Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 stycznia 2015

"Moja mroczna strona" Gabrielle Zevin

5 komentarzy:

Rok 2083. Nowy Jork. Czekolada i kawa przestały być legalne i są produkowane przez mafijne rodziny, które walczą ze sobą. Woda jest racjonowana, a za zbyt duże jej zużycie płaci się niewyobrażalne kwoty. Papier jest niemal niemożliwy do osiągnięcia. Ania Balanchine jest córką największego czekoladowego bossa. Jako najbliższa rodzina, ona i jej rodzeństwo są w niebezpieczeństwie i muszą być bardzo ostrożni we wszystkim, co robią. Pewnego dnia Ania popełnia błąd i zostaje oskarżona o próbę otrucia swojego chłopaka czekoladą produkowaną przez swojego ojca. Dziewczyna jest niewinna, lecz wszystkie fakty wskazują na nią. Kto wrobił ją w przestępstwo? I kto ją z tego wyciągnie?
Gabrielle Zevin jest amerykańską pisarką książek dla młodzieży, lecz nie tylko. Swoją karierę rozpoczęła w wieku 14 lat, kiedy to zdobyła pracę krytyka muzycznego w „Fort Lauderdale Sun-Sentinel”. Jej pierwsza powieść „Gdzie indziej” została nominowana do nagrody Quill, a wygrała Borders Original Award Voices. Zevin jest absolwentką Harvardu i od urodzenia mieszka w Nowym Jorku.
Już od dawna miałam na oku inną książkę tej autorki – „Zapomniałam, że cię kocham”. Bardzo mnie ona intrygowała, ale zawsze było mi z nią nie po drodze. Kiedy w zapowiedziach ukazała się jej nowa powieść, wiedziałam, że będę musiała ją przeczytać. Połączenie dystopii, czekolady i mafii wydawało się interesujące. Czy tak było w rzeczywistości? Nie do końca.
„Moja mroczna strona” mnie nie wciągnęła. Opowieść nie była zła, ale musiałam zmuszać się do jej czytania. Nie potrafiłam zatracić się w tym świecie i przeżywać przygód z Anią. Książka nie ma zbyt wielu zwrotów akcji, zazwyczaj było wręcz monotonnie. Chciałam ją jak najszybciej przeczytać, ale tylko dlatego, że momentami się przy niej nudziłam.
Główna bohaterka bardzo mnie irytowała. Zachowywała się bardzo infantylnie i naiwnie. Ciągle zastanawiałam się, jak można być tak łatwowierną i niedomyślną. Wydawało mi się, że sprowadzała na siebie nieszczęścia jedynie przez to, że nie umiała postawić się innym, wszystkim się podporządkowywała i nie miała własnego zdania. Jej chłopak był moim zdaniem całkowitym niewypałem. Wydawał mi się sztuczny i przeidealizowany. Ich związek tak samo.
Historia sama w sobie jest bardzo ciekawa i ma duży potencjał. Szkoda, że autorka nie wykorzystała go najlepiej, jak mogła. Do języka, jakim powieść została napisana, nie mam żadnych zarzutów. Widać, że Gabrielle Zevin nie ma żadnych trudności z pisaniem. Jasno wyraża własne myśli, a opisy nie są zbyt ubogie, ale też nie przydługie.
„Moja mroczna strona” to przeciętna książka. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobała, ale też mnie nie zachwyciła w żaden sposób. Nie jestem pewna czy chcę się zapoznać z kolejnym tomem. Obawiam się, że będzie to strata czasu, choć może dam mu szansę. Nie polecam, ani nie odradzam tej lektury. Ale jeśli szukacie młodzieżówki pełnej akcji i niespodziewanych zwrotów akcji, sięgnijcie po coś innego.
Moja ocena: 5/10

Autor: Gabrielle Zevin
Tytuł: Moja mroczna strona
Tytuł oryginału: All These Things I’ve Done
Wydawnictwo: YA!
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 384

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal
http://www.grupawydawniczafoksal.com/

sobota, 27 grudnia 2014

"Mroczna bohaterka. Jesienna Róża" Abigail Gibbs

4 komentarze:


Jesienna Róża jest jednym z Mędrców – rasy władającej magią i mającej chronić ludzi przed niebezpiecznymi istotami i czarną magią. Uczęszcza do zwyczajnej szkoły średniej w hrabstwie Devon i tam pełni funkcję strażniczki. Codzienną rutynę przerywa jej przybycie syna króla Mędrców – księcia Fallona. Narzuca on jej swoje towarzystwo i ciągle przypomina o jej tytule książęcym, o którym dziewczyna wolałaby zapomnieć. Z każdym dniem piętnastolatka coraz bardziej nienawidzi przybysza, ponieważ rujnuje on jej dotychczasowe życie. Róża nie może jednak zapomnieć o tym, że w chwili niebezpieczeństwa Fallon będzie jej jedynym sprzymierzeńcem i że aby ocalić uczniów przed jakimkolwiek zagrożeniem będą musieli działać razem. A od wojny między ludźmi a mrocznymi istotami dzieli ich tylko krok od czasu porwania Violet Lee…
Ponad rok temu miałam okazję przeczytać pierwszą część serii „Mroczna bohaterka”, „Kolację z wampirem”. Książka, mimo że już wtedy przeminęła moda na wampiry, a mi na samą myśl o nich robiło się niedobrze, bardzo mi się spodobała. Wniosła pewien powiew świeżości w tym temacie i zaintrygowała mnie. Jednak na tom drugi musiałam czekać cały rok. Kiedy ujrzałam go w końcu w zapowiedziach, wiedziałam, że muszę go jak najszybciej przeczytać. Zasiadłam do lektury pełna nadziei, lecz także obaw…
W „Kolacji z wampirem” zwróciłam uwagę na chaotyczny styl autorki. Niestety, w tej części nic się nie zmieniło. W pewnych momentach nie wiedziałam już kto w danej chwili mówi lub co się dzieje, bo Gibbs zdążyła już przejść do czegoś zupełnie innego nie wyjaśniając niczego. Często czułam zdezorientowanie. Szkoda, że Abigail spoczęła na laurach i nie poprawiła swojego warsztatu literackiego, bo – jak już wspominałam w recenzji poprzedniego tomu – widzę w niej spory potencjał. Niestety, na razie niewykorzystany chociażby w połowie.
Najbardziej irytował mnie wątek miłosny – był zdecydowanie przesłodzony i sztuczny. Już od samego początku widać co się święci, a bohaterowie zachowywali się bardzo dziecinnie spostrzegłszy swoje uczucia. A raczej udając, że ich nie ma. Niektóre sytuacje były tak ckliwe i melodramatyczne, że miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Fallon zachowywał się tak żałośnie i natarczywie, że zaczęłam się zastanawiać, jak można umyślnie stworzyć tak przeidealizowanego bohatera. Sama Róża również mnie niezmiernie irytowała swoją niewinnością i naiwnością, ale wolałam ją niż księcia. Odniosłam również wrażenie, że bardzo przypominała Violet Lee, bohaterkę „Kolacji z wampirem”.
Mimo wymienionych wad „Jesienna Róża” bardzo mnie wciągnęła. Pochłaniałam lekturę w błyskawicznym tempie, a po jej skończeniu czułam niedosyt. Wciąż o niej myślałam i przekopywałam Internet w poszukiwaniu informacji o następnej części. Niestety, żadnych nie znalazłam.
Na pochwałę zasługuje również świat wykreowany przez autorkę. Z podobną wizją rzeczywistości jeszcze się nie spotkałam, a bardzo mnie ona zaintrygowała. Żałuję, że Abigail Gibbs nie opisała jej zbyt dokładnie, ale mam nadzieję, że zrobi to w kolejnej części. Świat przedstawiony w powieści jest podzielony na dziewięć wymiarów, z których w każdym oprócz ludzi żyje jedna rasa magicznych istot. Przykładowo, w pierwszym rządzą Mędrcy, a w drugim wampiry. We wszystkich wymiarach (z wyjątkiem drugiego) ludzie widzą o istnieniu tych istot.
„Jesienna Róża” to przeciętna powieść fantastyczna dla młodzieży. Myślę, że spodoba się naiwnym nastolatkom, fankom „Zmierzchu”, lecz osobom szukającym czegoś więcej w książkach zapewne się nie spodoba. Ja bawiłam się przy niej dość dobrze i mogłam się porządnie zrelaksować po kilku stresujących miesiącach w szkole. Do tego nadaje się idealnie.
Moja ocena: 5/10

