wtorek, 31 lipca 2012

"Pocałunki z piekła" Kristin Cast, Alyson Noel, Richelle Mead, Kelley Armstrong, Francesca Lia Block

8 komentarzy:

Autor: Kristin Cast, Alyson Noel, Richelle Mead, Kelley Armstrong, Francesca Lia Block
Tytuł: Pocałunki z piekła
Tytuł oryginału: Kisses from Hell
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 262
Cena: 29,80 zł

Dziewczyna, której pocałunek może przywrócić życie.
Wampirzyca, która musi zaufać tajemniczemu chłopakowi.
Zakochani z dwóch różnych światów, których muszą się wyrzec dla uczucia.
Nieśmiertelni kochankowie, którzy dla miłości zaryzykują swą nieśmiertelność.
Wampir zauroczony śmiertelniczką niebezpieczną dla niego jak blask słońca…
Ten, kto zasmakował zakazanego pocałunku, zapłaci za chwilę zapamiętania własną duszą.

Zbiory opowiadań… Raczej niewiele osób za nimi przepada. Zazwyczaj autorzy nie wkładają w nie wiele wysiłku i są to marne historyjki napisane dla pieniędzy. Czasem jednak zdarzają się prawdziwe perełki. Niezbyt często, ale jednak jakieś są. Czy „Pocałunki z piekła” można do nich zaliczyć?
W tym zbiorze znajdziemy pięć opowiadań gatunku Paranormal Romance, każde napisane przez inną autorkę. Trzy z nich są autorkami bestsellerów, o których dość często się słyszy w tych czasach, opanowanych przez fantastykę. Dwie pozostałe są już mniej znane, o jednej z nich nigdy nie słyszałam, więc nie mam pojęcia, czy napisała jakąś książkę. To zacznijmy od początku…
Pierwszym opowiadaniem jest „Powyżej” Kristin Cast, autorki „Domu Nocy”. Opowiada o dziewczynie mieszkającej w podziemiach, w Poniżej. Nie jest tam zbyt dobrze traktowana, więc ojciec, chcąc się jej pozbyć, pozwolił jej wyruszyć wraz z mężczyznami do Powyżej, gdzie zamierza już zostać.
To opowiadanie było tak pogmatwane, że nie wiem, czy dobrze je zrozumiałam. Kristin Cast nie powinna w ogóle brać się za pisanie, co wyraźnie widać w tej książce, jak i w „Domu Nocy”. „Powyżej” to najgorsza opowieść ze zbioru, wzbudziła we mnie obrzydzenie. Żałuję, że to przeczytałam.
„Szept. Imię. Sfrunęło z księżyca i ucałowało jego serce.”
Jako kolejne widzimy „Przywróć mnie do życia” Alyson Noel. Poznajemy w nim Danikę Kavanaugh, która przyjeżdża do Akademii Sztuk Pięknych. Jednak, jak się okazuje, dotarła na miejsce jako jedyna z pięciu uczniów. Jest zmuszona przebywać w domu kryjącym mroczne tajemnice i nosić stare, ale przepiękne suknie.
Pierwsza połowa opowiadania była całkiem ciekawa. Historia mnie wciągnęła, nie robiłam żadnych przerw podczas czytania. Niestety, druga połowa była gorsza. Nagle to wszystko zaczęło mnie irytować, opowieść zrobiła się taka sztuczna, jakby autorka nie miała pomysłu, jak to wszystko zakończyć.
„Długo czekałem, długo cię szukałem”
Czytamy dalej i trafiamy na „Blask słońca” mojej ulubionej autorki, Richelle Mead. Przedstawia nam ona historię miłości Erica Dragomira, o którym mogliśmy trochę poczytać w „Akademii wampirów”. Eric szuka odpowiedniej dziewczyny, jego ojciec nalega, aby pospieszył się z wyborem. Jego zdaniem on i Emma już dawno powinni być małżeństwem. Jednak młody Dragomir podczas imprezy kończącej liceum poznaje intrygującą Rheę.
No, w końcu porządne opowiadanie. Może nie jest arcydziełem, ale w porównaniu do innych, można je tak nazwać. Przydałoby się trochę nad nim popracować, ale najwidoczniej opowiadania nie są mocną stroną pani Mead. Irytowało mnie tylko tłumaczenie – przywykłam do tego z „Akademii wampirów”, gdzie były strzygi, nie Strigoi, moroje, nie Moroi. Tłumacz nie miał wyobraźni i wszystko jest tak, jak w oryginale.
„Twoje włosy. Nawet w świetle księżyca… wyglądają jak słoneczny blask”
Nasze oczy spoglądają na kolejny tytuł: „Polowanie” autorstwa Kelley Armstrong. Już na pierwszej stronie dowiadujemy się, że główna bohaterka jest wampirem, a dalej, że została nim przez jakiś eksperyment. Ale o co chodzi? Czytamy dalej… Poznajemy jej opiekunkę, Marguerite. Wybierają się na jakieś spotkanie. I znów wampiry z eksperymentu. Ale o co chodzi?
Kolejna całkiem niezła historia, gdyby nie fakt, że nie jest do końca wytłumaczone, co to za eksperyment. Kiedy już myślałam, że rozumiem, nagle przychodzą kolejne informacje i już całkowicie można się pogubić. To nie jest jednak taka wielka wada, więc mogę uznać ten tekst za dobry.
„W tej chwili liczyło się tylko to, że patrzyłam na niego i widziałam przystojnego gościa, i czułam to samo, co czułabym sześć miesięcy temu”
I tak dochodzimy do ostatniej opowieści: „Lilith”, którą napisała Francesca Lia Block. Poznajemy jakiegoś Paula Michaela, który jednym słowem był dziwny. Spotyka tajemniczą Lilith, w której się zakochuje.
Najkrótsze, a za razem najdziwniejsze opowiadanie. Jakoś nie mogłam go zrozumieć, było bez sensu. Autorka chyba sama nie wiedziała o czym pisze. I tyle z mojej strony.
„Była dziwna, wiedziała o tym i była z tego dumna”
W końcu trafiamy na ostatnią stronę i możemy z ulgą odetchnąć. Zamykamy książkę i rzucamy w kąt, żeby więcej o niej nie pamiętać. I jaki z tego wyciągnąć wniosek? Trzeba było wybrać „Winter”.
Moja ocena: 2/10
***
Dziś obchodzę swoje czternaste urodziny, więc nie mogłam nie wstawić recenzji. Planowałam inną, ale tą przygotowałam już wcześniej, a ostatnio jakoś tak wyszło, że nie chciało mi się pisać... Dzisiaj postaram się napisać jakąś na pierwszy tydzień sierpnia. Jutro zapowiedzi się nie pojawią, ale postaram się to nadrobić do końca tygodnia. Stosik też niedługo Wam zaprezentuję, zebrało się sporo książek :)
Pozdrawiam!

