Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2014

"Mechaniczny anioł" Cassandra Clare

9 komentarzy:

Autor: Cassandra Clare
Tytuł: Mechaniczny anioł
Tytuł oryginału: The Clockwork Angel
Wydawnictwo: MAG
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 472

Tessa Gray płynie statkiem z Nowego Jorku do swojego brata, do Londynu. Jednak na miejscu nie czeka na nią Nathaniel, tylko tajemnicze dwie kobiety, które każą na siebie mówić Mroczne Siostry i twierdzą, że przysłał je pan Gray. Theresa wsiada z nimi do powozu, jednak nie dociera do miejsca będącego jej celem. Starsze panie trzymają ją w starym i przerażającym domu oraz wymagają umiejętności, jakich dziewczyna nigdy w sobie nie podejrzewała. Tak zaczyna się jej przygoda w świecie, o którym do tej pory nie miała pojęcia. Poznaje przystojnego Willa i ludzi zwanych Nocnymi Łowcami, którzy mogą jej pomóc odnaleźć brata będącego w niebezpieczeństwie.
Może powinnam zacząć tę recenzję od słów: „Witajcie ponownie w świecie Nocnych Łowców!”? Tak się stęskniłam za Nefilim, Podziemnymi i ich przygodami, że przeczytanie serii „Diabelskie maszyny” było tylko kwestią czasu. Jest ona prequelem „Darów Anioła”, opowiada wydarzenia sprzed czasów Jace’a i Clary, a dokładnie z XIX wieku, kiedy to żyli ich przodkowie. Oczywiście oba cykle można czytać bez znajomości drugiego, choć są ze sobą powiązane. Opowiadają dwie zupełnie różne historie, aczkolwiek tak samo interesujące.
Cassandra Clare zalicza się do grona moich ulubionych autorów, po których twórczość będę sięgać zawsze i wszędzie. „Dary Anioła” wywarły na mnie ogromne wrażenie, film także mnie zachwycił. Dlatego w oczekiwaniu na ostatnią część postanowiłam poznać „Diabelskie maszyny” i zobaczyć świat Nocnych Łowców od innej strony.
Moje zdanie można by wyrazić w jednym słowie – „Wow!”. Nie spodziewałam się tak dobrej opowieści. Owszem, po Cassie oczekiwałam wiele, a nawet jeszcze więcej, ale obawy oczywiście były. Na szczęście, nieuzasadnione. Teraz już rozumiem ten zachwyt, te wszystkie wspaniałe słowa, jakimi był określany „Mechaniczny anioł”. Już wszystko wiem, a ty, czytelniku, też się dowiedz.
Bardzo ciekawy jest fakt, że w powieści nie mamy do czynienia z przypadkowymi Nocnymi Łowcami, a z przodkami bohaterów poznanych w „Mieście Kości” i dalszych tomach. Wszystkie wymieniane nazwiska były mi znane, Lightwood, Herondale, Wayland i inne. Niektóre cechy u członków tych rodzin odnajduje się kilka pokoleń później. Ale nie, postaci nie są kopią tych z „Darów Anioła”. Wszystkie pokochałam i będą bliskie mojemu sercu. A szczególnie Will i Tessa.
Wątek miłosny jest subtelny, delikatny i naturalny. Nie przesłodzony i sztuczny, jak często się zdarza. Rozwija się bardzo powoli i często zaskakuje. Cassandra Clare nie przedstawiła sielanki, idealnej pary, tylko uczucie, które mogą napotkać różne trudności. Męski bohater wcale nie był bez skazy, często wyprowadzał Tessę z równowagi, wszczynał kłótnie, co chwilę zmieniał zdanie i nie chciał się przyznać do swoich uczuć. Dość… Problematyczny. Wątek miłosny nie wysuwał się na pierwszy plan, na początku był niemal niezauważalny, co także jest bardzo ważne.
Okładki, które początkowo Wydawnictwo MAG nam zaserwowało, są brzydkie i gdybym nie wiedziała, jak wspaniałą kryją treść, nigdy nie sięgnęłabym po powieść. Na szczęście wydawca się zreflektował i w listopadzie tamtego roku mogliśmy powitać trylogię w oryginalnych, pięknych i zachwycających okładkach, w których nie omieszkam sobie sprawić egzemplarzy.
Choć „Mechaniczny anioł” mnie zachwycił, bliższe memu sercu na zawsze pozostaną „Dary Anioła”, ponieważ to moja pierwsza historia o Nocnych Łowcach. „Diabelskim maszynom” oczywiście niczego nie brakuje i już nie mogę się doczekać kolejnych serii o Nefilim zaplanowanych przez autorkę, a jeszcze kilka ich będzie. Najbliższa to „The Dark Artifices” zaplanowana na 2015 rok.
Książka jest genialna. Cassandra Clare jest genialna. Poproszę o więcej! Jednak nie chcę tak szybko pożegnać się z Tessą, więc nie spieszy mi się z kolejnymi tomami. Autorka ma talent, którego nie marnuje. Jej powieści chce się czytać, nie można się od nich oderwać. Teraz bez żadnych obaw będę sięgała po jej twórczość. Do tego zachęcam również czytelników – warto, naprawdę warto. Mam nadzieję, że zapamiętacie moje słowa i ktoś kiedyś będzie mi wdzięczny za polecenie tak niesamowitej lektury!
Moja ocena: 10/10
 
Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

poniedziałek, 7 lipca 2014

"Lato drugiej szansy" Morgan Matson

8 komentarzy:

Autor: Morgan Matson
Tytuł: Lato drugiej szansy
Tytuł oryginału: Second Chance Summer
Wydawnictwo: Jaguar
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 416