Autor: Abigail Gibbs
Tytuł: Mroczna bohaterka. Jesienna Róża
Tytuł oryginału: The Dark Heroine: Autumn Rose
Wydawnictwo: Muza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 464
Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Business & Culture



środa, 30 lipca 2014

"Przyrzeczeni" Beth Fantaskey

9 komentarzy:

Autor: Beth Fantaskey
Tytuł: Przyrzeczeni
Tytuł oryginału: Jessica's Guide to Dating on the Dark Side
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 408

Jessica wiedzie zwyczajne życie. Chodzi do szkoły, spotyka się z przyjaciółką, flirtuje z chłopakami i wygrywa konkursy matematyczne. Wszystko się zmienia, kiedy na jej drodze staje pochodzący z Rumunii uczeń z wymiany międzynarodowej. Jest on arogancki, tajemniczy, przystojny i bardzo natrętny. Twierdzi, że Jessica jest rumuńską wampirzą księżniczką i na mocy paktu zawartego tuż po ich narodzinach są zaręczeni! Dziewczyna od zawsze sceptycznie podchodzi do wszelkich paranormalnych zagadnień, a Lucjusza zaczyna uważać za niebezpiecznego pomyleńca. Czy to możliwe, żeby wampiry naprawdę istniały? Jaki cel ma ten chory żart chłopaka? Czy Lucjuszowi powiodą się zaloty?
Beth Fantaskey urodziła się w małym miasteczku w Pensylwanii. Studiowała dziennikarstwo, a obecnie jest wykładowcą. Bardzo lubi pisać i żadna forma wypowiedzi pisemnej nie jest jej obca – powieści, opowiadania, artykuły, oficjalne mowy… Jej debiutem literackim byli „Przyrzeczeni”, którzy kilka lat później doczekali się kontynuacji (ale nie w Polsce). Autorka uwielbia podróżować, choć boi się latać samolotem. W nowych krajach próbuje keczupu, a najbardziej smakował jej ten z Polski.
„Przyrzeczonych” chciałam przeczytać od bardzo dawna. Byłam ciekawa, czy autorka miała oryginalny pomysł, pisząc kolejną na rynku wydawniczym książkę o wampirach. Sięgając po nią, wiedziałam, że to zwykły romans paranormalny i że nie mogę liczyć na zbyt dużo, ale nie sądziłam, że otrzymam coś TAKIEGO.
Aby dobrze ocenić tę książkę, muszę przedstawiać dwa punkty widzenia, ponieważ nie wiem, co założyła sobie autorka. Pierwszy – książka jako komedia. W tym wypadku sprawdza się nieźle. Sporo wydarzeń było tak absurdalnych, że siedziałam i skręcałam się ze śmiechu. Było mnóstwo zabawnych sytuacji, a sam Lucjusz zachowywał się komicznie. Najbardziej się ubawiłam, czytając skierowane do wuja listy, w których bohater opisywał „nieudane zaloty” i skarżył się na tamtejszych „wieśniaków”. Jeżeli miała to być satyra na paranormale o wampirach, to wypadła całkiem nieźle.
Jednak, jeżeli autorka potraktowała „Przyrzeczonych” zupełnie poważnie, to jest już gorzej. Bo zamiast martwić się o to, czy Jessica i Lucjusz będą razem, ja tylko kręciłam głową nad niedorzecznością pewnych sytuacji. Już sam fakt, że do głównej bohaterki podchodzi chłopak, który mówi, że jest ona wampirzą księżniczką i jego przyszłą żoną, jest śmieszny. To sprawia, że książki nie da się brać na poważnie. A przynajmniej trudno tak na nią patrzeć.
Wątek miłosny mi się nie podobał. Był sztuczny i po jakimś czasie przestał mnie już bawić, ale za to zaczął irytować. Jessica cały czas ma wątpliwości, jest niezdecydowana i nie rozumie swoich czuć. Wydawało mi się, że odrzuca względy chłopaka już tylko dla zasady.
Zakończenie również mnie zawiodło. Oczekiwałam czegoś lepszego, ale chyba się przeliczyłam. Czytając, odliczałam kartki do końca powieści. Wszystko było do bólu przewidywalne, a ja czekałam na nagły zwrot akcji.
Książka mnie rozczarowała. Nie potrafię jej jednak jednoznacznie ocenić, ponieważ  nie bardzo wiem, jaki był zamysł autorki. Za granicą wydano drugą część powieści, ale można się zastanawiać, co tu jest jeszcze do opisania. To chyba dobrze, że w Polce kontynuacja się nie pojawiła. „Przyrzeczeni” nie wyróżniają się spośród książek o podobnej tematyce. Zapewnią jednak relaks, ponieważ jest to lektura lekka i niezobowiązująca, niewymagająca zbyt dużo uwag, doskonale nadająca się na leniwy wieczór. Z pewnością poprawi nam humor. Są takie romanse paranormalne, które potrafią wzruszyć, a nawet czegoś nauczyć, lecz ten na pewno do nich nie należy.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

sobota, 28 czerwca 2014

"Greckie wakacje" Alyson Noël

9 komentarzy:

Autor: Alyson Noël
Tytuł: Greckie wakacje
Tytuł oryginału: Cruel Summer
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2013
Liczba stron: 224