środa, 25 lipca 2012

"Światła września" Carlos Ruiz Zafón

9 komentarzy:

Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tytuł: Światła września
Tytuł oryginału: Las luces de septiembre
Wydawnictwo: Muza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 255
Cena: 29,99 zł

Francja, rok 1936. Pani Sauvelle, wdowa z dwójką dzieci, Irene i Dorianem, ma zacząć pracę u ekscentrycznego wynalazcy i fabrykanta zabawek. Na pierwszy rzut oka jego nadmorska rezydencja wywiera na nich jak najgorsze wrażenie. I mimo że gospodarz okazuje się miłym człowiekiem, to rodzina cały czas czuje się nieswojo w nowym miejscu.
Być może intuicja nie zawodzi pani Sauvelle i jej dzieci? Czy budząca grozę, wypełniona armią mechanicznych zabawek rezydencja jest siedliskiem uśpionych mrocznych sił z przeszłości?
Kiedy dochodzi do niewyjaśnionego morderstwa, okazuje się, że jedyne osoby, które mają odwagę zmierzyć się ze złowrogą tajemnicą, to dwójka nastolatków: Irene i Ismael.
 
Przenieśmy się na chwilę do Francji, dokładnie do roku 1936. Trafiamy do domku rodziny Sauvelle, w dość smutnym momencie, a mianowicie w chwili śmierci Armanda Sauvelle, który pozostawił żonę z dwójką dzieci wraz z masą długów. Mają bardzo trudną sytuację finansową, ledwie starcza im pieniędzy na życie. Rodziną zajął się stary przyjaciel Armanda – Henri Leconte – który załatwia Simone Sauvelle pracę w malutkim miasteczku, Błękitnej Zatoce, leżącym na północnym wybrzeżu. Będzie się ona zajmowała rezydencją zamożnego wynalazcy i fabrykanta zabawek, Lazarusa Janna. W końcu szczęście uśmiechnęło się do rodziny. Zamieszkają w niewielkim Domu na Cyplu, nieopodal rezydencji Cravenmoore. W czerwcu 1937 roku przybywają na miejsce i zaczynają poznawać sekrety starego właściciela oraz jego domu.
Carlos Ruiz Zafón debiutował w 1993 roku powieścią „Książę Mgły”, którą miałam przyjemność przeczytać w tamtym roku na wakacjach. Podbiła ona moje serce, stronice były dosłownie przesiąknięte magią. Dziś skończyłam czytać jego trzecią książkę – „Światła września” i muszę przyznać, że jestem nią oczarowana.
Styl autora jest niepowtarzalny, cudowny. Nie mogłam oderwać oczu od kartek. Historia zawarta w tej powieści budziła we mnie grozę i strach, nie wiem czy teraz będę mogła ze spokojem patrzeć na zabawki. To, co się przydarzyło tej rodzinie było tak niesamowite i niemożliwe, a za razem realne. Czytając słyszałam szum morza, szelest liści na drzewach, czułam wiatr we włosach. Magię tej opowieści da się wyczuć na każdej stronie, można ją zobaczyć i usłyszeć. Kiedy tylko miałam tę książkę w rękach przenosiłam się do innego świata, świata pełnego cieni, strachu i mechanicznych zabawek. To było niezapomniane przeżycie.
Bohaterowie powieści byli dopracowani, każdy ich ruch przemyślany przez autora. Poznajemy dorastającą Irene, zafascynowanego światem mechanizmów i wyrobem zabawek Doriana, zamkniętego w sobie Ismaela oraz tajemniczą Almę Maltisse. Wszyscy są tacy realni, można by ich przypadkowo spotkać na ulicy. Mniej niż trzysta stron wystarczyło, abym przywiązała się do wszystkich bohaterów.