Taylor Edwards jest całkiem przeciętną nastolatką. Nie ma żadnych nadzwyczajnych umiejętności, tak jak jej rodzeństwo – Gelsey i Warren. Jedyne co potrafi, to uciekać przed kłopotami i trudnymi sytuacjami – i zazwyczaj właśnie to robi. Jednak przychodzi czas, kiedy Tay nie może uciec przed problemami. Okazuje się, że jej ojciec jest ciężko chory. Dlatego cała rodzina postanawia wyjechać na całe wakacje do ich letniego domku nad jeziorem, w którym nie byli od pięciu lat, a niegdyś przyjeżdżali co roku. Dziewczyna czuje panikę przed powrotem do przeszłości, ponieważ oznacza to konfrontację z najlepszą przyjaciółką i pierwszą miłością, których bardzo zraniła. Taylor musi w końcu dorosnąć i zmierzyć się z problemami, jakie zostawiła nad jeziorem, oraz tymi, które dopiero nadchodzą. To może być ostatnia szansa na naprawienie wszystkich błędów…
Morgan Matson urodziła się w Nowym Jorku, a teraz mieszka w Los Angeles. W młodości otrzymała pracę w księgarni w dziale dziecięcym i to tam zakochała się w literaturze Young Adult. Autorka bardzo lubi podróżować i robi to, kiedy tylko może. Wycieczki zainspirowały ją do napisania pierwszej powieści – „Aż po horyzont”, którą wydała w 2010 roku. Później pojawiły się dwie kolejne – „Lato drugiej szansy” oraz „Since You've Been Gone”, której nie ma jeszcze w Polsce, ale dopiero ukazała się ona za granicą, więc można mieć nadzieję, że i w naszym kraju niedługo się pojawi. Obecnie pani Matson pisze czwartą powieść, która ukaże się w 2016 roku.
„Lato drugiej szansy” zainteresowało mnie w momencie przeczytania opisu książki. Byłam zachwycona, ponieważ idealnie wpasowywała się w mój gust i posiadała to wszystko, czego wymagam w literaturze YA. Kiedy wpadła w moje ręce, zaczęłam skakać z radości i nie mogłam się doczekać lektury, dlatego prawie od razu rozpoczęłam czytanie.
Najmocniejszą stroną powieści są bohaterowie. Każda postać jest tak realna, że czułam, jakbym obserwowała kawałek życia rodziny, która naprawdę gdzieś w tym świecie żyje. Bardzo się ze wszystkimi zżyłam i po skończeniu lektury czuję pustkę, jakby czegoś mi brakowało. Taylor okazała się właśnie taką główną bohaterką, jakie lubię najbardziej. Popełniła wiele błędów, ale miała dość odwagi, aby w końcu stawić im czoła. Konfrontacja z problemami, które długo ją nękały, musiała być trudna. Dobrze poznałam również jej rodzinę i przyjaciół. Morgan Matson udało się każdego przedstawić w taki sposób, że czułam, jakbym znała ich przez całe życie, tak jak Taylor. Na szczególną uwagę zasługuje relacja Tay z Lucy, która została mistrzowsko przedstawiona.
W „Lecie drugiej szansy” został poruszony problem nieuleczalnej choroby. Ojcu głównej bohaterki zostało zaledwie kilka miesięcy życia i rodzina miała tylko te jedne wakacje na pożegnanie się z nim. Był to zdecydowanie najbardziej wzruszający, jak i najtrudniejszy wątek w książce. Uświadomiłam sobie, że niejedna rodzina musi przechodzić coś podobnego i poczułam całkowitą bezradność, ponieważ nie da się z tym nic zrobić. Autorka wspaniale przedstawiła ten wątek, a wiem, że nie było to łatwe zadanie. Niesamowicie mnie wzruszyła, nie płakałam tak przy książce od czasu „Kosogłosa”, a ja mam naprawdę twarde serce, jeżeli o to chodzi.
Morgan Matson posługuje się niezwykle bogatym i barwnym językiem. Od pierwszych zdań pokochałam jej styl i byłam pod wielkim wrażeniem jej umiejętności. To dopiero druga powieść autorki, a ona już potrafi tak oczarować czytelnika, że chciałby na zawsze pozostać w świecie, jaki wykreowała. Mam jedynie zastrzeżenia do korekty, ponieważ nie dało się nie zauważyć literówek czy błędów stylistycznych, jakie zostawiono.
„Lato drugiej szansy” to mistrzowsko napisana książka. Rozbiła moje serce na kawałki i posklejała je na nowo. Odnalazłam swój ideał powieści Young Adult i wątpię, czy jakakolwiek ją przebije. To zdecydowanie najlepsza lektura przeznaczona dla młodzieży, jaką czytałam w całym swoim życiu. Niesamowicie wzrusza i bawi, zapewnia niezapomnianą przygodę w górskiej miejscowości o nazwie Lake Phoenix. Kiedy będziecie po nią sięgać, nie zapomnijcie o chusteczkach!
Moja ocena: 10/10
 
Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!

sobota, 10 maja 2014

"Bez mojej zgody" Jodi Picoult

12 komentarzy:

Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Bez mojej zgody
Tytuł oryginału: My Sister’s Keeper
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2009
Liczba stron: 528

Nieodłączną częścią Anny jest jej siostra, Kate, u której w wieku dwóch lat zdiagnozowano ostrą białaczkę promielocytową. Aby przeżyć, potrzebowała dawcy ze zgodnym materiałem genetycznym. Dlatego Anna została nienaturalnie poczęta, aby jej tkanki wykazywały całkowitą zgodność z tkankami siostry. W wieku trzynastu lat ma za sobą wiele poważnych zabiegów medycznych, każdy miał na celu podtrzymanie życia Kate. Szpital jest jej drugim domem. Nastolatka ma dość i kiedy rodzice proszą ją, aby oddała siostrze nerkę, zaczyna się buntować. Jej decyzje mogą podzielić całą rodzinę, a dla ukochanej Kate być wyrokiem śmierci…
Jodi Picoult to znana amerykańska autorka bestsellerów. Nakład jej książek na całym świecie przekracza siedem milionów egzemplarzy, przetłumaczono je na trzydzieści języków. Spod jej pióra wyszło już ponad dwadzieścia powieści, w tym jedna została napisana z córką. Pięć doczekało się ekranizacji, w tym „Bez mojej zgody”.
Pani Picoult to jedna z pisarek, których dzieła chciałam przeczytać już od dawna. W swoich książkach porusza tematy tabu, o których na co dzień się nie mówi. Autorka nie boi się poruszać coraz trudniejszych zagadnień i skłaniać ludzi do myślenia. Uwielbiam tego typu lektury, przy których można się zastanowić nad pewnymi sprawami, wzruszyć się, a nawet zmienić swój punkt widzenia. Kiedy moja polonistka poleciła mi „Bez mojej zgody”, wiedziałam już, że od niej zacznie się moja przygoda z Jodi. I tak też się stało.
„Bez mojej zgody” to wielowątkowa powieść, która nie opowiada jedynie o rodzinie dotkniętej tragedią. Choroba jest tylko jednym z wielu tematów, jakie porusza. Oprócz niej występuje wiele innych wątków, równie ważnych. Rzeczywistość została wykreowana z niezwykłą precyzją i jest przez to bardzo realistyczna. Przez pewien czas mogłam zamieszkać w domu państwa Fitzgeraldów i obserwować przebieg wydarzeń. Kiedy opuściłam ten świat, poczułam, jakby ktoś wyrwał mi kawałek duszy. Bardzo zżyłam się z bohaterami i teraz brakuje mi ich.
Bardzo ciekawym zabiegiem jest narracja z kilku punktów widzenia. W każdym rozdziale historię opowiadała inna osoba, dzięki czemu mogłam poznać myśli wielu postaci. Prawie każdy bohater miał swoją „chwilę” na wyrażenie własnych uczuć. To wszystko spowodowało, że wydawało mi się, że bohaterowie są prawdziwymi ludźmi, że żyją naprawdę.
W całej lekturze znalazłam tylko jeden minus, a mianowicie przewidywalność. Trochę się na tym zawiodłam, ponieważ spodziewałam się takiego zakończenia, jakie zaserwowała Jodi Picoult. Nie było ono dla mnie żadnym zaskoczeniem, choć to nie spowodowało, że mi się nie podobało. Wręcz przeciwnie, uważam, że takie jest najlepsze, jakie mogę sobie wyobrazić.
Powieść została napisana lekkim i przystępnym językiem, jednak przez to poruszane zagadnienia wcale nie wydawały mi się lekceważone czy zaniedbane. Dzięki temu autorka mogła lepiej dotrzeć do swoich czytelników, pokazać im rzeczywistość tak bliską ich życiu. Mimo tego prostego stylu „Bez mojej zgody” nie czytało się tak lekko, jak mogłoby się wydawać. Jest to książka, przy której trzeba pomyśleć, ponieważ porusza ciężkie tematy. Ja nieraz musiałam odkładać lekturę, żeby się trochę zastanowić nad niektórymi sprawami. Często miałam mieszane uczucia, ponieważ powieść przedstawiała wszystko inaczej, niż sobie to wyobrażałam.
„Bez mojej zgody” to fenomenalna opowieść o cierpieniu, śmierci, chorobie, rodzinie i trudnych wyborach. Bardzo wzrusza, czyta się ją ze łzami w oczach i ściśniętym gardłem. Pomogła mi zrozumieć niektóre zagadnienia, a nawet zmieniła mój punkt widzenia. Z pewnością obejrzę film, aby przekonać się, czy jest tak samo dobry. Nie mogę się też doczekać lektury innych dzieł Jodi Picoult. To serdecznie polecam, jednak od razu uprzedzam, że do takiej książki trzeba dojrzeć.
Moja ocena: 10/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