Rodzice Colbie postanawiają się rozwieść i wysyłają córkę na całe wakacje na małą grecką wyspę, aby nie musiała wysłuchiwać ich kłótni. Dziewczyna jest zrozpaczona, ponieważ te dwa miesiące miały być najlepszymi w jej życiu. Właśnie zaprzyjaźniła się z najpopularniejszą dziewczyną w szkole i ma szansę zdobyć chłopaka, który od dawna jej się podobał. Wakacje w Grecji wcale jej nie interesują, a szczególnie mieszkanie u zwariowanej ciotki, która nie ma ani telewizora, ani komputera. Jak utrzyma kontakt z nowymi znajomymi? I jak przetrwa dwa miesiące bez Internetu? A może pozna w Grecji nowych przyjaciół i jednak wyjazd nie będzie tak zły?
Alyson Noël pochodzi z Orange County z Kalifornii, a obecnie mieszka w Laguna Beach. Próbowała wielu zawodów, lecz najlepszym okazało się pisarstwo, którym do tej pory się zajmuje. Jej najbardziej znane cykle to „Nieśmiertelni”, „Riley Bloom” i „Soul Seekers, czy najnowsza seria, która nie została jeszcze wydana w Polsce. Moim pierwszym spotkaniem z autorką było „Ever”, które okazało się przeciętne i nie mam zamiaru czytać kolejnych części. Postanowiłam dać Alyson Noël jeszcze jedną szansę, dlatego sięgnęłam po „Greckie wakacje”, które zapowiadały się na świetną, lekką opowiastkę.
Pierwszym, na co zwróciłam uwagę, gdy zaczęłam czytać książkę, okazał się język autorki. Zupełnie nie przypadł mi do gustu i na początku bardzo mnie irytował. Rozumiem, że pani Noël chciała dopasować styl pisania do odbiorców, powinien on być lekki i zrozumiały, niezbyt wymagający, jednak nie aż tak. Zdania są bardzo krótkie, nierozbudowane, brakowało mi opisów. Czułam się, jakbym czytała naiwną książeczkę pisaną przez nastolatkę. Później się do tego przyzwyczaiłam, ale wciąż pozostaję przy swoim zdaniu, że powieści skierowane do młodzieży powinny zostać napisane bogatym językiem, dzięki temu zyskują na wartości.
Książka jest bardzo przewidywalna. Już zaczynając lekturę mogłam powiedzieć, jak się skończy. Oczekiwałam, że autorka jednak choć trochę mnie zaskoczy, lecz niestety się rozczarowałam.
Bohaterowie również nie są mocną stroną powieści. Colbie nieraz mnie irytowała. To idealny obraz nastolatki uzależnionej od Internetu, u której na samej górze listy wartości życiowych jest popularność, imprezowanie itd. Wraz z przebiegiem akcji jej nastawienie do życia nieco się zmieniało (na dobre), jednak wciąż nie była to bohaterka, którą mogłabym na dłuższy czas zapamiętać. Natomiast Janis wydawał mi się wyidealizowany. Autorka starała się przedstawić go w jak najlepszym świetle i zapomniała, że każdy prawdziwy człowiek powinien mieć wady.
Ta powieść świetnie nadaje się na upalne, wakacyjne dni jako niezobowiązująca lektura. Ja właśnie tak ją potraktowałam. Wyszłam na zewnątrz się opalać i zaczerpnąć świeżego powietrza i czas umilałam sobie tą książką. Nie jest ona zbyt dużych rozmiarów, więc łatwo zmieści się do torebki. Można ją zabrać na plażę i wczuć się wtedy w ten grecki, wakacyjny klimat.
„Greckie wakacje” to przeciętna lektura, o której szybko zapomnę. Sięgając po nią, liczyłam na coś więcej i nieco się zawiodłam. Słyszałam kilka dobrych opinii i myślałam, że okaże się ona lepsza. Czyta się ją bardzo szybko, wystarcza tylko kilka godzin, nawet mniej, więc nie traci się przez nią zbyt dużo czasu. Nie polecam tej książki, ale też nie odradzam. Sami zdecydujcie, czy chcecie się z nią zapoznać.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!

niedziela, 22 czerwca 2014

"Płonący stos. Księga 1: Kielich Wiatru, Krąg Popiołów" Cate Tiernan

4 komentarze:

Autor: Cate Tiernan
Tytuł: Płonący stos. Księga 1: Kielich Wiatru, Krąg Popiołów
Tytuł oryginału: Balefire Omnibus #1: A Chalice of Wind; A Circle of Ashes
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 416

Clio od dzieciństwa jest wychowywana na czarownicę. Uczy się zaklęć, właściwości roślin, a przede wszystkim jedności z naturą, od której pochodzi magia. Thais niedawno przeprowadziła się do Nowego Orleanu. Musi zamieszkać z nową opiekunką w nieznanym mieście i ostatnią klasę spędzić w nieznanej szkole, ponieważ jej tata zginął w wypadku. Kiedy obie dziewczyny spotykają się pierwszego dnia szkoły, odkrywają coś niesamowitego. Są identyczne niczym dwie krople wody. Bliźniaczki? Dla dlaczego zostały rozdzielone po urodzeniu? Prawda okazuje się być bardziej mroczna i niesamowita, niż podejrzewały. Wywraca im życie do góry nogami i sprawia, że nic już nigdy nie będzie takie samo…
Cate Tiernan to pseudonim amerykańskiej pisarki powieści z gatunku paranormal romance. Zaczynała pisać w młodym wieku od średniej długości książeczek, ale sławę przyniosły jej dopiero cykle „Płonący stos” oraz „Sweep”. Oba poruszają tematy magii oraz czarownic. W 2010 roku zaczęła pisać nową trylogię „Ukochany nieśmiertelny”.
Uwielbiam książki pełne magii i tajemnic, w których bohaterkami są czarownice posługujące się wszelkimi zaklęciami, tworzące kręgi itd. Bardzo chętnie się w nich zaczytuję. Jednak zazwyczaj prawie każda lektura o tej tematyce mnie zawodzi. Brakuje im tego „czegoś”. Często za mało jest w nich magii i czarów, które mnie tak intrygują. Pod tym względem „Płonącemu stosowi” niczego nie brakuje. Mogłam uważnie śledzić magiczne zwyczaje Bonne Magie, którą zajmowały się główne bohaterki. Autorka poświęciła temu tematowi sporo czasu i spełniła moje wymagania.
Dwie główne bohaterki są zupełnie różne. Choć z wyglądu identyczne, pod względem charakteru są swoimi przeciwieństwami. Clio, zawsze pewna siebie, ma świadomość, jaka jest atrakcyjna i chętnie to podkreśla. Jest impulsywna, wybuchowa i często mówi to, co myśli. Z mężczyznami obchodzi się jak z zabawkami. Zazwyczaj tego typu postaci mnie strasznie irytują, jednak w tym wypadku, ku mojemu zdziwieniu, było odwrotnie. To Clio lubiłam bardziej od jej bliźniaczki. Thais okazała się bardzo naiwna, delikatna, skromna i cicha. Wciąż się nad sobą użalała, a jej rozpaczanie nad śmiercią ojca było sztuczne. Zawsze była posłuszna i nie chciała sprawić zawodu innym. Wydaje mi się, że pani Tiernan próbowała na siłę zrobić z niej idealną postać, co jej się zupełnie nie udało. Thais mnie denerwowała i niestety ani trochę jej nie polubiłam.
Spodobało mi się to, że co rozdział narratorką była inna z bliźniaczek. Dzięki temu mogłam poznać je lepiej, spojrzeć na różne sytuacje z perspektywy dwóch osób. Choć rozdziały poświęcone Clio czytałam z większą przyjemnością niż te poświęcone Thais.
Wydawnictwo Amber znów nie popisało się swoimi korektorami. W książce znalazłam mnóstwo błędów. Czy to literówek, czy stylistycznych, ortograficznych, a nawet powtórzenia! Tych ostatnich było naprawdę dużo i bardzo mnie one irytowały. Widać je gołym okiem i zastanawiam się, jak to możliwe, że nikt ich nie wyłapał.
Przez większość powieści akcja wlecze się niemiłosiernie. Brak zaskakujących wydarzeń, które ożywiłyby lekturę. Dopiero pod koniec akcja troszeczkę przyspiesza, ale nie tak, jak bym chciała.
„Płonący stos” to bardzo przeciętna książka. Nie jest ani zła, ani dobra. Na pewno nie należy do literatury wysokich lotów, ale zapewnia rozrywkę na długi wieczór. Gdybym nie posiadała we własnych zbiorach drugiego tomu, zapewne bym go nie przeczytała. Ale z tego względu dam lekturze drugą szansę. Kupiłam obie części za marne grosze, więc nawet nie żałuję wydanych pieniędzy. Nie polecam, ani nie odradzam tej powieści. Sami zadecydujcie, czy chcecie zaryzykować.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

