzeniu. Każda postać jest zupełnie inna, lecz równie interesująca. Najbardziej ze wszystkich polubiłam chyba panią Jagodę z jej słodką córeczką Antosią, którą pokochałam całym sercem. Przeurocze dziecko, które wniosło do książki wiele ciepła.
Warto zauważyć, że tym razem książka została podzielona na rozdziały, co bardzo ułatwia czytanie. Poprzednim powieściom tego brakowało, a ja nie lubię przerywać lektury w trakcie akcji i zazwyczaj doczytuję do końca rozdziału. Cieszę się, że pisarka się na to zdecydowała, było to dla mnie miłym zaskoczeniem.
„Męża zastępczego” czytało się bardzo szybko. Zazwyczaj nie mogę przebrnąć przez powieści obyczajowe, ale nie dlatego, że mnie nudzą, tylko dlatego, że wolno się je czyta, z powodu braku akcji. Z tą wyszłam na podwórko, ponieważ uwielbiam lekturę na świeżym powietrzu i nawet się nie zorientowałam, kiedy minęła połowa.
Podsumowując, „Mąż zastępczy” mnie nie zawiódł. Książka była dokładnie taka, jakiej się spodziewałam i miło spędziłam przy niej czas. Polecam ją wszystkim kobietom, szczególnie teraz, na wiosenne popołudnia i wieczory. A ja już czekam na kolejne dzieło spod pióra pani Chmielewskiej.
Moja ocena: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu MG
http://www.wydawnictwomg.pl/

środa, 2 kwietnia 2014

Premierowo: "Mroczne umysły" Alexandra Bracken

7 komentarzy:

Autor: Alexandra Bracken
Tytuł: Mroczne umysły
Tytuł oryginału: The Darkest Minds
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 456

Ruby w wieku dziesięciu lat trafia do obozu „rehabilitacyjnego” dla dzieci cierpiących na chorobę OMNI. Wkrótce całe młode pokolenie Stanów Zjednoczonych znajduje się w podobnych miejscach, a rząd próbuje przekonać rodziców, że wysyłając swoje pociechy do obozu, postępują dobrze. Jednak władze ukrywają prawdę przed całym narodem. OMNI nie jest niebezpieczne, a dzieci nie da się wyleczyć z ich nadzwyczajnych zdolności. W obozach zostają podzielone według kolorów przypisanym ich zdolnościom – Zieloni, Niebiescy, Czerwoni, Żółci, Pomarańczowi. Ruby została przydzielona do Zielonych, lecz tak naprawdę jest jedną z Pomarańczowych, których uważa się za niebezpiecznych. Musi ukrywać to, kim jest, aby przeżyć…
Alexandra Bracken to młoda autorka książek młodzieżowych, które znajdowały się na szczycie list bestsellerów. Jej debiutem było „Brightly Woven”, które niestety nie zostało wydane u nas w Polsce. Kolejną serią jej autorstwa jest trylogia „Mroczne umysły”, której pierwsza część ma dzisiaj swoją premierę w Polsce.
„Mroczne umysły” intrygowały mnie już od pierwszych zapowiedzi. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, co takiego mnie przyciągało do tej książki, ale po przeczytaniu opisu zapragnęłam ją przeczytać. Mój czytelniczy instynkt mówił mi, że powieść bardzo mi się spodoba i mnie nie zawiedzie. Czy rzeczywiście tak było?
Pierwsze co zauważyłam w lekturze, i to niezbyt pozytywne, to pewien chaos. Autorka nie wytłumaczyła na początku najważniejszych rzeczy, przez co się pogubiłam i zastanawiałam, czy nie ominęłam jakiejś ważnej części w książce. Przykładowo, nie zostało wyjaśnione, jakim umiejętnościom przyporządkowany jest dany kolor. Sama musiałam się tego domyślać, a przypuszczenia się potwierdzały dopiero w trakcie lektury. Powieść sama w sobie nie jest chaotycznie napisana, tylko wydaje mi się, że pani Bracken na początku się trochę pogubiła.
Ogromnym plusem książki są jej bohaterowie. Na początku nie mogłam się przekonać do Ruby, lecz szybko ją pokochałam i zrozumiałam jej dotychczasowe zachowanie. Pod koniec lektury byłam z nią tak zżyta, że nie chciałam opuszczać świata „Mrocznych umysłów”. Nie potrafię nawet stwierdzić, który bohater stał się moim ulubionym. Ruby lubiłam tak samo bardzo jak Liama, Pulpeta i Suzume i brak choć jednej z tych postaci obniżyłby moją ocenę dzieła. Nie wyobrażam sobie bez nich tej książki.
W „Mrocznych umysłach” wiele się dzieje. Często zdarzają się nieoczekiwane zwroty akcji, które przyspieszają bicie serca. Przez to powieść bardzo wciąga, nie mogłam się od niej oderwać i wciąż o niej myślałam.
Zakończenie mnie wzruszyło. Nie wywołało łez, ale wzbudziło we mnie mnóstwo emocji. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zbyt długo czekać na drugą cześć, ponieważ nie mogę się doczekać, kiedy poznam dalszą część historii Ruby. Końcówka bardzo mnie zaskoczyła i nie mogę uwierzyć w to, co się wydarzyło. Nienawidzę takich zakończeń.
Podsumowując, „Mroczne umysły” to bardzo dobra powieść z wielkim potencjałem. Może nie do końca wykorzystanym, nie zwaliła mnie z nóg ani nie zafascynowała, lecz świetnie się ją czytało. Mam nadzieję, że drugi tom mnie nie zawiedzie i Alexandra Bracken pokaże, na co ją stać.
Moja ocena: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II  