niedziela, 9 marca 2014

"Zagrożeni" C.J. Daugherty

10 komentarzy:

Autor: C.J. Daugherty
Tytuł: Zagrożeni
Tytuł oryginału: Night School. Fracture
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 384

Allie przetrwała już w Cimmerii letni semestr i część kolejnego. Przybywając do tej szkoły, nie sądziła, że poczuje się w niej jak w domu i pokocha to miejsce całym swoim sercem. Jednak w akademii nie jest już bezpiecznie – Nathaniel może zaatakować w każdej chwili, a wciąż nie wiadomo, kto jest jego szpiegiem. Nikt już sobie nie ufa, wszyscy podejrzewają siebie nawzajem, wybuchają wewnętrzne walki. Wróg wydaje się być niezwyciężalny, ale Allie zamierza pomścić wszystkich zmarłych i rozpoczyna własne śledztwo. Czy szkoła jest gotowa na kolejny atak? Co odkryją Allie i jej przyjaciele?
Poprzednie dwa tomy serii „Wybrani” zachwyciły mnie. Już dawno żadna młodzieżówka tak pozytywnie mnie nie zaskoczyła. Na początku miałam małe obawy, że to kolejny schematyczny paranormal, ale okazało się, że lektura nie zawiera wątków fantastycznych, lecz elementy powieści kryminalnej.
„Zagrożeni” dorównują poziomem swoim poprzedniczkom. Powieść czytało się bardzo szybko i wciągała mnie tak, że nie mogłam oderwać się od lektury. A kiedy już udało mi się to zrobić, to wciąż myślałam: „co będzie dalej?”. Ta książka naprawdę uzależnia i żałuję, że jest taka krótka. Mam nadzieję, że pani Daugherty zafunduje nam większą ilość stron w dwóch kolejnych tomach. Byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdyby okazało się, że czekają mnie dwie wspaniałe cegiełki. Jednak, szczerze mówiąc, nie liczę na to, że książki będą aż tak długie.
Wiele osób dziwi się, co takiego może mieć w sobie zwykła młodzieżówka i zazwyczaj zniechęcają się do czytania, ponieważ uważają, że czekają ich ambitniejsze lektury. Może i ambitniejsze tak, ale „Zagrożeni” dostarczają mnóstwo rozrywki i warto się czasem oderwać od książek „z wyższej półki”, bo nawet wśród popularnych powieści dla nastolatek można odnaleźć perełki. A jeżeli chodzi o pytanie zawarte w pierwszym zdaniu tego akapitu – naprawdę ciężko na nie jednoznacznie odpowiedzieć, ponieważ tak wiele czynników wpływa na świetność tej serii: szybka akcja, nietuzinkowy wątek Nocnej Szkoły (który nieraz NAPRAWDĘ zaskakuje), główna bohaterka, która jest mądrą i odważną młodą kobietą, a także Sylvain, w którym ja jestem okropnie zakochana.
Skoro już wspomniałam o Sylvainie, czas na analizę wątku miłosnego. W tej serii naprawdę mi on nie przeszkadza, śledzę go wręcz z niemałym zainteresowaniem. W pierwszej części był według mnie nieco przesłodzony, lecz później się to unormowało. W „Zagrożonych” było go nawet mniej niż w poprzednich tomach. Jednak nieco mnie irytowało to, że Allie wciąż się waha – Carter czy Sylvain. Za tym pierwszym nie przepadam, ale Sylvain… On jest jednym z największych plusów powieści. Mam nadzieję, że główna bohaterka dobrze wybierze, bo inaczej bardzo się zdenerwuję.
W „Zagrożonych” zostało odkrytych więcej tajemnic. Już dużo wiadomo na temat rodziny Allie i czym się zajmuje Nocna Szkoła. Bardzo podoba mi się to, co autorka wymyśliła, należą się jej ogromne brawa za ten wspaniały pomysł. Mam nadzieję, że dobrze to dalej rozwinie.
 „Zagrożeni” to świetna lektura. Łączy w sobie wszystko, co najbardziej lubię w książkach. Czekam z niecierpliwością na ostatnie dwa tomy. Jeżeli ktoś jeszcze zastanawia się nad przeczytaniem tej serii, niech w końcu zdecyduje się na to. Gwarantuję, że nie poczuje się oszukany. „Wybrani” to jedna z moich ulubionych serii młodzieżowych i mam nadzieję, że wszystkim innym cykl spodoba się równie mocno. Gorąco polecam.
Moja ocena: 10/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

sobota, 15 lutego 2014

"Namiętność sukuba" Richelle Mead

9 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Namiętność sukuba
Tytuł oryginału: Succubus Heat
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 336