sobota, 14 czerwca 2014

"Anna i pocałunek w Paryżu" Stephanie Perkins

2 komentarze:

Autor: Stephanie Perkins
Tytuł: Anna i pocałunek w Paryżu
Tytuł oryginału: Anna and the French Kiss
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013
Liczba stron: 320

Ojciec Anny jest bestsellerowym pisarzem książek dla kobiet. Aby zaimponować swoim nowym znajomym, wysyła córkę na ostatni rok nauki w liceum do amerykańskiej szkoły w Paryżu. Każda inna dziewczyna byłaby zachwycona, ale nie Anna. W Atlancie ma swoją najlepszą przyjaciółkę oraz chłopaka, który bardzo jej się podoba i nie chce ich zostawiać. Na nic zdają się błagania oraz płacz i dziewczyna w końcu przyjeżdża do Francji. Paryż w ogóle jej się nie podoba, a szkoła tym bardziej. Jednak kiedy spotyka Etienne’a, wszystko się zmienia. Jest przystojny, zabawny, bardzo miły i wyrozumiały. Niestety – ma też dziewczynę. Czy we Francji spełnią się wszystkie marzenia Anny? Czy będzie jej dane przeżyć wspaniały pocałunek w Paryżu?
Stephanie Perkins dopiero zaczyna swoją przygodę z pisarstwem. W 2010 roku zadebiutowała powieścią „Anna i pocałunek w Paryżu”, która przyniosła jej wielką popularność. Mnóstwo dziewcząt wprost oszalało na punkcie jej książki, która zdobyła mnóstwo pozytywnych opinii w Stanach Zjednoczonych. Rok później pojawiła się jej kontynuacja, „Lola and the Boy Next Door”, a w tym roku ukaże się jeszcze trzecia część – „Isla and the Happily Ever After”. Obie opowiadają odrębne historie.
Bardzo lubię czytać od czasu do czasu, dla odprężenia, zwykłe młodzieżówki. Można się przy nich pośmiać, wypocząć czy pomarzyć o księciu z bajki. Zazwyczaj są do bólu przewidywalne, ale bardzo miło się je czyta, ponieważ opowiadają historie ludzi takich jak my, którzy przeżywają być może podobne problemy, lecz w końcu wszystko kończy się niewiarygodnie szczęśliwie. Ja już dawno nie miałam z takimi do czynienia, więc kiedy byłam w bibliotece, wybór padł na „Annę i pocałunek w Paryżu”, którą od dawna miałam na oku.
Anna jest dość głupiutką i naiwną bohaterką, która czasem irytowała mnie swoim zachowaniem. Większość jej kłopotów dałoby się rozwiązać w prosty sposób, a ona to niepotrzebnie komplikowała. Etienne był za to wyidealizowany. Przystojny, mądry, zabawny, przyjacielski, wyrozumiały i po prostu wspaniały… W wielu momentach mnie to denerwowało, choć tak podsumowując jego postać, doszłam do wniosku, że nawet go polubiłam. Ze wszystkich bohaterów najbardziej przypadła mi do gustu Rashmi – wierna przyjaciółka, twardo stąpająca po ziemi dziewczyna.
Język, jakim posługuje się Stephanie Perkins, jest prosty, dostosowany do odbiorców, czyli nastolatek. W tekście występuje dużo dialogów, a niestety za mało opisów. Spodziewałam się czegoś więcej, pragnęłam poczuć się, jakbym sama była we Francji, a pod tym względem się zawiodłam. W końcu to nie jest przypadkowe miasto, Paryż, więc powinno się móc wyczuć jego magię i klimat.
Książka jest bardzo przewidywalna i niewiele się w niej dzieje. Były nawet takie momenty, w których się nudziłam lub które mnie irytowały. Jednak mimo to lektura okazała się dość przyjemna, a przede wszystkim niewymagająca, więc te wszystkie błędy aż tak bardzo nie raziły ani nie przeszkadzały.
„Anna i pocałunek w Paryżu” to słodka i infantylna książka dla nastolatek poszukujących swojego księcia z bajki. Czy jest zatem coś, co wyróżnia ją spośród innych o podobnej tematyce? Tak. Uważam, że nie należy do najgorszych z tego gatunku. Szczerze mówiąc, często zabrawszy się za lekturę młodzieżówki, nieraz odrzucałam taką w kąt i do niej nie wracałam. Dodatkowo, akcja rozgrywa się w pięknym i romantycznym Paryżu, który doskonale pobudza wyobraźnię.
Moja ocena: 5/10
 

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

sobota, 19 października 2013

"Cień Nocy" Andrea Cremer

13 komentarzy:

Autor: Andrea Cremer
Tytuł: Cień Nocy
Tytuł oryginału: Nightshade
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 416