sobota, 15 marca 2014

"Mroczna toń" Tricia Rayburn

10 komentarzy:

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Mroczna toń
Tytuł oryginału: Dark Water
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2013
Liczba stron: 392

Vanessa Sands wraca do Winter Harbor kolejnego lata, aby zamknąć bolesny rozdział życia i zacząć od nowa. Dlatego jej rodzice postanowili sprzedać ich stary domek, a kupić nową rezydencję tuż nad morzem. Jest to korzystne dla ich córki, której natura syreny coraz bardziej dokucza i potrzebuje częstych kąpieli w słonej wodzie. Zwraca na siebie uwagę coraz większego grona młodych chłopaków czy mężczyzn, co staje się coraz bardziej niebezpieczne. Dodatkowo ma problemy ze swoim ukochanym – Simonem, do którego nie może się zbliżyć z obawy zrobienia mu krzywdy. W Winter Harbor znów robi się coraz niebezpieczniej, a mieszkańcy zaczynają się niepokoić. Co tym razem spotka Vanessę? Czy do miasteczka powróci kiedyś spokój?
Pierwsza część serii o syrenach niezmiernie przypadła mi do gustu. Byłam zafascynowana historią, jaką przedstawiła mi Tricia Rayburn. Jednak z drugim tomem było już nieco gorzej. Okazał się on słabszy od poprzedniego i nieco mnie zawiódł. Pełna wątpliwości i obaw sięgnęłam po trzecią część, o której słyszałam skrajne opinie. Jak wypadła ona w moich oczach?
W „Mrocznej toni” zabrakło mi akcji. Moim zdaniem autorka za dużo uwagi poświęciła miłosnym rozterkom Vanessy, a zaniedbała rozwój wydarzeń. Mało kiedy czułam dreszczyk emocji towarzyszący zaskakującym i przerażającym wydarzeniom. Nie twierdzę, że się nudziłam przy lekturze, bo wcale tak nie było, jednak autorkę stać na więcej i wydawało mi się, że ta część nic nowego, ważnego nie wnosi, miała tylko oficjalnie zamknąć trylogię.
Dużym pozytywem, jednak nie wiem, czy nie tylko dla mnie, okazały się opisy tych wspaniałych nadmorskich miejscowości. Rozmarzyłam się przy czytaniu o wycieczce, jaką urządzili sobie Vanessa i Simon do pobliskiej wsi, przejażdżka wśród pól i łąk, wędrówka po lesie… Jak dla mnie, pani Rayburn doskonale oddała klimat tamtych miejsc i zapragnęłam się w nich znaleźć. Niemal czułam na twarzy powiew słonego wiatru i słyszałam szum morza (a także drzew)…
W recenzji drugiego tomu tak narzekałam na bohaterów. Przy lekturze „Mrocznej toni” nieco zmieniłam o nich zdanie. Vanessa nadal mnie irytowała, ale w znacznie mniejszym stopniu. Zmieniła się na lepsze i po przeczytaniu wszystkich części mogę nawet stwierdzić, że ją lubiłam. Nie bardzo, ale jednak. Paige jest chyba moją ulubioną postacią z trylogii. Okazała się wspaniałą przyjaciółką, o jakiej można pomarzyć. Do Simona zdążyłam się już przyzwyczaić. Nie był już tak nieznośny jak wcześniej i bardzo się z tego powodu cieszę.
Tricia Rayburn wspaniale wykreowała syreny. Wykorzystała trochę mitologię, ale nie zabrakło jej własnych pomysłów. Bardzo mi się spodobały te morskie stworzenia i jestem nimi zafascynowana. Autorka popisała się swoją wyobraźnią i jestem ciekawa, co jeszcze wymyśli w innych swoich dziełach.
„Mroczna toń” jest ciekawą lekturą, nieco lepszą od drugiej części, ale wciąż nie przebija pierwszej. Moim zdaniem „Syrena” była najlepszym tomem trylogii i szkoda, że pisarce nie udało się jej przebić. Powieść polecam, bardzo przyjemnie i szybko się ją czyta i uważam, że to dobre zakończenie przygód Vanessy.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