Pan Zafón stworzył nieprzewidywalną historię, w której główną rolę odegrały zwykłe zabawki. Nic nie jest takie, jakie się nam wydaje…
„Na tym świecie cieni i świateł wszyscy, każdy z nas, musimy odnaleźć swoją drogę”
Poznajemy także tajemniczą legendę miasteczka. Niby nic nie znacząca opowiastka ma wielkie znaczenie w zrozumieniu całości. Dowiadujemy się w niej o światłach września… A czymże one są? Przekonajcie się sami.
W powieści jest także zawarty wątek miłosny. Wychodzi on tutaj na duży plus. Jest taki delikatny, niemalże niezauważalny i mogłoby się wydawać, że mało ważny. Ale tylko ten, kto przeczyta „Światła września” zrozumie o co mi chodzi…
Kolejnym miłym dodatkiem jest okładka. Widać na niej latarnię, którą powoli osnuwa mgła. Są też na niej owe światła września, o ile się nie mylę. Okładka idealnie oddaje klimat książki.
Jestem mile zaskoczona tą powieścią. Wiele po niej oczekiwałam, a dostałam jeszcze więcej. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie – troszeczkę fantastyki, wątek psychologiczny, wielbiciele literatury grozy też coś sobie znajdą. Pozostało mi tylko polecić Wam tę oraz inne książki autora. Nikt nie będzie zawiedziony.
Moja ocena: 10/10
***
Miałam trochę wcześniej opublikować tą recenzję, ale ostatnio cały czas spędzam w internetowych księgarniach i kupuję książki. Jestem chyba od tego uzależniona :) W każdym razie sądzę, że do końca lipca powinnam napisać co najmniej dwie recenzje, może nawet trzy, muszę nadrobić zaległości z czerwca, maja i kwietnia. :)
Muszę się też czymś pochwalić - zajęłam drugie miejsce w konkursie na recenzję tygodnia na portalu nakanapie.pl :) Jak tylko to zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć. Chciałam tylko spróbować swoich sił w tym konkursie, pierwszy raz startowałam i nie liczyłam na wygraną. To była bardzo miła niespodzianka. Do tej pory sądziłam, że moje recenzje są dość słabe, ale teraz zobaczyłam, że najwyraźniej nie są takie złe, choć cały czas muszę nad nimi pracować :) Gratuluję oczywiście giffin za zajęcie pierwszego miejsca oraz aeble i Aly102, których opinie zostały wyróżnione. :)
Pozdrawiam!

sobota, 21 lipca 2012

"Z tęsknoty za Judy" Anne Cassidy

4 komentarze:

Autor: Anne Cassidy
Tytuł: Z tęsknoty za Judy
Tytuł oryginału: Missing Judy
Wydawnictwo: Stentor
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2009
Liczba stron: 190
Cena: 16,96 zł
 
Judy – śmiała, wygadana pięciolatka – zamiast z mamą na zakupy idzie ze swoją starszą siostrą Kim do jej najlepszej przyjaciółki Teresy. Kim umówiła się z Teresą wcześniej i nie mogła się tego doczekać. W ostatniej chwili mama informuje ją, że musi zabrać ze sobą Judy. Tego nie było w planie, Kim jest wściekła. Popołudnie spędzone u Teresy nie należy do udanych…
Od tamtej pory minęło osiem lat. Przez cały ten czas Kim stara się przezwyciężyć potworne poczucie winy i ból po stracie siostry. Pewnego dnia pojawiają się ślady prowadzące do rozwiązania zagadki zniknięcia dziewczynki. Śledztwo, którego podejmuje się Kim, a także nowe dowody, ujawnione po latach, przyniosą nieoczekiwane zarówno dla niej, jak i dla całej rodziny zakończenie.
 