Calla jest młodą alfą klanu wilkołaków Cień Nocy. Ma już ustaloną przyszłość przez Opiekunów, którym usługują. Po ukończeniu osiemnastu lat wyjdzie za mąż za alfę drugiego klanu, Kara Nocy, aby stworzyć nową grupę Strażników, której będą razem przewodzić. Do tej pory posłusznie wykonywała wszystkie rozkazy i zgadzała się z ich wolą. Ale kiedy łamie pierwszy zakaz ratując przed śmiercią pewnego chłopaka, zaczyna się buntować…  Robi się coraz niebezpieczniej, kiedy Shay, bo tak miał na imię ten młodzieniec, przenosi się do ich liceum. Calla zaczyna coś do niego czuć, choć Ren, młody alfa Kary Nocy, także nie pozostaje jej obojętny… Co wybierze dziewczyna – miłość czy posłuszeństwo? Swoim wyborem może ryzykować nie tylko własne życie, ale też życie swojej rodziny i przyjaciół.
Andrea Cremer mieszka z mężem i swoimi zwierzakami w Minnesocie. W dzieciństwie uwielbiała marzyć, często udawała się do pięknych i malowniczych miejsc w Wisconsin. Fascynowała ją magia. Jest fanką twórczości Christine Feehan. Debiutem pani Cremer jest „Cień Nocy”, pierwsza część serii. U nas, w Polsce, ukazały się jedynie dwa tomy cyklu, a wydawnictwo prawdopodobnie nie zamierza kontynuować serii.
Wcześniej nie zamierzałam czytać tej książki, nie miałam jej w planach. Ale tak wyszło, że kupiłam ją właściwie przez przypadek. W tamtym roku robiłam sobie prezent na urodziny, a w księgarni internetowej była przecena. Zauważyłam powieść, przeczytałam kilka opinii i postanowiłam dać jej szansę. Czy warto było?
Książka bardzo wciąga. Choć historia sama w sobie nie jest najlepsza, to chętnie zagłębiałam się w fabułę. A później nie mogłam się oderwać. Nawet kiedy nic się nie działo, to czytanie sprawiało przyjemność i chciałam poznać dalszy ciąg opowieści.
Bohaterowie nie są mocną stroną lektury. Są wręcz dużym minusem. Calli nie polubiłam, ale też tak bardzo jej nie znienawidziłam. Często mnie irytowała, podejmowała złe decyzje. A jej zauroczenie Shayem całkowicie niezrozumiałe. Nie podobało mi się to, że tak ryzykowała życie dla tego chłopaka. Jej postać po prostu nie przypadła mi do gustu. Ren za to okazał się całkiem niezły. Na pierwszy rzut oka widać, że zależy mu na Calli i dobru klanu. Nie zmuszał jej do niczego, ale nie podobało mu się jej zainteresowanie Shayem. I w tym go popierałam. Też czułam wściekłość. Samego Shaya nie mogłam znieść. Kiedy tylko się pojawił, wiedziałam, że będą kłopoty. Tak mnie wkurzał, że miałam ochotę rozszarpać książkę na strzępy. Ta jego naiwność, głupota, upór i obstawanie przy swoim…  Nie znał zasad rządzących Strażnikami, a kłócił się o nie z główną bohaterką. Doprawdy, nie mam pojęcia, co ona w nim widziała. Ja sto razy bardziej wolałam Rena. Ale jestem prawie pewna, że dziewczyna wybierze tego drugiego. To najgorsza postać ze wszystkich i nie mogę tego przeboleć.
Końcówka książki jest beznadziejna. Nie chcę za dużo zdradzać, ale miałam nadzieję, że Calla pójdzie po rozum do głowy. Ostatnie pięćdziesiąt stron to męki i katusze, choć akcja mknie w szybkim tempie i czytanie powinno sprawiać największą przyjemność. To nie było na moje nerwy…
Andrea Cremer posługuje się prostym językiem, dzięki któremu powieść czyta się jeszcze szybciej. Potrafi wciągnąć czytelnika w swoją opowieść, choć nie jest ona wysokich lotów. Było dużo opisów, które ułatwiały wyobrażanie sobie świata wilkołaków. Autorka dobrze wyjaśniła czym są Strażnicy i Opiekunowie, świetnie dopracowała ich historię.
„Cień Nocy” ma zjawiskową okładkę. To głównie ona zachęciła mnie do lektury. Pięknie wygląda na półce, przyciąga wzrok. Szkoda, że nie kryje tak wspaniałej treści. Czcionka w środku jest wygodna dla wzroku, nie męczy oczu.
Powieść pani Cremer nie jest zła, ale też nie dobra. Znalazłam w niej wiele mankamentów i niestety nie mogłam zatracić się w historii. Bohaterowie i ich wybory bardzo mnie irytowały, Shaya nie mogłam znieść. Nie wiem, czy sięgnę po drugą część. „Cień Nocy” skończył się tak, że wiem, iż „Blask Nocy” będzie kosztował mnie jeszcze więcej nerwów. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, co będzie dalej. Mimo wszystko jest to wciągająca i przyjemna lektura, mniej wymagający czytelnicy mogą być zachwyceni światem przedstawionym przez autorkę.
Moja ocena: 5/10
 

niedziela, 4 sierpnia 2013

"Drozdy. Dotyk przeznaczenia" Chuck Wendig

16 komentarzy:

Autor: Chuck Wendig
Tytuł: Drozdy. Dotyk przeznaczenia
Tytuł oryginału: Blackbirds
Wydawnictwo: Akurat
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013
Liczba stron: 320