sobota, 11 stycznia 2014

"Villette" Charlotte Brontë

8 komentarzy:

Autor: Charlotte Brontë
Tytuł: Villette
Tytuł oryginału: Villette
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 688

Lucy Snowe to młoda kobieta szukająca zatrudnienia. Kilka lat swojej młodości spędziła u matki chrzestnej, pani Bretton, która była jej bardzo bliska. W jej domu poznała małą Polly rozpaczającą po wyjeździe ojca i Grahama, syna pani Bretton, którzy byli jednymi z jej nielicznych przyjaciół. Po pewnym czasie mieszkania u rodziny i opiekowania się starszą panią, wyrusza do Londynu, jednak szybko widzi, że to nie miejsce dla niej. Los kieruje ją do małego miasteczka w Europie – Villette, gdzie panna Lucy otrzymuje posadę nauczycielki. Tam jest świadkiem wielu dziwnych i tajemniczych rzeczy, przeżywa miłości oraz zmaga się z nieposłusznymi uczennicami i osobliwymi zachowaniami chlebodawczyni.
Charlotte Brontë to angielska pisarka i poetka XIX wieku. Jest najstarszą z sióstr Brontë, których powieści są klasykami literatury angielskiej. Napisała cztery książki: „Dziwne losy Jane Eyre”, „Shirley”, „Villette” oraz „Profesora”. Wszystkie ukazały się w Polsce.
Po raz pierwszy miałam do czynienia z panią Charlotte, ale wcześniej czytałam także jedno dzieło Anne Brontë, które bardzo mi się spodobało. W końcu mogłam poznać jeden ze wspaniałych klasyków, o których tak wiele się mówi. Uwielbiam epokę wiktoriańską, a dzięki tym książkom mogę poznać ją bliżej. Teraz po raz drugi przekonałam się, dlaczego powieści sióstr Brontë są takim fenomenem. I na pewno nie po raz ostatni.
„Villette” czytało się raz lepiej, raz gorzej. Było naprawdę różnie. W jednym momencie lektura bardzo mnie intrygowała i wciągała, a w innym mnie nużyła i traciłam chęć do czytania. W środku książki był taki moment, że nie mogłam dalej przez nią przebrnąć, ale kiedy wydarzyło się coś ciekawego i powrócili moi ulubieni bohaterowie, nie mogłam się od niej oderwać.
Pannę Lucy bardzo polubiłam. Na szczególne uznanie zasługuje jej silny charakter. Nie zniechęcała się szybko, dzięki czemu udawało jej się osiągnąć to, co chciała. Nigdy nie sprzeciwiała się swojej chlebodawczyni, choć jej sposoby na poznanie pracowników były dziwaczne i niezbyt godne. Jednak niektórych jej zachowań nie rozumiałam i w nielicznych sytuacjach mnie irytowała. Doktor John i panna Paulina stali się moimi ulubionymi postaciami i losy tych dwóch bohaterów śledziłam ze szczególnym zainteresowaniem. Mogę nawet stwierdzić, że ich pokochałam i teraz, po skończeniu lektury, tęsknię za nimi, jak nawet za Lucy nie tęsknię.
Przemyślenia głównej bohaterki mnie nużyły. Owszem, niektóre czytałam z prawdziwym zainteresowaniem, ale część zanudzała mnie i zniechęcała do czytania. Było ich bardzo dużo, co spowalniało przebieg akcji., jednak rozumiem, że siostry Brontë lubiły je i bez wewnętrznych przeżyć Lucy to nie byłoby to samo.
Jak już wcześniej wspominałam, najbardziej przypadł mi do gustu wątek z doktorem Johnem, a później także panną Pauliną. Żałuję, że Charlotte tak mało poświęciła im stron, ja mogłabym przeczytać na ich temat całą książkę.
Podsumowując, „Villette” bardzo mi się spodobało, a zarazem nie dorównało książce Anne, jaką czytałam kilka miesięcy temu. Mam nieco mieszane uczucia w stosunku do tego dzieła, niemniej serdecznie je polecam. Nie jest to lekka lektura na kilka wieczorów. Mam nadzieję, że inne powieści Charlotte spodobają mi się jeszcze bardziej.
Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu MG
http://www.wydawnictwomg.pl/