W dzisiejszych czasach wiele się słyszy o zaginięciach dzieci. Jednak coraz mniej ludzi zaczęło się tym interesować, przechodzi obok takich spraw obojętnie. Dlaczego? Tak często słyszymy informacje o zniknięciu dziecka, że stało się to dla nas codziennością, częścią życia. „To jak zwykle wina rodziców”, myślimy i więcej nie zaprzątamy sobie tym głowy. „Nie potrafią się opiekować, i tyle…”. A gdyby to spotkało Ciebie i Twoją rodzinę? Ale uważasz, że takie rzeczy dzieją się tylko innym, nie Tobie. A jednak takie nieszczęście może spotkać każdego, i Ciebie, i mnie, i przypadkową osobę na ulicy. Taką jak Kim…
Kim, dziewięcioletnia dziewczynka, zostaje zmuszona iść z młodszą siostrą, Judy, do swojej przyjaciółki. Skutki spotkania są fatalne…
„Odeszła sztywno wyprostowana, z zadartą dumnie głową. Nie chciała włożyć kurtki, jej jaskrawa bluza przyciągała wzrok. Kilka osób odwróciło się za nią; mała dziewczynka z balonem, bez kurtki w zimny wieczór, wyglądała zabawnie. „Idę”, powiedziała, „nie będziesz mi rozkazywać”.
A ja stałam, patrząc, jak odchodzi w swoim różowym polarze, świecącym w mroku, jak oddala się coraz bardziej i ciemność pochłania ją bez reszty. Nigdy więcej jej nie zobaczyłam.”
Kim cały czas nęka poczucie winy. Pozwoliła odejść swojej siostrze. Nie zatrzymała jej. Cały czas ma nadzieję, że Judy wróci i będzie tak jak dawniej. Bezustannie myśli o swojej siostrze, zaczęła nawet śledzić podobne do niej dziewczynki. „Przecież to może być ona”.
Ta książka pokazuje co strata bliskiej osoby może zrobić z psychiką. Główna bohaterka cały czas myślała, że to jej wina. Czuła się taka bezradna, nie mogła pomóc w śledztwie, nie zapamiętała niczego szczególnego. Nawet po upływie ośmiu lat nie potrafiła ułożyć sobie życia.
Zachowanie Kim bardzo mnie wzruszyło. Tak bardzo chciała pomóc, wiedziała, że zawiedzie miłą policjantkę, jeżeli nic nie powie. Na początku nie rozumiałam, dlaczego skłamała, dlaczego wymyśliła czerwoną furgonetkę. Cały czas myślałam, że ja postąpiłabym inaczej. Jednak im bardziej zagłębiałam się w treść, tym lepiej mogłam poznać tok myślenia bohaterki. Możliwe, że ja też bym skłamała.
Autorka idealnie przedstawiła sytuację osoby, która straciła kogoś bliskiego. Ta książka była tak realna, że w momencie, kiedy czytałam, czułam, jakbym to ja była Kim. Jej emocje przechodziły na mnie. Kiedy płakała, ja płakałam, kiedy się śmiała, ja też się śmiałam. Czułam się takim małym intruzem w jej myślach. Byłam też zachwycona tym, jak pani Cassidy wciąga w świat pełen smutku, niepewności i cierpienia. Kiedy już zaczęłam czytać, nie mogłam przestać. Autorka popisała się wielkim talentem pisarskim.
Postaci były bardzo dobrze, wręcz idealnie wykreowane. O wszystkich wiedzieliśmy tyle, ile potrzeba, nie więcej, gdyż nie o to chodzi w tej powieści. Po co nam opis wyglądu głównej bohaterki? Do wyobrażenia jej sobie wcale tego nie potrzeba, uwierzcie mi.
Koniec był bardzo wzruszający. Nie mogłam pohamować łez, ale były one tego warte. Chyba żadna książka nie wywołała u mnie tyle emocji. Z żalem przewracałam ostatnie strony, nie chcąc się rozstać z Kim.
„Z tęsknoty za Judy” powinno być obowiązkową lekturą dla każdego. Ta króciutka książeczka sprawia, że inaczej się patrzy na świat. W każdej chwili możemy stracić kogoś bliskiego, więc cały czas trzeba poświęcać ludziom wiele uwagi. To książka, którą trzeba nie tylko przeczytać, ale i myśleć o niej. Polecam z całego serca!
Moja ocena: 10/10
***
Bardzo przepraszam za jakiekolwiek błędy, ale nie potrafiłam wyrazić w słowach tego, co chciałam. Długo nie pisałam recenzji, cały czas coś stało mi na przeszkodzie. Miałam wczoraj się za nią zabrać, ale kiedy się dowiedziałam, że w telewizji jest Harry Potter, nie umiałam z niego zrezygnować. ;) Ale postaram się za dwa-trzy dni wstawić kolejną recenzję.
Pozdrawiam!