Miriam Black posiada niezwykłą umiejętność, która dla niej samej jest przekleństwem. Gdy dotknie skóry człowieka lub choćby ją delikatnie muśnie, widzi śmierć danej osoby. Wie czy ktoś umrze w wypadku samochodowym, czy wykończy go jakaś choroba. Zna dokładną datę, godzinę, co do sekundy, lecz nie może się dowiedzieć, gdzie ma się to wydarzyć. Żyje na uboczu, przeprowadza się z jednego brudnego i okropnego motelu do drugiego. Czasem okrada ciała zmarłych, aby mieć za co żyć. Pewnego dnia trafia na kierowcę ciężarówki, który pomaga jej po kolejnej bijatyce. Kobieta podczas podróży dotyka dłoni mężczyzny i widzi, jak okropny koniec go czeka. Wie, że przeznaczenia nie da się zmienić, ale warto spróbować ten ostatni raz dla człowieka, na którym jej zależy.
Chuck Wendig mieszka wraz z rodziną i dwoma psami w lasach Pennsyltucky. Jest scenarzystą, pisarzem oraz autorem gier RPG. Dużo tworzy – książki, opowiadania, na swojej stronie publikuje różne porady, artykuły, a także dzieli się swoimi przemyśleniami. W 2012 roku ukazała się jego pierwsza powieść, „Drozdy. Dotyk przeznaczenia”.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tej książce, pomyślałam, że to kolejny schematyczny paranormal romance. Nie brakuje takich na rynku wydawniczym, półki w księgarniach wprost uginają się pod ciężarem tego typu lektur. Niektóre mnie odstraszają, nawet nie biorę ich do ręki, natomiast inne okazują się ciekawą historią. Jednak – ku mojemu zaskoczeniu – „Drozdy” to nie przesłodzony, mdły romans dla nastolatków o wiadomym zakończeniu. To mroczna, pełna akcji powieść, mogąca spodobać się także starszym czytelnikom.
Bohaterowie książki to ludzie żyjący na uboczu, mieszkający w okropnych motelach, pijący w brudnych barach i popadający w konflikty z innymi, których spotykają na swojej drodze. Zarabiają na życie w niezbyt uczciwe i legalne sposoby. Można by rzec – margines społeczny.
Miriam, główna bohaterka, to intrygująca i oryginalna osoba. Posiada niesamowity dar – po jednym dotyku skóry drugiej osoby widzi jej śmierć. Morderstwo, samobójstwo, wypadek, choroba, starość… Zobaczy chwilę, w której człowiek opuszcza nasz świat. Niestety do końca nie dowiedziałam się, jak zdobyła tę umiejętność, na odpowiedź na to pytanie trzeba zaczekać do drugiego tomu. Miriam różni się od większości książkowych bohaterek. Radzi sobie sama, dobrze wie, czego chce, nie pozwoli, aby ktoś ją poniżył czy wyśmiał. Potrafi zawalczyć o siebie, a w chwilach zagrożenia – mocno komuś przyłożyć. Używa mnóstwa wulgaryzmów, pali, pije alkohol, jak i kawę. Nie była osobą, do której pałało się sympatią, a przynajmniej ja jej nie polubiłam. Nie spodobał mi się charakter tej postaci, jak prawie każdej z „Drozdów”. Potrafiłam jedynie przetrawić Louisa, całkiem miły z niego mężczyzna.
Nie spodobał mi się język, jakim posługuje się autor, Chuck Wendig. Rozumiem, że chciał pokazać brutalność świata i warunki, w jakich żyły wykreowane przez niego postaci, ale uważam, że przesadził. Na każdej stronie można znaleźć przeróżne wulgaryzmy i niezbyt ciekawe porównania. Przykładem jest „szczynowatożółta poświata” na samym początku. Dość często było coś podobnego. Raz czy dwa jeszcze by przeszło, ale takich określeń znalazłam mnóstwo.
Minusem lektury jest także jej przewidywalność. Już na początku można się domyślić, jak „Dotyk przeznaczenia” się skończy. Jednak Chuck Wendig próbował zamaskować tę wadę bardzo szybką akcją, ponieważ dzięki niej czasem nie zdążyłam pomyśleć o tym, co się zaraz stanie.
Nie podoba mi się okładka książki. Sam pomysł na kobietę, której włosy przeradzają się w ptaki, jest ciekawy. Niestety, wykonanie wcale mi się nie podoba. Wygląda sztucznie, a nawet ośmielę się stwierdzić, że dziwnie. Natomiast czcionka w środku przypadła mi do gustu, dzięki niej dobrze się czyta.
Podsumowując, „Drozdy. Dotyk przeznaczenia” to przeciętna powieść. Jednej grupie czytelników może się spodobać, a drugiej niestety nie. Zależy, kto czego oczekuje. Nie była to najgorsza książka, jaką przeczytałam, ale jest mnóstwo lepszych. Ktoś, kto oczekuje wybitnej lektury, niech nie traci na nią czasu, tylko od razu zabiera się za coś innego.
Moja ocena: 5/10
 
Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Efantastyka.pl

sobota, 22 czerwca 2013

"Klątwa tygrysa. Wyzwanie" Colleen Houck

11 komentarzy:

Autor: Colleen Houck
Tytuł: Klątwa tygrysa. Wyzwanie
Tytuł oryginału: Tiger’s Quest
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Liczba stron: 416

Kelsey wraca z Indii do domu ze złamanym sercem. Rozstała się z Renem, ale nie potrafi o nim zapomnieć. Próbuje znaleźć nowego chłopaka i umawia się z kilkoma na randki, jednak żaden z nich nie dorównuje jej byłemu. Musi także pamiętać, że pradawna klątwa nie została jeszcze złamana i czeka ich dużo niebezpiecznych przygód. Na dziewczynę czyha Lokesh poszukujący medalionów, które mogą dać mu wielką moc. Jeden z medalionów ma Kelsey, więc musi na siebie uważać. Wkrótce przyjeżdżają do niej dwaj niezwykle przystojni bracia, którzy mają za zadanie jej chronić. Bo tylko ona może zdjąć z nich klątwę i przywrócić im człowieczeństwo… Jakim zadaniom będę musieli stawić czoło? Czy wyjdą z tego cało?
Niedawno czytałam pierwszy tom serii o tygrysach, który przypadł mi do gustu. Był to debiut autorki, więc mogłam jej wybaczyć małe błędy. Indie mnie oczarowały i zapragnęłam natychmiast sama zwiedzić ten kraj. Bardzo mi się spodobał też pomysł na fabułę. Klątwa nadal jest w pewnych aspektach dla czytelnika tajemnicą, wciąż nie wiemy jakie będą konsekwencje prób jej złamania.
Początek nie wróżył nic dobrego. Pierwsze sto stron, a nawet więcej, opierało się na rozpaczaniu Kelsey z powodu rozstania z Renem, do którego ona sama doprowadziła, a także na jej randkach z nowymi chłopakami, ich konkurowaniu o jej względy. Gdyby to zajęło pięćdziesiąt stron, jeszcze bym zrozumiała, ale około sto dwadzieścia?! O ile się nie mylę, książka powinna opowiadać o klątwie, a nie randkowaniu. Później niby zaczęły się jakieś przygody, nowe zadania, lecz i tak akcja nie nabrała odpowiedniego tempa. Dopiero pod koniec tak się stało, ale nie na długo.
W „Wyzwaniu” brakowało mi Indii. Tym razem bohaterowie wyruszyli w inne miejsce i co prawda na jakiś czas zagościli w domu w tym magicznym państwie, ale już nie odczuwałam tego wspaniałego klimatu. Colleen Houck skupiła się na czymś zupełnie innym i nie wyszło jej to na dobre.
Kelsey stała się jeszcze bardziej irytująca. Cały czas użalała się nad sobą lub rozpaczała nad utratą Rena. Zachowywała się bardzo niedojrzale, infantylnie. Szkoda, że główna bohaterka nie przypadła mi do gustu, gdybym ją lubiła, powieść czytałoby się o wiele przyjemniej. Nie podobało mi się też to, że choć kochała Rena, to jednak czuła coś do Kishana. Stworzył się kolejny trójkąt miłosny, całkowicie zbędny. Nie lubiłam momentów, w których poddawała się urokowi Kishana. Choć obu braci obdarzyłam sympatią, to wolałam raczej Rena, miał swój urok. Niestety, pod koniec książki moje zdanie na jego temat się zmieniło, i to na złe.
Zakończenie wcale mi się nie podobało. Znów zakończyło się rozpaczą Kelsey, kłótniami, płaczem. Moim zdaniem „Wyzwanie” powinno skończyć się inaczej, ostatni rozdział i epilog mnie zirytowały. Jeżeli każdy tom będzie się tak kończył, będę bardzo zawiedziona.
Bardzo spodobał mi się kolejny nowy świat, jaki wykreowała autorka. Zawsze do takiego muszą się udać bohaterowie, aby złamać kolejną część klątwy. To nowa, wspaniała i magiczna kraina, w której się zakochałam. Chciałabym spędzić w niej choć chwilę.
Styl Colleen Houck poprawił się, oczywiście na lepsze. Liczyłam na to i autorka mnie nie zawiodła. Zmianę widać od razu, przyjemniej się czyta. Pani Houck ani razu nie napisała o oczywistej czynności, jaką jest mycie rąk, co jest ogromnym postępem.
„Wyzwanie” mnie rozczarowało. Liczyłam na o wiele lepszą powieść od jej poprzedniczki, a było wprost przeciwnie. Mam nadzieję, że choć w trzeciej części zostaną poprawione błędy i że zmienię swoje zdanie o całej serii. Książkę polecam mniej wymagającym czytelnikom, którzy nie zwrócą uwagi na niektóre błędy. Im na pewno lektura o wiele bardziej się spodoba, nawet będą zachwyceni. Pomysł jest świetny, niestety gorzej z wykonaniem.
Moja ocena: 5/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

niedziela, 19 maja 2013

"Ever" Alyson Noël

13 komentarzy:

Autor: Alyson Noël
Tytuł: Ever
Tytuł oryginału: Evermore
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2010
Liczba stron: 299

Od wypadku samochodowego, w którym zginęli rodzice oraz siostra Ever, dziewczyna zamyka się w sobie. Nosi za duże bluzy z kapturem i cały czas ma słuchawki w uszach. Towarzystwa jej dotrzymuje dwoje przyjaciół – gotka, która pragnie, aby ktoś ją pokochał oraz bardzo pomocny, otwarty i szczery Miles. Ale nawet im Ever nie może zdradzić swojej tajemnicy. Nastolatka od czasu wypadku, który jako jedyna przeżyła, zaczyna widzieć aurę, potrafi czytać w myślach i poznać przeszłość ludzi po jednym dotknięciu. Jest to dla niej koszmarem, z którym musi sobie radzić na co dzień. Jest na szczęście jedna zaleta jej tajemniczych zdolności – widzi ona ducha swojej siostry i może z nią rozmawiać. Do szkoły, do której chodzi Ever, przybywa nowy uczeń – Damen, przystojniak, o jakim marzą wszystkie dziewczyny. Lecz on, ku zdziwieniu wszystkich, zwraca swoją uwagę na Ever. Chłopak jednak ukrywa przed wszystkimi sekret. Czy dziewczynie uda się go odkryć?
Alyson Noël mieszka w Laguna Beach w Kalifornii. Lubi podróżować, uciekając od życia na przedmieściach. Podczas takiej podróży napisała swoją pierwszą książkę i od tamtej pory zaczęła się jej przygoda z pisaniem. Jest autorką bestsellerowej serii „Nieśmiertelni”.
Tę serię już od dawna chciałam przeczytać. Jedn
ak zniechęcona negatywnymi recenzjami, postanowiłam jej nie kupować i dopiero po wyrobieniu opinii o pierwszej części miałam zdecydować, czy chcę ją mieć na półce. „Ever” zapowiadała się bardzo dobrze, jeszcze nigdy nie czytałam książki o osobie, która widzi aury, a przynajmniej teraz sobie tego nie przypominam.
Niestety pierwsza część mnie rozczarowała. Od samego początku poraża brak oryginalności, zaczyna się tak jak dużo książek z tego gatunku. Przez większą część powieści nic się nie dzieje i jest dość nudno. Pod koniec dochodzi się do wniosku, że jest bez sensu.
Bohaterowie są niezwykle irytujący. Ever jeszcze mogłam znieść, ale były chwile, kiedy niezwykle mnie wkurzała. Za to głupota Haven aż razi po oczach. Okazała się strasznie naiwna i cały czas sądziła, że to ona ma rację, a inni się mylą. I jeszcze to „zaklepywanie” chłopaków… Damen także mnie irytował. Bawił się uczuciami innych i uważał się za lepszego. Na dodatek idiotycznie się zachowywał i kłamał.
Mimo wszystko książkę czytało się bardzo szybko i przyjemnie. Ale pewnie tak samo szybko o niej zapomnę. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, co by zapadło w pamięć, wszystko dało się przewidzieć i nic mnie nie zaskoczyło
Pani Noël posługuje się prostym i lekkim w odbiorze językiem. Przy czytaniu nie trzeba za wiele myśleć, wystarczy tylko się odprężyć i śledzić wzrokiem tekst. Po skończeniu lektury nawet nie ma czego wspominać.
Okładka jest dość ładna, tajemnicza i zachęca do zapoznania się powieścią. Na pierwszych stronach znajdziemy wypisane kolory aury i ich znaczenie, dzięki czemu nie można się pogubić w tych wszystkich zdolnościach głównej bohaterki.
„Ever” to nie lektura wysokich lotów, ale przyjemnie się ją czyta. Brak w niej jakiegokolwiek śladu oryginalności i sensu, nadaje się jako taka lekka lektura na jeden dzień, jako tzw. „odmóżdżacz”. Widzę w niej więcej wad niż zalet, ale mogę śmiało powiedzieć, że są gorsze książki. Nie polecam, ale też nie odradzam.
Moja ocena: 5/10

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ; PARANORMAL ROMANCE

sobota, 26 stycznia 2013

"Niebo usłane grzechami" Karina Wojciechowska

3 komentarze:

Autor: Karina Wojciechowska
Tytuł: Niebo usłane grzechami
Wydawnictwo: E-bookowo
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 171
Cena: 26 zł

Kaja, kiedy znów ma kłopoty z miłością, postanawia wyjechać na jakiś czas do Grecji, aby zacząć życie od nowa. Zabiera ze sobą przyjaciółkę i razem spędzają kilka szalonych miesięcy. Zaczynają pracę w barze, poznają Grecję od innej strony, a także znajdują nowych facetów. Bohaterka odkrywa jednak, że to nie to, czego potrzebuje i postanawiają wrócić do Polski. Jednak na lotnisku czeka je niemiła sytuacja – zostają aresztowane i nawet nie zostały poinformowane za co. Zanim cała sprawa się wyjaśni, Kaja ma czas na zastanowienie się nad swoim życiem i wspomina dobre, jak i złe chwile. A wszystko kręci się wokół konkursów piękności.
Karina Wojciechowska w 1991 roku wygrała konkurs Miss Polonia, a 1992 Miss Planet. Wiedziała więc, o czym pisze, wiedziała jak naprawdę wyglądają konkursy piękności, jak są traktowane kandydatki i jak wygląda życie po wygranej. W jej książce można znaleźć elementy biograficzne, ale nie sądzę, żeby wszystko, co opisała naprawdę wydarzyło się w prawdziwym życiu. Moim zdaniem chciała ukazać inną stronę, tę gorszą, wyborów miss, wykreowała bohaterkę podobną do siebie, która zdobyła takie same tytuły i pokazać też, że w życiu nie zawsze jest tak łatwo. Czasem przypomina prawdziwe piekło, ale kiedyś musi się ono skończyć i „na końcu piekła zobaczyć można błękit nieba” (jest to tytuł ostatniego rozdziału).
Spodobał mi się pomysł autorki, aby bohaterka wspominała to wszystko w więzieniu. Dzięki temu nie musiała opisywać wszystkiego od początku i z większymi szczegółami, gdyż były to zwykłe wspomnienia, niektóre oddzielała spora przestrzeń czasowa. Muszę przyznać, że bardzo zaciekawiły mnie te opisy konkursów piękności. Zawsze wiedziałam, że nie są one takie kolorowe, jakby się mogło wydawać i kandydatki muszą pocierpieć, ale nigdy nie czytałam książki w tej tematyce. Oczywiście tych konkursów w książce nie było aż tak dużo, ale to dzięki nim bohaterka tyle cierpiała, tyle się nauczyła, zdobyła sławę i potrafiła czasem znaleźć szczęście, które szybko znikało.
Książkę czytałoby się przyjemniej, gdyby nie język autorki, który był prosty, pisała to, co myślała w danej chwili i szybko przeskakiwała z jednego tematu na drugi. Wolę, kiedy jest nieco więcej opisów, które działają na moją wyobraźnię i kiedy język jest bardziej plastyczny, bogaty, obrazowy. Na tym się trochę zawiodłam.
Nie była to nazbyt ambitna lektura, czytało się lepsze powieści, bardziej dopracowane, ale trochę mnie poruszyła i sądzę, że przez jakiś czas o niej nie zapomnę. Przedstawiała historię kobiety doświadczonej przez życie. Nie tylko wiele razy zawiodła się na miłości, ale zobaczyła okrucieństwo świata. Była wykorzystywana przez różnych ludzi, kiedy sądziła, że poznała tego jedynego, zawsze coś musiało stanąć na drodze. Często brakowało jej pieniędzy na życie, wygrana wyborów miss wcale nie przyniosła jej bogactwa, tylko więcej obowiązków. Musiała także pogodzić się ze śmiercią ukochanej osoby. Po tych wszystkich trudnościach, w końcu zrozumiała, że to dzieci przynoszą jej najwięcej szczęścia i dla nich żyje, one są najważniejsze i zamierza poświęcać dla nich jak najwięcej czasu i dobrze wychować.
Nie każdemu ta książka musi się spodobać, ktoś może uznać ją za banalną i nudną, powiedzieć, że to wszystko już było, dlatego nie będę nikomu jej polecać. Ten, kto ma ochotę, sięgnie, kogo zachęciłam lub zaciekawiłam, ten przeczyta. Mogę nazwać tę książkę dobrą, ukazującą prawdziwe życie, pełne trudów, cierpień i trosk, ale takich książek można powiedzieć, że jest wiele. Dla każdego co innego jest prawdziwym życiem. Dlatego zostawiam taką ocenę, a nie inną. Pośrednią. Sami oceńcie, czy powinna pójść w dół, czy w górę.
Moja ocena: 5/10

Za e-booka dziękuję portalowi Zaczytajsie.pl

piątek, 25 stycznia 2013

"Skrzydła Laurel" Aprilynne Pike

15 komentarzy:

Autor: Aprilynne Pike
Tytuł: Skrzydła Laurel
Tytuł oryginału: Wings
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2010
Liczba stron: 257
Cena: 29,90 zł

Laurel od zawsze zachowywała się inaczej niż jej rówieśnicy. Je tylko warzywa i owoce, inne produkty jej szkodzą i pije tylko Sprite’a. Nigdy nie była u lekarza, nigdy się nie skaleczyła. Myje włosy tylko wodą. Do tej pory uczyła się w domu, ale w końcu rodzice zdecydowali, że w szkole będzie jej lepiej. Pierwszy dzień wcale nie jest łatwy, choć poznaje bardzo miłego Dawida, który pomaga jej w nauce i staje się przyjacielem godnym zaufania. Pewnego dnia Laurel odkrywa u siebie na plecach mały punkcik, który zaczyna się powiększać, aż pewnego dnia…
Aprilynne Pike urodziła się w Salt Lake City, a dorastała w Phoenix, w stanie Arizona, gdzie obecnie mieszka z mężem i trójką dzieci. Zadebiutowała w 2009 roku powieścią „Skrzydła Laurel”, która długo utrzymywała się na liście bestsellerów. Rok później wydała kolejną część cyklu o Laurel – „Magia Avalonu”. Niebawem pojawi się w Polsce czwarty, czyli ostatni tom, „Moc przeznaczenia”.
Moją uwagę na tę serię zwrócił temat wróżek. Lubię o nich czytać, choć nie zawsze trafiam na powieść wartą uwagi. Jeszcze nie zniesmaczyłam się na tyle, żeby porzucić poszukiwania czegoś dobrego. Czy „Skrzydła Laurel” okazały się tym „czymś”?
Pierwszą rzeczą, o której trzeba powiedzieć, są wróżki. Autorka wykreowała niesamowite istoty, choć w tej części nie za wiele się o nich dowiadujemy i jeszcze nie za bardzo da się je ocenić. Tym, co zapadło mi w pamięci, był fakt, że owe stworzenia są roślinami i w ich żyłach nie płynie krew, nie mają serca. Dość ciekawy pomysł, ale mało rozwinięty. Zastanawia mnie, co znajduje się „w środku” takich wróżek :)
W książce pojawia się tak dobrze znany nam trójkącik miłosny. Laurel poznaje na biologii (!) Dawida, który jest taki kochany, pomocny, wyrozumiały, delikatny, mądry i można by tak wymieniać mnóstwo dobrych cech, bo złych oczywiście nie ma. Wygląda znajomo? To jeszcze nic, przejdźmy dalej… Jakiś czas później spotyka tajemniczego Tamaniego, który powoli zaczyna wprowadzać ją w świat wróżek. Od samego początku widać, jak bardzo jest zakochany i próbuje zwrócić uwagę Laurel, odciągnąć od Dawida, ale zdecydowanie bardziej polubiłam właśnie jego. A zachowanie głównej bohaterki doprowadzało mnie do szału. Nie mogła się na nic zdecydować i cały czas czuła, że spędzając czas z jednym, zdradza drugiego.
Autorka posługuje się prostym językiem, który ułatwia czytanie. Niestety było zdecydowanie za dużo mało inteligentnych dialogów. Nieliczne opis sprawiały, że ciężko wyobrazić sobie miejsca, w których przebywali, a także wygląd bohaterów.
Wiele momentów w książce było po prostu nudnych, przez co czytanie niemiłosiernie się ciągnęło. Dopiero przez ostatnie sto stron coś się działo i wchłaniałam tę opowieść z zainteresowaniem.
Okładka nie przypadła mi do gustu, moim zdaniem za dużo na niej różu, który przyprawia mnie o mdłości. Jedyne co mi się w niej podoba, to tytuł. Ładnie wygląda.
Wszystkie te czynniki sprawiają, że „Skrzydła Laurel” mogę uznać za powieść przeciętną. Jeżeli ktoś spodziewa się ambitnej lektury, to takiej nie dostanie i radzę od razu wybrać coś innego. A wszystkim innym nie polecam, ani nie odradzam. Po drugą część sięgnę z ciekawości, może będzie lepsza, ale mimo wszystko, muszę wznowić swoje poszukiwania dobrego czytadła o wróżkach. Ta książka jest dobra jako tzw. „odmóżdżacz”.
Moja ocena: 5/10