piątek, 3 stycznia 2014

"Krąg" Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren

14 komentarzy:

Autor: Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren
Tytuł: Krąg
Tytuł oryginału: Cirklen
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 576

Engelsfors to małe i spokojne miasteczko. Każdy zna tam każdego i nigdy nie dzieje się nic dziwnego. Niełatwo się w nim rozwinąć, znaleźć jakąś porządną pracę. W jedynym centrum handlowym większość sklepów jest pozamykana. W tym miejscu mieszka sześć dziewczyn z liceum, na pozór całkiem zwyczajnych. Ich normalne życie zostaje przerwane w dniu, kiedy ich kolega ze szkoły popełnia samobójstwo. Niedługo po tym wydarzeniu nastolatki widzą na niebie krwistoczerwony księżyc i tracą kontrolę nad swoim ciałem. Ktoś lub coś prowadzi je do parku, gdzie dochodzi do ich spotkania. Dowiadują się, że posiadają pewne zdolności, jakich nie mają zwykli ludzie. Jedna może zmuszać innych do zrobienia czegoś, czego nie chcą, inna umie przenosić przedmioty myślami, a kolejne mają dziwaczne sny. Muszą stworzyć krąg i trzymać się razem, aby powstrzymać niebezpieczeństwo, które im grozi.
Mats Strandberg jest szwedzkim pisarzem i dziennikarzem. „Krąg” nie jest jego pierwszą wydaną powieścią, już wcześniej pisał, ale dopiero wspomniany tytuł przyniósł mu sławę. Sara Bergmark Elfgren zadebiutowała książką stworzoną z Matsem, wcześniej natomiast pracowała jako scenarzystka. Oboje zostali nominowani do nagrody Augustpriset dla najlepszych dzieł literackich, jakie ukazały się w Szwecji.
Do przeczytania powieści skłoniło mnie wiele pochlebnych opinii. Prawie każda recenzja, jaką czytałam, była pozytywna i bardzo zachęcała mnie do lektury. Chyba nikt mi się nie dziwi, że podchodziłam do „Kręgu” z wielkim entuzjazmem. I jak książka wypadła w moich oczach? Rozczarowałam się czy wręcz przeciwnie?
Początkowo podczas czytania poczułam się oszukana. To nie było to, z czym wiązałam nadzieję. Chciałam w końcu poczytać coś porządnego o magii, czarownicach, a do tej pory nie trafiałam na nic wartego uwagi. Akcja zbyt wolno się rozwijała. Zanim dziewczęta się w końcu spotkały, ja zdążyłam się już zniecierpliwić. Jednak im dłużej czytałam, tym bardziej powieść mi się podobała. Po około dwustu stronach tak mnie wciągnęła, że cały dzień siedziałam przy lekturze i nie zdołałam się od niej oderwać.
Zżyłam się z sześcioma głównymi bohaterkami. Na początku obawiałam się, że będą mi się mylić, że będą do siebie bardzo podobne, lecz pozytywnie się zaskoczyłam. Każda z dziewczyn miała zupełnie inny charakter, inne problemy, moce. Najbardziej polubiłam Minoo za jej zaangażowanie i inteligencję, jest dla mnie także najbardziej intrygującą postacią. Na nie mniejszą sympatię zasłużyła także Rebecka. Żałuję, że tak rzadko pojawiała się w książce.
Autorzy poruszyli w swojej powieści kilka ważnych tematów. Jednym z nich jest znęcanie się nad rówieśnikami w szkole. Ukazali, jak to może wpłynąć na osoby, które są krzywdzone. Kolejną sprawą jest śmierć bliskich osób i radzenie sobie z zaistniałą sytuacją. Pisarze umiejętnie wpletli te wątki do książki, nie są przedstawione w sposób przesadny czy sztuczny, lecz bardzo realnie.
Mats Strandberg i Sara B. Elfgren dobrze się ze sobą zgrali, pisząc powieść. Często bywa tak, że kiedy dwóch autorów tworzy coś razem, w niektórych momentach widać różnice stylu i pewien chaos, a w tym przypadku wydawało mi się, jakby „Krąg” pisała jedna osoba. Książka wiele na tym zyskała, a pisarzom należą się brawa.
Powieść była pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Kiedy już domyślałam się, kto za tym wszystkim stoi, okazywało się, że nie byłam nawet bliska prawdy. Myślałam tak, jak chcieli autorzy, zmylili mnie i zaskoczyli odkrywanymi sekretami, przedtem trzymając w napięciu.
„Krąg” to bardzo dobra historia. Może nie taka, jakiej się spodziewałam, ponieważ wyobrażałam sobie zupełnie co innego, ale czuję się pozytywnie zaskoczona. Jak dla mnie było za mało magii, ale to tylko jeden z niewielu minusów. Już się nie mogę doczekać drugiej części. Serdecznie polecam.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Morza szept" Patricia Schröder