Georgina wpada w przygnębienie, a nawet depresję po zerwaniu z Sethem. Kłóci się ze swoimi przyjaciółmi i szefem, Jeromem. Przespała się nawet ze swoim psychologiem. I zaczęła się spotykać z Dantem. Przy nim przynajmniej nie musi się niczego bać. Nie będzie tak żałowała, gdy on w końcu umrze, nie musi się obawiać o skażenie jego duszy. Ale ma on jedną wadę – nie jest Sethem… Pewnego dnia Georgie przekracza granicę i wkurza swojego przełożonego na tyle, że wysyła ją do znajomego demona na jakiś czas, aby popracowała u niego. I może trochę szpiegowała. Wkrótce Jerome znika w niewyjaśnionych okolicznościach, a jakoś nikt oprócz niej i jej przyjaciół za bardzo się tym nie martwi i nie zamierza go odszukać. Georgina znów jest zdana na siebie. Czy uda jej się uratować Jerome’a? Kto za tym wszystkim stoi?
Po przeczytaniu trzeciej części o sukubie, nie mogłam się doczekać, kiedy sięgnę po kolejną. Zakończenie mnie zszokowało, więc jak najszybciej zabrałam się za czwartą. Richelle Mead jak zwykle mnie nie zawiodła i już chyba nigdy w nią nie zwątpię (i tak mi się to nigdy nie zdarzyło). Teraz za cel postawię sobie przeczytanie wszystkich jej książek.
„Namiętność sukuba” nieco różni się od poprzednich tomów. Mamy tutaj okazję lepiej poznać Piekło, pracowników i zasady panujące w nim. Wcześniej cały czas napływały nowe informacje, jednak tutaj dowiadujemy się więcej, co jest dużym plusem.
W powieści pojawiają się nowi bohaterowie, choćby demony mające władzę, tak jak Jerome, nad danym terytorium. I cały czas walczą o powiększenie go. Cedric i Nanette pojawiali się najczęściej. Czytając nie wiedziałam, co mam o nich myśleć, z jednej strony polubiłam któreś z nich, ale z drugiej cały czas mi się wydawało, że coś ukrywa. Georginę, jak wspominałam w poprzednich recenzjach, uwielbiam. To jedna z tych głównych bohaterek, jakich nie da się nie lubić. Richelle Mead idealnie umie takie tworzyć. Za to Seth zaczął mnie trochę irytować. Oczywiście to nie żadna wada, po prostu byłam na niego wściekła za to, co zrobił. Ale później przebaczyłam mu. Warto też wspomnieć o przyjaciołach Georgie. Bardzo sympatyczna grupka. Każdy odznacza się innymi cechami i to za te zachowania się ich kocha. Tak oryginalnej i szalonej paczki to jeszcze nie widziałam. Jerome także wzbudził moją sympatię, choć nie wiem, czy powinien. Czasem nie zachowywał się zbyt dobrze w stosunku do swoich podwładnych, okłamywał ich i nie zależało mu na nich tak bardzo. Ale mimo wszystko miał w sobie to „coś”.
Tym razem Georginie bezpośrednio nie zagraża niebezpieczeństwo, a w poprzednich częściach właśnie tak było. Tym razem to ona musi kogoś ocalić, a nie ktoś ją. Zależało jej na tym, żeby odnaleźć Jerome’a, kiedy inni nie byli do tego chętni. Wcześniej utrzymywali dobre stosunki, co wiadomo z pierwszej części, jednak z tomu na tom jest coraz gorzej i nie wiem, czy dalej można ich nazywać przyjaciółmi. Mimo wszystko czuła do niego jakąś sympatię, ponieważ była gotowa na wplątanie się w niebezpieczną sprawę szukając go.
Richelle Mead posługuje się bardzo przyjemnym językiem. Jasno wyraża swoje myśli, a w każdym tomie przypomina najważniejsze wydarzenie z poprzednich, aby czytelnik czytając na przykład w dużych odstępach serię, mógł się we wszystkim połapać. Sceny erotyczne opisała subtelnie, a w książce nie pojawiła się ich nazbyt wielka ilość, co mogłoby zniechęcić osoby, które ich nie lubią.
Podsumowując, „Namiętność sukuba” utrzymuje poziom poprzedniej części. Zakończenie znów zwala z nóg, kiedy się przewraca ostatnie kartki, nie można uwierzyć, że powieść tak szybko się skończyła. Serdecznie polecam całą serię osobom, które jeszcze nie miały z nią do czynienia, a czytelników, którzy zatrzymali się przy którymś tomie zachęcam do sięgnięcia po kolejne.
Moja ocena: 10/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II  

niedziela, 8 grudnia 2013

Film: W pierścieniu ognia - Francis Lawrence

14 komentarzy:
Tytuł: Igrzyska śmierci. W pierścieniu ognia
Reżyseria: Francis Lawrence
Produkcja: USA
Premiera światowa: 11 listopada 2013
Czas trwania: 2 godz. 26 min.
Gatunek: akcja, science-fiction


Katniss Everdeen i Peeta Mellark po wygraniu siedemdziesiątych czwartych Głodowych Igrzysk odbywają Tournée Zwycięzców. Odwiedzają każdy z dwunastu Dystryktów, wygłaszają przemowy, udzielają wywiadów, a na koniec udają się na przyjęcie do pałacu prezydenckiego. Każde z wystąpień budzi w dziewczynie przerażenie, ponieważ obywatele Panem uważają ich wybryk na arenie za początek buntu i rewolucji. Budzą się w nich nadzieje na obalenie Kapitolu i władz. Ich uwagę odwraca trzecie Ćwiećwiecze Poskromienia - jubileuszowe 75. Głodowe Igrzyska, na których panują specjalne zasady. W tym roku trybuci zostaną wylosowani z puli dotychczasowych zwycięzców. Co oznacza, że Katniss powraca na arenę...
Na wakacjach przeczytałam drugą część "Igrzysk śmierci" - "W pierścieniu ognia". Powieść mnie zachwyciła i długo nie mogłam przestać o niej myśleć. Ekranizacja pierwszego tomu nie zachwyciła mnie, choć film podobał mi się. Liczyłam na więcej. Jednak do drugiej części byłam nastawiona bardzo entuzjastycznie, przeczuwałam, że to będzie coś innego, zważywszy na to, iż filmem zajął się nowy reżyser. Im bliżej daty, kiedy miałam iść do kina, tym bardziej byłam podekscytowana. I w końcu nadszedł upragniony dzień. Żałuję, że już przeminął.
Wszystko zostało przedstawione dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam, czytając książkę. Finnick, Johanna, arena, biczowanie Gale'a, arena, zakończenie, arena, wywiady dzień przed Igrzyskami i jeszcze raz ARENA! Byłam w ogromnym szoku, kiedy to wszystko zobaczyłam. Okazało się to tak realne, że film zapisał się u mnie we wspomnieniach, jakbym sama uczestniczyła w wydarzeniach, walczyła razem z Katniss i Peetą.
Ekranizacja była bardzo zgodna z książką, co się nieczęsto zdarza. Wszystkie najważniejsze sceny znalazły się w filmie i doskonale je przedstawiono. Jednak jednej rzeczy mi zabrakło, a bardzo chciałam ją zobaczyć. A mianowicie zegarka Heavensbee'ego. To mały element, ale dla mnie ważny. Mimo wszystko rozumiem, że nie dało się wszystkiego umieścić, film i tak trwał dość długo (choć dla mnie mógłby być dłuższy!).
Wiele razy bardzo się wzruszyłam. Smutne było wystąpienie Katniss i Peety w Jedenastym Dystrykcie. Kiedy pokazano twarz Rue i jej rodzinę, niemal się rozpłakałam. A kiedy zabijano tego staruszka, cała się trzęsłam z przerażenia. Co z tego, że znałam tę scenę ze zwiastunów. Najbardziej wzruszył mnie moment, kiedy podczas wywiadów wszyscy zwycięzcy trzymali się za ręce, pokazali, że są razem. Przepiękna chwila. Wtedy łzy stanęły mi w oczach i pewnie gdybym była sama, zaczęłabym płakać.
Aktorzy mistrzowsko odegrali swoje role. Nawet lepiej, niż w poprzedniej części. Jennifer Lawrence jest bezbłędna i dla mnie ona ma w sobie Katniss. Po prostu nią jest i koniec. Czuję, że odniesie jeszcze wiele sukcesów, a ja chętnie obejrzę ją w każdym filmie. Już się nie mogę doczekać "Poradnika pozytywnego myślenia", za który dostała Oscara. Josh Hucherson również wspaniale sobie poradził jako Peeta. W pierwszej części średnio mi pasował do tej roli, jednak teraz uważam, że jest idealny. I w tej ekranizacji wyglądał przystojniej. A Liamowi Hemsworth'owi również niczego nie brakuje. Doskonały Gale. Świetnie się wczuł w swoją rolę.
 Ścieżka dźwiękowa bardzo przypadła mi do gustu. Pasuje do ekranizacji i oddaje jej klimat. Najbardziej zapadła mi w pamięci piosenka "Atlas" Coldplay z napisów końcowych. Jak ja uwielbiam muzykę filmową! Dzięki niej mogę wspominać cudowne chwile.
"W pierścieniu ognia" mogę określić jako najlepszy film tego roku - dla mnie. Idealnie odzwierciedlił rewelacyjną książkę. Nie potrafię znaleźć w nim wad. To genialna ekranizacja. Do tej pory silnie przeżywam te wszystkie emocje towarzyszące oglądaniu. Czuję, jakbym sama brała udział w Głodowych Igrzyskach. I chcę jeszcze. Nie mogę się doczekać "Kosogłosa", który został podzielony na dwie części, co mnie bardzo cieszy. Nie będę musiała się tak szybko rozstawać z Katniss.
Moja ocena: 10/10

piątek, 1 listopada 2013

"Niezbędnik obserwatorów gwiazd" Matthew Quick

8 komentarzy:

Autor: Matthew Quick
Tytuł: Niezbędnik obserwatorów gwiazd
Tytuł oryginału: Boy 21
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 316

Finley od urodzenia mieszka w Bellmont i nigdy nie opuścił tego miejsca. Dla niego całym światem jest to małe i niebezpieczne miasteczko, gdzie rządzą gangi i irlandzka mafia. Mieszka tu z dziadkiem, który nie ma obu nóg i wciąż tęskni za swoją zmarłą żoną oraz z ojcem pragnącym zapewnić lepsze życie synowi od tego, jakie sam miał. Jego matka umarła, kiedy był mały i nikt z rodziny nie chce wspominać okoliczności jej śmierci. Sam Finley niewiele mówi, tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. Jedyną osobą, która go rozumie, jest Erin – jego przyjaciółka i dziewczyna. Razem trenują grę w koszykówkę, oboje są w szkolnej drużynie. Wieczorami przesiadują na dachu jego domu i obserwują gwiazdy marząc o wyjeździe z Bellmont. Wszystko się zmienia, kiedy trener prosi Finleya o pewną przysługę. A przecież trenerowi nie można odmówić…
Matthew Quick to amerykański pisarz. Po rzuceniu pracy nauczyciela j. angielskiego, zadebiutował w 2008 roku powieścią „Poradnik pozytywnego myślenia”, jaka doczekała się ekranizacji w rolach głównych z Bradley’em Cooperem oraz Jennifer Lawrence, która dostała za tę rolę Oscara. Zostały wydane już cztery jego książki, piątą jeszcze pisze. W Polsce ukazały się do tej pory dwie – „Poradnik pozytywnego myślenia” oraz niedawno wydana „Niezbędnik obserwatorów gwiazd”.
Już od dawna miałam zamiar zapoznać się z twórczością Quicka. Kilka miesięcy temu zakupiłam jego pierwsze dzieło, jednak do tej pory nie znalazłam czasu na jej przeczytanie. Kiedy w moje ręce wpadła jego najnowsza książka, od razu zabrałam się za lekturę. Zachęcił mnie fragment opinii zamieszczony na tylnej części okładki: „Daje czytelnikowi poczucie nadziei i optymizmu”. Ostatnio potrzebowałam właśnie takiej powieści, która podniosłaby mnie na duchu. Ta sprawdziła się wyśmienicie.
Bohaterowie to chyba największy atut lektury. Finley był mi bardzo bliski. Rozumiałam każdą jego decyzję, razem z nim odczuwałam te wszystkie emocje, przeżywałam radość i smutek. Wiele razy przy czytaniu towarzyszyło mi współczucie dla niego. Erin także bardzo polubiłam. Była bardzo naturalna, co wyróżniało ją spośród innych bohaterek, których zachowania wydają się czasem sztuczne. Wspierała swojego przyjaciela i nie kwestionowała jego wyborów. Pozwalała mu milczeć, rozumiała go nawet wtedy, kiedy nic nie mówił. Porozumiewali się bez słów. To piękny przykład prawdziwej przyjaźni i miłości.
Wspaniały okazał się wątek kosmosu. Bohaterowie interesowali się nim, a przede wszystkim uwielbiali patrzeć na gwiazdy. Wtedy i ja zaczynałam snuć z nimi marzenia i zachwycać się pięknem wszechświata. Podczas czytania książki sama zapragnęłam położyć się w nocy na ziemi, obserwować niebo i zapomnieć o wszelkich troskach.
Russ, czy też Numer 21 okazał się intrygującą postacią. Przeżywał trudny okres, trudno mi było sobie wyobrazić siebie w podobnej sytuacji. Jego przyjaźń z Finleyem wydawała się bardzo szczera i prawdziwa. Rzadko teraz znaleźć taką relację dwojga ludzi. Byli w stanie poświęcić dla siebie to, co najbardziej kochali. Wydawali się tak do siebie podobni, a zarazem tak różni. Ciężko mi opisać ten wątek powieści, niesamowicie mnie poruszył i nie da się tego wyrazić w słowach.
„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” bardzo mnie wzruszył. W wielu momentach miałam ściśnięte gardło i łzy napływały mi do oczu. Na koniec nie opanowałam emocji i płakałam, szczerze płakałam. Nie ze smutku, lecz z piękna książki. Długo nie mogłam się po tym pozbierać. To tak pozytywna lektura, pełna nadziei, poprawiająca humor i sprawiająca, że bardziej optymistycznie podchodzi się do życia. I przy okazji można sobie pomarzyć obserwując gwiazdy…
Podsumowując, „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to wspaniała i przepiękna powieść. Świetnie się ją czyta i może naprawdę wiele nauczyć, choćby cierpliwości dla innego człowieka. Jest to uniwersalna książka, każdy może się z nią zapoznać, bez względu na wiek i uważam, że każdy znajdzie w niej coś pozytywnego dla siebie. Ja już się nie mogę doczekać drugiego spotkania z panem Quickiem!
Moja ocena: 10/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

wtorek, 24 września 2013

Przedpremierowo: "Dziedzictwo" C.J. Daugherty

6 komentarzy:
PREMIERA 25 WRZEŚNIA

Autor: C.J. Daugherty
Tytuł: Dziedzictwo
Tytuł oryginału: Night School
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 398

W Akademii Cimmeria rozpoczyna się jesienny semestr. Uczniowie przyjeżdżają do szkoły wcześniej niż zazwyczaj, aby pomóc w remontach mających przywrócić budynkowi dawny blask, ponieważ został zniszczony przez pożar. Większość sypialni spłonęła, w bibliotece część zbiorów i zabytkowych mebli przepadła. Allie również zgłasza się na ochotnika do pomocy przy odnowieniu szkoły. Nowy semestr nie zapowiada się zbyt dobrze – atak, jaki miał miejsce na wakacjach utrzymuje dziewczynę w przekonaniu, że teraz powinna być ostrożniejsza niż zwykle. Isabelle jest tego samego zdania, dlatego postanawia, że Allie musi zacząć uczyć się samoobrony. Szkoła wciąż jest narażona na ataki ze strony Nathaniela, a prawdopodobnie wśród uczniów lub nauczycieli znajduje się zdrajca, który wyjawia wszystkie plany wrogowi. Kto nim jest? Co planuje Nathaniel? Jaką rolę odgrywa w tym Allie?
Około pół roku temu miałam okazję przeczytać „Wybranych”. Powieść pozytywnie mnie zaskoczyła, wręcz oczarowała. Okazała się nie być szablonową młodzieżówką, jakich pełno, ale niezmiernie intrygującą i wciągającą historią z wątkami sensacyjnymi, które uwielbiam. Z niecierpliwością wyczekiwałam informacji na temat drugiego tomu. Skakałam z radości trzymając go po długim oczekiwaniu w swoich rękach. Jak wypadł w porównaniu do „Wybranych”? Znakomicie!
„Dziedzictwo” zaczęło się bardzo intrygująco i tajemniczo. Nie wiedziałam co się dzieje, dlaczego, kto, jak, gdzie. Dopiero później pani Daugherty to wyjaśnia. Zresztą nie tylko początek jest taki. Cała powieść wciąga, zaniedbywałam swoje obowiązki, aby móc dowiedzieć się, co stanie się dalej. Wracając ze szkoły myślałam tylko o tym, aby czytać dalej. Przeżywałam tę historię całym swoim sercem.
Bohaterowie są mocną, może nawet najlepszą stroną książki. Allie przez poprzedni semestr w Cimmerii bardzo się zmieniła i widać to na pierwszy rzut oka. Moim zdaniem wyszło jej to na dobre. Może i miała słabsze momenty, w których użalała się nad sobą i nie za bardzo mi się to podobało, ale przecież każdy ma gorsze chwile. Poza tym jej postać została świetnie wykreowana, jest to jedna z bohaterek, które bardzo miło się wspomina. Carter także przeszedł pewną przemianę. Bardziej otworzył się przed innymi i w końcu mogłam poznać jego przeszłość, która mnie ciekawiła już w poprzednim tomie. Jednak jego zazdrość stała się irytująca i warunki, jakie stawiał swojej dziewczynie, były idiotyczne, kolokwialnie mówiąc. Za to Sylvain… Mmm, bezsprzecznie moja ulubiona postać. Szybko wybaczyłam mu wcześniejsze zachowanie (szybciej niż Allie) i wrócił do moich łask. Zdobył moje serce i fragmenty, w których występował, czytałam z wypiekami na twarzy i przyspieszonym tętnem.
Wątek miłosny, który w tamtej części wydawał mi się trochę sztuczny i przerysowany, tym razem został idealnie poprowadzony. Uczucia nie rozwijały się tak szybko, a bohaterowie potrzebowali czasu na ich zrozumienie. Na pewną sytuację musiałam czekać niemal przez całą książkę, niemal płacząc z niecierpliwości i napięcia.
C.J. Daugherty dopiero w „Dziedzictwie” pokazała swój prawdziwy talent. „Wybrani” byli jej debiutem, a dopiero po kolejnych tomach i książkach można ocenić, czy autor naprawdę potrafi pisać i nie osiądzie na laurach z poprzedniego dzieła. Niesamowite opisy i wspaniale wykreowane postaci to jedne z licznych plusów powieści.
Wydawnictwo Otwarte naprawdę się postarało i zaprojektowało piękne okładki. Mają klimat grozy i tajemniczości, przyciągają wzrok i wspaniale pasują do treści. Z każdą częścią lepsza, mam nadzieję, że trzecia również mnie nie zawiedzie.
W książce znalazły się również wątki sensacyjne, oczywiście umiejętnie prowadzone, zaskakujące i intrygujące, niczym z dobrego kryminału. Cały czas zastanawiałam się, kto jest zdrajcą szkoły, nie wiedziałam już, kogo mam podejrzewać, więc podejrzewałam wszystkich. Moje domysły po części się sprawdziły, lecz niestety wciąż nie znam tożsamości zdrajcy.
„Dziedzictwo” okazało się jeszcze lepsze od swojej poprzedniczki. C.J. Daugherty poprawiła błędy, które popełniła wcześniej i teraz tak naprawdę do niczego nie mogę się za bardzo przyczepić. Historia tak mnie wciągnęła, że nie wiem, jak ja będę funkcjonować do premiery trzeciego tomu. Serię już teraz będę zaliczać do moich ulubionych. Właśnie tak powinny wyglądać dobre młodzieżówki.
Moja ocena: 10/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

czwartek, 29 sierpnia 2013

Film: Miasto Kości - Harald Zwart

14 komentarzy:
Tytuł: Dary Anioła: Miasto Kości
Reżyseria: Harald Zwart
Produkcja: USA, Niemcy
Premiera światowa: 12 sierpnia 2013
Czas trwania: 2 godz. 10 min.
Gatunek: fantastyka, przygodowy, dramat


Clary Frey jest zwyczajną nastolatką. Mieszka z matką, która zarabia na życie malując. W wolnym czasie spotyka się ze swoim najlepszym przyjacielem. Tak jest do momentu, w którym zaczyna rysować pewien symbol i nie wie, co on oznacza. Pewnego dnia wchodzi z Simonem do klubu, w którym jest świadkiem przerażającej sytuacji. Trójka ludzi zabija jednego z imprezowiczów, lecz wszyscy inni wydają się tego nie widzieć. Niedługo po tym jej matka zostaje porwana w tajemniczych okolicznościach. Te sytuacje zapoczątkowały wir nieprzewidywanych wydarzeń, dzięki którym Clary trafia do świata Nocnych Łowców i angażuje się w sprawy, które na zawsze mogą zmienić jej życie...
Jak pewnie każdy czytelnik bloga wie - kocham serię "Dary Anioła". To jeden z moich ulubionych cykli, a Cassandra Clare dołączyła do grona uwielbianych przeze mnie autorów. Historia Clary mnie urzekła, z ogromnym zapałem i wypiekami na twarzy śledziłam losy jej trudnej miłości i walki ze złem. Kiedy dowiedziałam się o ekranizacji byłam zachwycona, że tak wspaniałą książkę przeniosą na wielki ekran i chętnie oglądałam coraz to nowsze zwiastuny. W piątek wybrałam się do kina. I wyszłam oczarowana.
Powieść była pełna akcji i trzymała w napięciu. W filmie nie pominięto ważnych walk, które, tak samo jak książka, wbijały w fotel. Zostały wspaniale przedstawione i była ich zadowalająca ilość. Wspaniale się je oglądało i z podziwem patrzyłam na aktorów, jak musieli się nauczyć tych wszystkich ciosów. Walka matki Clary z ludźmi Valentine'a - bezbłędna!
Pięknie przedstawiono niektóre miejsca. Instytut był zachwycający, a szklarnia zapierająca dech w piersiach. Nie spodziewałam się, że tak wspaniale to ukażą. Runy też są dokładnie takie, jak sobie wyobrażałam. Lepiej już być nie mogło.
Często się wzruszałam i prawie płakałam. Bardziej z tego powodu, że wciąż nie mogłam uwierzyć, że moja ulubiona książka została tak wspaniale zekranizowana. Scena w szklarni jest moją ulubioną i cieszę się, że mogłam ją jeszcze raz przeżyć, tym razem podczas oglądania filmu. Po prostu piękna.
Znakomici aktorzy. Jeszcze przed pójściem do kina uważałam trochę inaczej. Kiedy dowiedziałam się, kto zagra Jace'a, byłam zawiedziona. Zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam, Jamie Campbell Bower nie podobał mi się i nie pasował mi do tej roli. Jednak teraz myślę zupełnie inaczej. Nie wyobrażam sobie nikogo innego jako mojego ukochanego Jace'a. Jamie nie był wcześniej zbyt znany, grał m.in. w "Księżycu w nowiu" i 'Przed świtem" jednego z Volturi oraz w filmie "Harry Potter i Insygnia Śmierci" Gellerta Grindelwalda. Jedynie w tych ekranizacjach go widziałam, ale niezbyt rzucił mi się w oczy. Teraz z pewnością będę o nim pamiętać. Za to od samego początku byłam zadowolona z tego, że rolę Clary dostała także wcześniej mało znana Lily Collins. Jest naprawdę ładna i przede wszystkim bardzo podobna do moich wyobrażeń o bohaterce, już lepiej nie mogli trafić. Doskonale wczuła się w postać i odzwierciedliła jej charakter. Mogę nawet stwierdzić, że zagrała najlepiej ze wszystkich. Czuję, że czeka ją sukces. Ciekawym faktem jest również to, że Lily była fanką "Darów Anioła" zanim dowiedziała się, że wcieli się w Clary, co jest godne podziwu. Jednym z jej ważniejszych dotychczasowych filmów była "Królewna Śnieżka", gdzie zagrała główną rolę, ale niestety nie miałam go jeszcze okazji obejrzeć. W Magnusa, czarownika którego zapamiętali wszyscy fani serii, wcielił się Godfrey Gao. Świetny wybór. Co prawda nieco inaczej go sobie wyobrażam, ale na tego aktora narzekać nie mogę. Krótko mówiąc - obsada idealna.
Ścieżka dźwiękowa okazała się wzruszająca i zjawiskowa. Wiele piosenek zapadło mi w pamięć i słuchając ich mogę powiedzieć z którego momentu filmu pochodzą. Choć nie słucham Demi Lovato czy Colbie Caillat to ich utwory naprawdę mi się spodobały i od obejrzenia ekranizacji nie słucham niczego innego, ponieważ przypominają mi ulubione sceny. Muzyka z walk także była świetna i wzbudzała jeszcze więcej emocji.
"Miasto Kości" uważam za jedną z najlepszych ekranizacji książek, jakie obejrzałam. To film na miarę "Harry'ego Pottera". Uważam, że kolejne części odniosą jeszcze większy sukces. Film okazał się genialny i do tej pory nie mogę się po nim otrząsnąć. Niecierpliwie czekam na "Miasto Popiołów", nad którym prace zaczną się już 23 września. Recenzja jest całkowicie subiektywna, więc nie mogę napisać, że każdy się tak zachwyci. Ale polecam iść do kina i wyrobić własne zdanie. Ja teraz czekam, aż będzie na DVD, żeby móc obejrzeć jeszcze raz, a potem kolejny. I chętnie znów przeczytam powieść.
Moja ocena: 10/10

***
Ciężko jest oddać mój zachwyt i cały czas się zastanawiam, czy o niczym nie zapomniałam. Mam nadzieję, że nie ^^ A chętni niech zajrzą na fanpejdża, gdzie zamieściłam wywiady z aktorami (jak chcecie więcej, to piszcie śmiało, oglądałam ich całą masę :)).
źródło

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

"Król Kruków" Maggie Stiefvater

17 komentarzy:

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Król Kruków
Tytuł oryginału: The Raven Boys
Wydawnictwo: Uroboros
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013
Liczba stron: 496

Blue pochodzi z rodziny wróżek. Matka, jej przyjaciółki, ciotki i kuzynki mają dar jasnowidzenia. Wróżą ludziom z kart tarota, miewają wizje, znają niebezpieczne rytuały. Tylko Blue nie posiada żadnych zdolności, choć kobiety twierdzą, że dzięki niej mają większą moc, słyszą i widzą wyraźniej wiadomości z zaświatów. Wszystkie przewidują taką samą przyszłość dla dziewczyny: jeżeli pocałuje chłopaka, którego naprawdę kocha, on umrze. Dlatego nastolatka postanowiła, że nigdy się nie zakocha.
Gansey, Adam, Ronan i Noah to „chłopcy z krukami”. Chodzą do prywatnego liceum Aglionby, miejscowej szkoły dla zamożnych chłopców. Jednak ta paczka to nie rozpieszczone dzieciaki bogatych rodziców jeżdżące najdroższymi samochodami… Ta czwórka pragnie w swoim życiu dokonać czegoś ważnego. Chcą odnaleźć legendarnego Króla Kruków, Glendowera. Poszukują tajemniczych linii mocy, które mogą naprowadzić ich na ślad władcy.
Kiedy drogi paczki chłopaków i Blue się przecinają, wiedzą, że wspólnie mogą zdziałać o wiele więcej. Razem trafiają do magicznych miejsc, gdzie czas nie płynie w normalnym tempie. Co zdołają odkryć? Czyżby legenda o Królu Kruków okazała się prawdziwa?
Maggie Stiefvater to amerykańska pisarka książek fantastycznych dla młodzieży. Zadebiutowała „Lamentem” (ukazała się także kontynuacja – „Ballada”). Jej późniejsza trylogia, którą zapoczątkowało „Drżenie”, odniosła ogromny sukces. Ja nie miałam wcześniej okazji zapoznać się z tą autorką. Wszyscy tak zachwalali jej powieści, więc zakupiłam „Drżenie”, które do tej pory kurzy się na półce. Dlatego pełna entuzjazmu i nadziei zabrałam się za „Króla Kruków”, który urzekł mnie przede wszystkim tytułem i okładką, a w nieco dalszej kolejności, opisem.
Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to niesamowity styl autorki. Stworzyła zachwycające opisy i inteligentne dialogi. Niespiesznie wprowadza czytelnika w opowiadaną historię. Akcja płynie dość wolno, lecz nie jest to żaden minus. Wręcz przeciwnie, to atut powieści, zdążyłam się zorientować, że to styl pani Stiefvater, który mnie oczarował.
W powieści mamy cały wachlarz różnych postaci. Widać, że nie były tworzone na siłę, tylko ze szczerym zaangażowaniem i uczuciem. Wbrew pozorom mamy tu kilku głównych bohaterów. Nie można powiedzieć, że to Blue jest najważniejsza, ponieważ odgrywa taką samą rolę w historii, jak Gansey, Adam, Ronan i Noah. Razem dążą do odkrycia pradawnych tajemnic i odnalezienia Glendowera. Każdego z nich bardzo polubiłam. Blue, intrygująca nastolatka z bardzo ciekawą rodziną. Mieszka w domu pełnym kobiet, które zarabiają na życie jako wróżki (i nie są oszustkami!). Jest jedną z tych postaci, których nie da się nie lubić. Gansey to bogaty chłopak, którego fascynuje magia, linia mocy i Król Kruków. Poświęca życie na odkrycie mrocznych sekretów. Adam sam zarabia na swoje utrzymanie, ponieważ nie ma takich możliwości finansowych, jak jego przyjaciele. Mimo wszystko odmawia pomocy. W dodatku skrywa pewną tajemnicę… Ronan – mogłoby się wydawać, że najodważniejszy z całej czwórki, lecz wciąż boryka się ze śmiercią swego ojca. Ta trójka zdobyła moje serce. Za to Noaha lubiłam już mniej, sama nie wiem dlaczego. Po prostu nie przypadł mi do gustu, nie potrafię tego wytłumaczyć.
Wątek miłosny jest bardzo delikatny i subtelny. Rozwija się bardzo powoli, w tym tomie uczucie dopiero się rodzi. Nie jest też przewidywalny. Nie toczy się tak, jak mógłby przewidzieć czytelnik.
Magia przesiąka każdą stronę powieści. Bardzo spodobał mi się pomysł o liniach mocy i Królu Kruków. W żadnej książce nie spotkałam się z czymś takim. Uwielbiałam czytać o magicznych miejscach, wyczuwało się ten tajemniczy i mroczny klimat. Urzekł mnie las. Tak naprawdę nie wiadomo, co to za miejsce, dzieją się w nim niesamowite i dziwne rzeczy, których nie da się wyjaśnić. Mam nadzieję, że w dalszym tomie autorka zdradzi o nim coś więcej.
Maggie Stiefvater stworzyła oryginalną i nietuzinkową opowieść. W pierwszej części nie wyjaśniło się wiele spraw, co skłania czytelnika do przeczytania kolejnej. Nie mogę się jej doczekać! Mam nadzieję, że znów oczaruje mnie magią i tajemnicami i że w końcu dowiem się czegoś więcej o Królu Kruków. To niesamowita książka, która zawładnie umysłem czytelnika na dłuższy czas.
Moja ocena: 10/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros

piątek, 2 sierpnia 2013

"Zieleń Szmaragdu" Kerstin Gier

12 komentarzy:

Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Zieleń Szmaragdu
Tytuł oryginału: Smaragdgrün
Wydawnictwo: Egmont
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 456

Gwendolyn ma złamane serce. Nie jest w stanie nawet poszukiwać przedmiotu, który ukrył kilka lat temu w domu jej dziadek. Całymi wieczorami gada z najlepszą przyjaciółką przez telefon i obgaduje Gideona. Nie może sobie jednak pozwolić na zbyt długie rozpaczanie, ponieważ podróży w czasie nie można odwlekać. Musi razem z tym nieszczęsnym chłopakiem wykonać misję i wczytać do chronografu krew wszystkich podróżników. Dodatkowo czeka ją kilka spotkań z hrabim de Saint Germain, który ją przeraża. Jaki finał będzie miała historia Gwen? Co ukrywa hrabia? Robi się coraz niebezpieczniej…
Jakiś czas temu przeczytałam drugą część „Trylogii czasu”, która mnie zachwyciła. Pełno nierozwiązanych zagadek i tajemnic, dziwnie zachowujący się Strażnicy oraz niebezpieczny hrabia de Saint Germain. Nie mogłam się doczekać, kiedy się dowiem, co się stanie po wczytaniu krwi wszystkich podróżników w czasie. Od pierwszej części mnie to intrygowało i sama idea chronografu mnie zafascynowała.
Bardzo się cieszę, że miałam możliwość przeczytania „Zieleni Szmaragdu”. Powieść okazała się niesamowita. Po lekturze drugiego tomu nieco się obawiałam, że autorka nie zdąży wszystkiego wyjaśnić w książce, ponieważ tajemnic była niezliczona ilość. Jednak już od początku wszystko powoli zaczynało się rozwiązywać. Historia Gwen, przes
złość dziadka, tajemnice hrabiego, zagadka chronografu oraz Lucy i Paula. Odpowiedzi na wszystkie pytania gnębiące czytelnika zostały doskonale rozłożone w fabule tak, aby nikt nie nudził się podczas lektury.
Trudno nie lubić bohaterów książki. Są przesympatyczni i przeżywanie przygód wraz z nimi jest wspaniałym uczuciem. Gwen chyba nigdy nie zapomnę. Pokochałam ją od pierwszych stron. Uwielbiałam czytać, jak pakuje się w kolejne kłopoty. Niektóre jej pomysły były bardzo zabawne, a ona sama nieraz wykazywała się inteligencją. Bardzo ciekawą istotą był także Xemerius, demon, który nieraz pomagał Gwendolyn. Jego teksty były świetne, nieraz śmiałam się tak, że łzy leciały mi z oczu. Gideon, choć na początku tej części zraziłam się do niego (jak można tak postąpić?!), później znów wrócił do moich łask, zdobył moje serce. To także jeden z moich ulubionych bohaterów i sądzę, że na długo pozostanie w mojej pamięci.
Książka bardzo wciąga. Chociaż „bardzo” to za mało powiedziane… „Zieleń Szmaragdu” strasznie niesamowicie wciąga do swojego świata tak, że się nie da go opuścić. Przeczytałam tę powieść w jeden dzień, a czasem krótsze lektury czytam dłużej. Moje oczy na tym ucierpiały, ale warto było.
Okładki trylogii są nieziemsko piękne. Warto je kupić choćby dlatego, że doskonale prezentują się na półce. Żałuję, że nie mam własnych egzemplarzy. Aż ciężko oddać do biblioteki… Czcionka w środku jest idealnie dobrana, wystarczająco duża i przyjemna dla oka.
Tak jak już wcześniej wspominałam, bardzo mnie zaintrygowała sprawa chronografu. Określenie „wtedy objawi się tajemnica” wprost doprowadzało mnie do szału, chciałam koniecznie się dowiedzieć, co się stanie, kiedy wczyta się krew wszystkich podróżników. Odpowiedź na to pytanie była zaskakująca, choć od początku trzeciej części to podejrzewałam przez pewne dokumenty, które są przedstawiane przed każdym rozdziałem. Mimo wszystko wyszło na jaw mnóstwo szokujących faktów, o których czytelnik wcześniej nie miał pojęcia.
„Zieleń Szmaragdu” ani trochę mnie nie zawiodła. To doskonałe zwieńczenie trylogii, lepszego już chyba nie mogło być. Chciałabym się dowiedzieć, jak dalej się potoczy historia Gwen. Będzie mi bardzo brakowało wszystkich bohaterów i podróży w czasie, który zostały przedstawione w interesujący sposób. Jeżeli jeszcze nie czytałeś „Trylogii czasu”, to natychmiast biegnij do księgarni po wszystkie tomy, gwarantuję, że się nie zawiedziesz. Tej serii nie można nie pokochać i chętnie się będzie do niej wracało.
Moja ocena: 10/10