7 komentarzy:

Autor: Patricia Shröder
Tytuł: Morza szept
Tytuł oryginału: Meeresflüstern
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 336

Elodie nie może się pozbierać po śmierci ojca. Bez niego nie umie się odnaleźć w życiu, nie potrafi również uwierzyć, że już nigdy go nie zobaczy. Zdesperowana matka wysyła ją na pół roku do ciotki Grace, na Guernsey, aby tam córka pogodziła się ze stratą. Podróż na malowniczą wyspę wydaje się fantastyczną przygodą, jednak dziewczyna nie potrafi się z niej cieszyć. Od dzieciństwa boi się bowiem wody. Ledwo znosi kąpiel, a co dopiero powiedzieć o pływaniu w morzu. Nie czuje się komfortowo nawet w pobliżu zbiornika wodnego, odczuwa wtedy dziwaczne pieczenie lub swędzenie kostek. Pobyt na wyspie zapowiada się jednak ciekawie. Elodie poznaje Ruby, która staje się jej przyjaciółką, jej wielką miłość, Ashtona, oraz ich znajomych, w tym Cyrila, najprzystojniejszego chłopaka z paczki. Ten ostatni zaprasza ją na kolację już podczas pierwszego spotkania, co powoduje, że bohaterka zaczyna się nim bardziej interesować z każdym kolejnym wspólnym wyjściem. Sielankę na Guernsey przerywa śmierć pewnej dziewczyny. Została ona zamordowana, a okoliczności tego tragicznego zdarzenia są bardzo tajemnicze. Elodie zamierza sama odkryć sekrety wyspy i nieznajomych chłopaków, którzy niedawno pojawili się w mieście.
Patricia Schröder mieszka w Niemczech. Studiowała projektowanie tkanin i przez jakiś czas pracowała w zawodzie, lecz później całkowicie oddała się pisaniu. Po narodzinach dzieci przeprowadziła się nad morze, piękne widoki pobudziły jej wyobraźnię. Podróże na Wyspy Normandzkie zainspirowały ją do stworzenia trylogii o Elodie. Wkrótce stała się jedną z bardziej znanych autorek młodzieżowych.
Uwielbiam książki o przeróżnych morskich istotach. Syreny, trytony czy potwory żyjące w wodzie szalenie mnie interesują. Niestety, powieści o tej tematyce jest bardzo mało i nieczęsto mam okazję się z owymi zapoznać. Jednak wolę nieliczne, acz dobre lektury, niż całe masy powtarzających się tekstów. Wątek wodnych stworzeń jest wciąż świeży i pozostawia ogromne pole do popisu autorom. Po niesamowitej i intrygującej „Syrenie” jeszcze chętniej sięgam po powieści o tajemnicach, które kryją oceany. A jakie wrażenie wywarł na mnie „Morza szept”?
Tym, co mi się najbardziej nie spodobało i raziło podczas czytania, był styl autorki. Po pierwsze, w niektórych momentach pisała zbyt chaotycznie, nie umiałam odnaleźć się w sytuacji. Po drugie, często znajdywałam błędy stylistyczne, dość rażące, choć po części mogła to być wina korekty. Wydawało mi się, że pewne fragmenty nie zostały przez nikogo sprawdzone. Przez to niektóre zdania nie miały sensu i ciężko było w takich chwilach skupić się na czytaniu. Przykład (jeden z wielu): „Podążając za innym impulsem, weszłam krok na balkon i opuściłam dłonie na balustradę” (s. 218). Czasem także dialogi, uwagi czy komentarze wydawały mi się wymuszone i infantylne, płytkie. Nie wnosiły nic nowego i miałam wrażenie, że Patricia Schröder wstawiła je po to, aby przedłużyły powieść.
Bohaterowie specjalnie nie zapadli w mojej pamięci. Elodie była mi po prostu obojętna. Nie wywołała u mnie żadnych uczuć, dosłownie nic. Ani negatywnych emocji, ani pozytywnych. Podczas lektury lubię zżyć się z postaciami, a w tej książce nie miałam takich możliwości. Ruby okazała się sympatyczną osobą, lecz po jakimś czasie jej obraz zaczął mi się zamazywać. Dodatkowo, dziwne wydawało mi się to, że już po kilku dniach znajomości dziewczęta stały się najlepszymi przyjaciółkami. Gordian na początku przypadł mi do gustu, lubię tajemniczych chłopaków w powieściach, ale im więcej sekretów odkrywał, tym mniej mnie ciekawił, aż w końcu stał się nijaki.
„Morza szept” wciąga. Kiedy już się zacznie czytać tę książkę, nie można się od niej oderwać. Historia intrygowała mnie i chciałam się dowiedzieć, jakie sekrety skrywa wyspa i niektórzy mieszkańcy. Nie mogłam się doczekać, kiedy je odkryję. Szkoda, że zakończenie było nużące, nieco zawiodłam się na rozwiązaniach tajemnic, domyśliłam się ich.
Istoty opisane przez autorkę bardzo mi się spodobały. Po raz pierwszy miałam styczność z takimi gatunkami jak niksy, przez co czułam się mile zaskoczona. Dzięki powieści poznałam stworzenia z mitologii germańskiej, o której do tej pory niezbyt dużo wiedziałam.
Książka pięknie prezentuje się na półce. Okładka jest zjawiskowa i przyciąga wzrok, dodatkowo świetnie pasuje do treści i ma swój klimat. Do tekstu wewnątrz lektury została użyta czcionka, która nie męczy wzroku. Nieco przeszkadzały mi jednak fragmenty pisane kursywą, czytało się je ciężej niż inne.
„Morza szept” to powieść, jakiej oczekiwałam. Co prawda miałam skrytą nadzieję, że książka okaże się perełką, ale i tak się nie zawiodłam. Wspaniale można się przy niej odprężyć i powrócić do wakacji, które, niestety, zbyt szybko minęły. Jest to świetny przerywnik od nauki czy pracy. Serdecznie polecam młodzieży, ponieważ do tej grupy najlepiej przemówi omawiana pozycja.
Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję portalowi Efantastyka.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ
***
Kochani,
życzę Wam spokojnych, rodzinnych świąt Bożego Narodzenia, abyście wypoczęli w te wolne dni i nie musieli się niczym martwić, spełnienia marzeń, wielu sukcesów, duuużo dobrych książek, a przede wszystkim zdrowia i szczęścia :) I oczywiście szczęśliwego Nowego Roku, miejmy nadzieję, że będzie on naprawdę dobrym rokiem ^^

sobota, 7 grudnia 2013

"Dom tajemnic" Chris Columbus, Ned Vizzni

5 komentarzy:

Autor: Chris Columbus, Ned Vizzini
Tytuł: Dom tajemnic
Tytuł oryginału: House of Secrets
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 510

Kordelia, Brendan i Eleanor przeprowadzają się wraz z rodzicami do nowego domu. Wszystko w nim jest bardzo dziwne – drogocenne meble wyglądające, jakby ktoś wyniósł je z muzeum, przerażająca rzeźba na zewnątrz, a także jego była właścicielka – Dalia Kristoff, córka Denvera Kristoffa, pisarza. Ta staruszka pierwszego wieczora przerywa ich rodzinny wieczór i z furią wpada do domu. Niszczy w nim wszystko, zamienia budynek w ruderę i porywa rodziców. Za to rodzeństwo wysyła do niebezpiecznego świata i powierza im dziwaczną misję. Czy uda im się powrócić do swojego dawnego życia? Gdzie się tak naprawdę znaleźli? Jaką rolę odgrywają w tej historii?
Chris Columbus to amerykański reżyser, producent i scenarzysta. Jest znany z takich filmów jak „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” (jak i druga część), „Kevin sam w domu” czy „Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Złodziej pioruna”. „Dom tajemnic” jest jego debiutem literackim. Ned Vizzini to amerykański autor powieści dla młodzieży, do tej pory nieznany w Polsce. Książka napisana z Chrisem jest jego pierwszą przetłumaczoną na nasz język.
„Dom tajemnic” bardzo mnie intrygował, od kiedy ujrzałam go w zapowiedziach. Przyznam, że w dużej mierze zachęcił mnie fakt, iż został napisany przez reżysera „Harry’ego Pottera” i polecony przez samą J.K. Rowling. Wiem, że zazwyczaj są to beznadziejne chwyty reklamowe, ale pomyślałam, że Rowling nie poleci gniota. Dlatego podchodziłam do książki z dużym entuzjazmem i liczyłam na coś naprawdę dobrego. Czy się nie zawiodłam?
Bohaterowie zostali świetnie wykreowani. Każde z rodzeństwa zdążyłam dobrze poznać i polubić. Najbliższa z nich była mi Kordelia, jak tylko została przedstawiona, pomyślałam, że jest moją wierną kopią. Dopiero później dostrzegłam różnice między mną a nią, im więcej jej cech poznawałam. Ja często dokonałabym innych wyborów i inaczej bym się zachowała. Will, który pojawił się dopiero w magicznym świecie, również okazał się ciekawą postacią. Na początku nie mogłam do niego przywyknąć, nieco mnie irytował, ale później darzyłam go coraz większą sympatią.
Bardzo spodobał mi się świat wykreowany przez autorów. Mieli naprawdę ciekawy koncept i wykorzystali go najlepiej, jak mogli. W powieści wiele się dzieje i często następują nieoczekiwane zwroty akcji, dlatego czyta się ją jednym tchem. Bardzo wciąga.
Columbus i Vizzini świetnie się zgrali, pisząc „Dom tajemnic”, a warto zauważyć, że komunikowali się tylko przez maile. Kiedy czytałam, miałam wrażenie, że książkę pisała jedna osoba. Nie widać różnic stylów, nie ma chaosu i wszystko jest napisane zrozumiałym językiem.
Warto również wspomnieć o wspaniałym wydaniu lektury. Oprawa jest twarda i ma jeszcze dodatkowo papierową okładkę, na której tytuł jest pięknie wyróżniony – litery są wypukłe i lśnią pod promieniami światła. Książka cudownie prezentuje się na półce, wręcz wyróżnia się na niej, oczywiście w pozytywnym sensie. A w środku od czasu do czasu pojawiają się rysunki.
„Dom tajemnic” to powieść skierowana głównie do młodszej młodzieży. Osoby starsze szukające świetnej przygody, mrożącej krew w żyłach, mogą się zawieść, ponieważ „Dom tajemnic” może je po prostu znudzić. Za to dwunasto-, trzynastolatki będą się przy niej świetnie bawić.
Książka Columbusa i Vizzini’ego nie rozczarowała mnie pod żadnym względem. Bardzo przyjemnie się ją czytało i zdążyłam się już zaprzyjaźnić z bohaterami. Będę szczera, kiedy napiszę, że nie mogę się doczekać drugiej części. „Dom tajemnic” polecam szczególnie młodszym osobom, choć nie twierdzę, że starszym nie przypadnie do gustu. Może to być również doskonały prezent na święta.
Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon