Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam Fantastykę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam Fantastykę. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 grudnia 2014

"Mroczna bohaterka. Jesienna Róża" Abigail Gibbs

4 komentarze:


Jesienna Róża jest jednym z Mędrców – rasy władającej magią i mającej chronić ludzi przed niebezpiecznymi istotami i czarną magią. Uczęszcza do zwyczajnej szkoły średniej w hrabstwie Devon i tam pełni funkcję strażniczki. Codzienną rutynę przerywa jej przybycie syna króla Mędrców – księcia Fallona. Narzuca on jej swoje towarzystwo i ciągle przypomina o jej tytule książęcym, o którym dziewczyna wolałaby zapomnieć. Z każdym dniem piętnastolatka coraz bardziej nienawidzi przybysza, ponieważ rujnuje on jej dotychczasowe życie. Róża nie może jednak zapomnieć o tym, że w chwili niebezpieczeństwa Fallon będzie jej jedynym sprzymierzeńcem i że aby ocalić uczniów przed jakimkolwiek zagrożeniem będą musieli działać razem. A od wojny między ludźmi a mrocznymi istotami dzieli ich tylko krok od czasu porwania Violet Lee…
Ponad rok temu miałam okazję przeczytać pierwszą część serii „Mroczna bohaterka”, „Kolację z wampirem”. Książka, mimo że już wtedy przeminęła moda na wampiry, a mi na samą myśl o nich robiło się niedobrze, bardzo mi się spodobała. Wniosła pewien powiew świeżości w tym temacie i zaintrygowała mnie. Jednak na tom drugi musiałam czekać cały rok. Kiedy ujrzałam go w końcu w zapowiedziach, wiedziałam, że muszę go jak najszybciej przeczytać. Zasiadłam do lektury pełna nadziei, lecz także obaw…
W „Kolacji z wampirem” zwróciłam uwagę na chaotyczny styl autorki. Niestety, w tej części nic się nie zmieniło. W pewnych momentach nie wiedziałam już kto w danej chwili mówi lub co się dzieje, bo Gibbs zdążyła już przejść do czegoś zupełnie innego nie wyjaśniając niczego. Często czułam zdezorientowanie. Szkoda, że Abigail spoczęła na laurach i nie poprawiła swojego warsztatu literackiego, bo – jak już wspominałam w recenzji poprzedniego tomu – widzę w niej spory potencjał. Niestety, na razie niewykorzystany chociażby w połowie.
Najbardziej irytował mnie wątek miłosny – był zdecydowanie przesłodzony i sztuczny. Już od samego początku widać co się święci, a bohaterowie zachowywali się bardzo dziecinnie spostrzegłszy swoje uczucia. A raczej udając, że ich nie ma. Niektóre sytuacje były tak ckliwe i melodramatyczne, że miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Fallon zachowywał się tak żałośnie i natarczywie, że zaczęłam się zastanawiać, jak można umyślnie stworzyć tak przeidealizowanego bohatera. Sama Róża również mnie niezmiernie irytowała swoją niewinnością i naiwnością, ale wolałam ją niż księcia. Odniosłam również wrażenie, że bardzo przypominała Violet Lee, bohaterkę „Kolacji z wampirem”.
Mimo wymienionych wad „Jesienna Róża” bardzo mnie wciągnęła. Pochłaniałam lekturę w błyskawicznym tempie, a po jej skończeniu czułam niedosyt. Wciąż o niej myślałam i przekopywałam Internet w poszukiwaniu informacji o następnej części. Niestety, żadnych nie znalazłam.
Na pochwałę zasługuje również świat wykreowany przez autorkę. Z podobną wizją rzeczywistości jeszcze się nie spotkałam, a bardzo mnie ona zaintrygowała. Żałuję, że Abigail Gibbs nie opisała jej zbyt dokładnie, ale mam nadzieję, że zrobi to w kolejnej części. Świat przedstawiony w powieści jest podzielony na dziewięć wymiarów, z których w każdym oprócz ludzi żyje jedna rasa magicznych istot. Przykładowo, w pierwszym rządzą Mędrcy, a w drugim wampiry. We wszystkich wymiarach (z wyjątkiem drugiego) ludzie widzą o istnieniu tych istot.
„Jesienna Róża” to przeciętna powieść fantastyczna dla młodzieży. Myślę, że spodoba się naiwnym nastolatkom, fankom „Zmierzchu”, lecz osobom szukającym czegoś więcej w książkach zapewne się nie spodoba. Ja bawiłam się przy niej dość dobrze i mogłam się porządnie zrelaksować po kilku stresujących miesiącach w szkole. Do tego nadaje się idealnie.
Moja ocena: 5/10

Autor: Abigail Gibbs
Tytuł: Mroczna bohaterka. Jesienna Róża
Tytuł oryginału: The Dark Heroine: Autumn Rose
Wydawnictwo: Muza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 464
Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Business & Culture



sobota, 20 września 2014

"Nigdy nie gasną" Alexandra Bracken

8 komentarzy:


Ruby ponownie wpadła w szpony Ligi Dzieci i tym razem nie ma jak stamtąd uciec. Jako jedna z ostatnich Pomarańczowych jest bardzo cenną zdobyczą nie tylko dla Ligi, ale też żołnierzy czy łowców nagród. Odbywa trening i zostaje przydzielona do jednego z zespołów dzieci. Powoli przywyka do nowego życia, misji i bycia pod władzą dorosłych, choć wciąż nie daje jej spokoju myśl o przyjaciołach. Nie wie, co się z nimi stało, gdzie są, ani czy w ogóle żyją. Sama też nie może czuć się bezpiecznie – Liga tylko sprawia pozory, że chce pomóc dzieciom i wyzwolić je z obozów. Wśród członków czają się zdrajcy, którzy nieoczekiwanie mogą zmieść ich z powierzchni ziemi. Ruby dostaje jednak nieoczekiwaną szansę na wolność, która jest dla niej niczym promień słońca przebijający spośród chmur. Zostaje jej powierzona misja, którą wypełnić może tylko ona z pomocą nielicznego grona przyjaciół…
W kwietniu tego roku miałam okazję przeczytać pierwszą część serii „Mroczne umysły”. Wspominam ją bardzo miło, bo choć nie zachwyciła mnie, przyjemnie spędziłam przy niej czas i uważam, że jest to lektura godna uwagi. Nie powiela znanych już schematów i reprezentuje sobą pewien poziom. Na poznanie kolejnej części nie musiałam długo czekać, bo jej premiera miała miejsce już w sierpniu. Byłam bardzo ciekawa, czy autorka podołała zadaniu i stworzyła drugi tom, który w pełni wykorzystał potencjał trylogii.
Pierwsze kilkadziesiąt stron mnie rozczarowało. Nie potrafiłam się wciągnąć w akcję, a na początku trudno mi było połapać się o co chodzi, ponieważ już w pierwszym rozdziale czytelnik jest nagle wrzucany w wir wydarzeń, coś się dzieje, ale nie do końca wiadomo co. Nowe postaci, intrygi, strzelanina… Czułam się trochę zdezorientowana. Jednak na szczęście później wszystko zwolniło i z łatwością odnalazłam się w fabule. I przepadłam…
„Nigdy nie gasną” tak mnie wciągnęły, że nie mogłam się od nich oderwać. Moją najważniejszą potrzebą stało się poznanie dalszego ciągu wydarzeń, już nie mogłam się doczekać, kiedy dowiem się, co się dalej zdarzy. Niestety z powodu braku czasu czytałam tę powieść z dość dużymi odstępami czasu, co nie pozwoliło mi czerpać aż tak wielkiej przyjemności z lektury, jak chciałabym.
Alexandra Bracken dopiero w tej części pokazała pełnię swoich umiejętności pisarskich. Dowiodła, że naprawdę potrafi stworzyć świetną młodzieżową historię, która zawładnie sercami czytelników. Jedyne, co mi znów przeszkadzało w jej warsztacie literackim jest pewien chaos, który autorka wprowadza do swojego tekstu. Zazwyczaj bywało to w momentach, w których akcja toczyła się w najszybszym tempie. Miałam wrażenie, jakby nie nadążała ze spisywaniem wszystkich swoich myśli, przez co czasem musiałam przeczytać dany fragment kilka razy, aby zrozumieć, co się właściwie wydarzyło.
A jeśli chodzi o wątek miłosny… Zauroczył mnie. Jest on bardzo subtelny, co zawsze u mnie sprawia, że coraz bardziej się niecierpliwię o rozwój relacji pomiędzy bohaterami. Oczywiście w pozytywnym sensie. Po tej części czuję niedosyt i jestem ciekawa, co się dalej wydarzy pomiędzy Ruby a Liamem. A jeśli już o nim mowa, to jest on tak doskonale niedoskonały, że chyba każdą czytelniczkę przyprawia o szybsze bicie serca.
„Nigdy nie gasną” to świetna kontynuacja „Mrocznych umysłów”. Zakończenie znów wprawia w osłupienie i pozostawia niedosyt. Jestem bardzo ciekawa, jak zakończy się ta trylogia, bo nie potrafię sobie wyobrazić, co może się zdarzyć w ostatnim tomie. Myślę, że będzie jeszcze bardziej szokujący niż poprzednie…
Moja ocena: 8/10
Autor: Alexandra Bracken
Tytuł: Nigdy nie gasną
Tytuł oryginału: Never Fade
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 480

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte
http://otwarte.eu/

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

"Atrofia" Lauren DeStefano

10 komentarzy:


Przyszłość. Osiągnięto na tyle wysoki postęp nauki i medycyny, że zaczęto tworzyć genetycznie idealne społeczeństwo. Piękni ludzie, którzy starzeją się z gracją i do końca swego życia zachowują nadzwyczajną urodę. Są długowieczni i odporni na choroby. Ale tylko pierwsze pokolenie to okazy zdrowia. Kolejne atakuje tajemniczy wirus, który zabija kobiety w wieku dwudziestu, a mężczyzn w wieku dwudziestu pięciu lat. Nie mają oni szansy dorosnąć, a ich kilkuletnie dzieci szybko stają się sierotami. Kilkunastoletnie dziewczęta są zmuszane do poligamicznych małżeństw, aby zapewnić przetrwanie gatunku. Rhine przez kilka lat udawało się unikać Kolekcjonerów sprzedających młode kobiety, ale w końcu została złapana. Razem z Jenną i Cecily trafia do ogromnej willi w gaju pomarańczowym, gdzie poślubia je syn właściciela. Jednak iluzja idealnego życia szybko znika i dziewczęta odkrywają straszliwe tajemnice kryjące się w murach rezydencji…
Lauren DeStefano urodziła się w New Haven w Connecticut. Jej przygoda z pisaniem zaczęła się w dzieciństwie, kiedy to napisała opowieść na odwrocie menu dla dzieci w restauracji. Jej prawdziwym debiutem jest trylogia „Chemiczne światy”, którą otwiera „Atrofia”. W Polsce ukazała się tylko pierwsza część, wydawnictwo zrezygnowało z kontynuacji.
Pamiętam, że chyba prawie dwa lata temu w blogosferze panował „szał” na tę książkę. Tyle osób się nią zachwycało i rozpływało nad geniuszem tej historii. A potem ta rozpacz, bo nie będzie kolejnych części… Wiedząc o tym, skusiłam się i ja. „Atrofię” dostałam już bardzo dawno temu, jednak dopiero teraz nadszedł czas na jej przeczytanie. Po tych dwóch latach mój entuzjazm przeminął i bałam się, że powieść okaże się totalnym niewypałem. Niezbyt chętnie po nią sięgnęłam i na początku zbytnio mnie nie wciągnęła. Ale to, co się działo później, to już zupełnie inna bajka…
Pierwsze kilkadziesiąt stron czytałam sobie naprawdę powoli. Dawkowałam lekturę w małych ilościach, aby nie przemęczać oczu. Jednak pewnego razu, kiedy postanowiłam „na poważnie” do niej przysiąść, moją troskę o oczy szlag trafił. Nie potrafiłam się od niej oderwać, robiłam przerwy jedynie na posiłki i na kilkuminutowe rozruszanie nóg, aby mi z tych emocji nie zdrętwiały. W jednej chwili zakochałam się w lekturze, lecz wiedziałam, że zbyt długo nie mogę jej smakować. Wszak kolejnych tomów jak nie ma, tak nie będzie.
Trzy bohaterki, przyszłe żony Zarządcy, to jedna z najmocniejszych stron książki. Zaskoczyło mnie to, jak autorka stworzyła tak zupełnie różne trzy młode kobiety. Każda z nich inaczej patrzyła na świat i inaczej pojmowała definicję miłości. Bardzo spodobało mi się to, że nazywały siebie siostrami, to określenie pokazywało ich bliskość oraz to, że są skazane na siebie tak długo, dopóki nie wykończy ich wirus. Jedna była tylko dzieckiem, dla której małżeństwo było wybawieniem. Druga zostawiła za sobą brata bliźniaka i obmyślała plany, jak przy pierwszej okazji do niego uciec. Trzecia była już u kresu wieku, patrząc na średnią życia w tamtych czasach i ukrywała swoją nienawiść w postaci nieczułej żony. Najbliższą mi postacią okazała się najstarsza z dziewcząt, Jenna. Nie dlatego, że widziałam w niej podobieństwo siebie, bo wydaje mi się, że pod wieloma aspektami różnimy się od siebie. Moim zdaniem była najdojrzalsza z całej trójki, umiała pogodzić się z losem i wiedziała, co ją czeka.
Tempo akcji nie jest zniewalające, przez całą powieść jest jednakowe bez zaskakujących zwrotów. Jednak niezwykle bogata fabuła sprawia, że się tego nie zauważa. Nie nudziłam się ani przez chwilę, nawet na początku. Lauren DeStefano stworzyła tak wspaniale rozbudowany świat, że byłam zbyt pochłonięta jego poznawaniem.
Wątek miłosny okazał się niezwykle subtelny i delikatny. Czytelnik powoli zdawał sobie sprawę z tego, iż coś jest na rzeczy, ale wyszło to na jaw dopiero po pewnym czasie. Nie wysuwa się on na pierwszy plan, dzięki czemu książka zyskuje na wartości, ponieważ czytający ma okazję zwrócić uwagę na inne sprawy.
„Atrofia” oczarowała mnie w tak wielkim stopniu, że zamiast zapomnieć o niej i oszczędzić sobie bólu z powodu braku kontynuacji, postawiłam sobie za cel zdobyć „Fever” (drugą część) w oryginale i tak ją przeczytać. Nie spocznę, póki nie uda mi się tego zrealizować, choćby początki czytania po angielsku były bardzo trudne. Będę miała z tego same przyjemne korzyści. „Atrofia” to naprawdę dobra i oryginalna lektura, która wyróżnia się spośród innych antyutopii. Myślę, że mogę ją polecić wszystkim, nawet osobom, które nie będą w stanie zapoznać się z pozostałymi dwiema częściami po angielsku. Ta skończyła się tak, że można wmówić sobie, iż jest to koniec historii. A resztę sobie domówić…
Moja ocena: 9/10

Autor: Lauren DeStefano
Tytuł: Atrofia
Tytuł oryginału: Wither
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 320

środa, 30 lipca 2014

"Przyrzeczeni" Beth Fantaskey

9 komentarzy:

Autor: Beth Fantaskey
Tytuł: Przyrzeczeni
Tytuł oryginału: Jessica's Guide to Dating on the Dark Side
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 408

Jessica wiedzie zwyczajne życie. Chodzi do szkoły, spotyka się z przyjaciółką, flirtuje z chłopakami i wygrywa konkursy matematyczne. Wszystko się zmienia, kiedy na jej drodze staje pochodzący z Rumunii uczeń z wymiany międzynarodowej. Jest on arogancki, tajemniczy, przystojny i bardzo natrętny. Twierdzi, że Jessica jest rumuńską wampirzą księżniczką i na mocy paktu zawartego tuż po ich narodzinach są zaręczeni! Dziewczyna od zawsze sceptycznie podchodzi do wszelkich paranormalnych zagadnień, a Lucjusza zaczyna uważać za niebezpiecznego pomyleńca. Czy to możliwe, żeby wampiry naprawdę istniały? Jaki cel ma ten chory żart chłopaka? Czy Lucjuszowi powiodą się zaloty?
Beth Fantaskey urodziła się w małym miasteczku w Pensylwanii. Studiowała dziennikarstwo, a obecnie jest wykładowcą. Bardzo lubi pisać i żadna forma wypowiedzi pisemnej nie jest jej obca – powieści, opowiadania, artykuły, oficjalne mowy… Jej debiutem literackim byli „Przyrzeczeni”, którzy kilka lat później doczekali się kontynuacji (ale nie w Polsce). Autorka uwielbia podróżować, choć boi się latać samolotem. W nowych krajach próbuje keczupu, a najbardziej smakował jej ten z Polski.
„Przyrzeczonych” chciałam przeczytać od bardzo dawna. Byłam ciekawa, czy autorka miała oryginalny pomysł, pisząc kolejną na rynku wydawniczym książkę o wampirach. Sięgając po nią, wiedziałam, że to zwykły romans paranormalny i że nie mogę liczyć na zbyt dużo, ale nie sądziłam, że otrzymam coś TAKIEGO.
Aby dobrze ocenić tę książkę, muszę przedstawiać dwa punkty widzenia, ponieważ nie wiem, co założyła sobie autorka. Pierwszy – książka jako komedia. W tym wypadku sprawdza się nieźle. Sporo wydarzeń było tak absurdalnych, że siedziałam i skręcałam się ze śmiechu. Było mnóstwo zabawnych sytuacji, a sam Lucjusz zachowywał się komicznie. Najbardziej się ubawiłam, czytając skierowane do wuja listy, w których bohater opisywał „nieudane zaloty” i skarżył się na tamtejszych „wieśniaków”. Jeżeli miała to być satyra na paranormale o wampirach, to wypadła całkiem nieźle.
Jednak, jeżeli autorka potraktowała „Przyrzeczonych” zupełnie poważnie, to jest już gorzej. Bo zamiast martwić się o to, czy Jessica i Lucjusz będą razem, ja tylko kręciłam głową nad niedorzecznością pewnych sytuacji. Już sam fakt, że do głównej bohaterki podchodzi chłopak, który mówi, że jest ona wampirzą księżniczką i jego przyszłą żoną, jest śmieszny. To sprawia, że książki nie da się brać na poważnie. A przynajmniej trudno tak na nią patrzeć.
Wątek miłosny mi się nie podobał. Był sztuczny i po jakimś czasie przestał mnie już bawić, ale za to zaczął irytować. Jessica cały czas ma wątpliwości, jest niezdecydowana i nie rozumie swoich czuć. Wydawało mi się, że odrzuca względy chłopaka już tylko dla zasady.
Zakończenie również mnie zawiodło. Oczekiwałam czegoś lepszego, ale chyba się przeliczyłam. Czytając, odliczałam kartki do końca powieści. Wszystko było do bólu przewidywalne, a ja czekałam na nagły zwrot akcji.
Książka mnie rozczarowała. Nie potrafię jej jednak jednoznacznie ocenić, ponieważ  nie bardzo wiem, jaki był zamysł autorki. Za granicą wydano drugą część powieści, ale można się zastanawiać, co tu jest jeszcze do opisania. To chyba dobrze, że w Polce kontynuacja się nie pojawiła. „Przyrzeczeni” nie wyróżniają się spośród książek o podobnej tematyce. Zapewnią jednak relaks, ponieważ jest to lektura lekka i niezobowiązująca, niewymagająca zbyt dużo uwag, doskonale nadająca się na leniwy wieczór. Z pewnością poprawi nam humor. Są takie romanse paranormalne, które potrafią wzruszyć, a nawet czegoś nauczyć, lecz ten na pewno do nich nie należy.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

piątek, 18 lipca 2014

"Mechaniczny anioł" Cassandra Clare

9 komentarzy:

Autor: Cassandra Clare
Tytuł: Mechaniczny anioł
Tytuł oryginału: The Clockwork Angel
Wydawnictwo: MAG
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 472

Tessa Gray płynie statkiem z Nowego Jorku do swojego brata, do Londynu. Jednak na miejscu nie czeka na nią Nathaniel, tylko tajemnicze dwie kobiety, które każą na siebie mówić Mroczne Siostry i twierdzą, że przysłał je pan Gray. Theresa wsiada z nimi do powozu, jednak nie dociera do miejsca będącego jej celem. Starsze panie trzymają ją w starym i przerażającym domu oraz wymagają umiejętności, jakich dziewczyna nigdy w sobie nie podejrzewała. Tak zaczyna się jej przygoda w świecie, o którym do tej pory nie miała pojęcia. Poznaje przystojnego Willa i ludzi zwanych Nocnymi Łowcami, którzy mogą jej pomóc odnaleźć brata będącego w niebezpieczeństwie.
Może powinnam zacząć tę recenzję od słów: „Witajcie ponownie w świecie Nocnych Łowców!”? Tak się stęskniłam za Nefilim, Podziemnymi i ich przygodami, że przeczytanie serii „Diabelskie maszyny” było tylko kwestią czasu. Jest ona prequelem „Darów Anioła”, opowiada wydarzenia sprzed czasów Jace’a i Clary, a dokładnie z XIX wieku, kiedy to żyli ich przodkowie. Oczywiście oba cykle można czytać bez znajomości drugiego, choć są ze sobą powiązane. Opowiadają dwie zupełnie różne historie, aczkolwiek tak samo interesujące.
Cassandra Clare zalicza się do grona moich ulubionych autorów, po których twórczość będę sięgać zawsze i wszędzie. „Dary Anioła” wywarły na mnie ogromne wrażenie, film także mnie zachwycił. Dlatego w oczekiwaniu na ostatnią część postanowiłam poznać „Diabelskie maszyny” i zobaczyć świat Nocnych Łowców od innej strony.
Moje zdanie można by wyrazić w jednym słowie – „Wow!”. Nie spodziewałam się tak dobrej opowieści. Owszem, po Cassie oczekiwałam wiele, a nawet jeszcze więcej, ale obawy oczywiście były. Na szczęście, nieuzasadnione. Teraz już rozumiem ten zachwyt, te wszystkie wspaniałe słowa, jakimi był określany „Mechaniczny anioł”. Już wszystko wiem, a ty, czytelniku, też się dowiedz.
Bardzo ciekawy jest fakt, że w powieści nie mamy do czynienia z przypadkowymi Nocnymi Łowcami, a z przodkami bohaterów poznanych w „Mieście Kości” i dalszych tomach. Wszystkie wymieniane nazwiska były mi znane, Lightwood, Herondale, Wayland i inne. Niektóre cechy u członków tych rodzin odnajduje się kilka pokoleń później. Ale nie, postaci nie są kopią tych z „Darów Anioła”. Wszystkie pokochałam i będą bliskie mojemu sercu. A szczególnie Will i Tessa.
Wątek miłosny jest subtelny, delikatny i naturalny. Nie przesłodzony i sztuczny, jak często się zdarza. Rozwija się bardzo powoli i często zaskakuje. Cassandra Clare nie przedstawiła sielanki, idealnej pary, tylko uczucie, które mogą napotkać różne trudności. Męski bohater wcale nie był bez skazy, często wyprowadzał Tessę z równowagi, wszczynał kłótnie, co chwilę zmieniał zdanie i nie chciał się przyznać do swoich uczuć. Dość… Problematyczny. Wątek miłosny nie wysuwał się na pierwszy plan, na początku był niemal niezauważalny, co także jest bardzo ważne.
Okładki, które początkowo Wydawnictwo MAG nam zaserwowało, są brzydkie i gdybym nie wiedziała, jak wspaniałą kryją treść, nigdy nie sięgnęłabym po powieść. Na szczęście wydawca się zreflektował i w listopadzie tamtego roku mogliśmy powitać trylogię w oryginalnych, pięknych i zachwycających okładkach, w których nie omieszkam sobie sprawić egzemplarzy.
Choć „Mechaniczny anioł” mnie zachwycił, bliższe memu sercu na zawsze pozostaną „Dary Anioła”, ponieważ to moja pierwsza historia o Nocnych Łowcach. „Diabelskim maszynom” oczywiście niczego nie brakuje i już nie mogę się doczekać kolejnych serii o Nefilim zaplanowanych przez autorkę, a jeszcze kilka ich będzie. Najbliższa to „The Dark Artifices” zaplanowana na 2015 rok.
Książka jest genialna. Cassandra Clare jest genialna. Poproszę o więcej! Jednak nie chcę tak szybko pożegnać się z Tessą, więc nie spieszy mi się z kolejnymi tomami. Autorka ma talent, którego nie marnuje. Jej powieści chce się czytać, nie można się od nich oderwać. Teraz bez żadnych obaw będę sięgała po jej twórczość. Do tego zachęcam również czytelników – warto, naprawdę warto. Mam nadzieję, że zapamiętacie moje słowa i ktoś kiedyś będzie mi wdzięczny za polecenie tak niesamowitej lektury!
Moja ocena: 10/10
 
Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

niedziela, 22 czerwca 2014

"Płonący stos. Księga 1: Kielich Wiatru, Krąg Popiołów" Cate Tiernan

4 komentarze:

Autor: Cate Tiernan
Tytuł: Płonący stos. Księga 1: Kielich Wiatru, Krąg Popiołów
Tytuł oryginału: Balefire Omnibus #1: A Chalice of Wind; A Circle of Ashes
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 416

Clio od dzieciństwa jest wychowywana na czarownicę. Uczy się zaklęć, właściwości roślin, a przede wszystkim jedności z naturą, od której pochodzi magia. Thais niedawno przeprowadziła się do Nowego Orleanu. Musi zamieszkać z nową opiekunką w nieznanym mieście i ostatnią klasę spędzić w nieznanej szkole, ponieważ jej tata zginął w wypadku. Kiedy obie dziewczyny spotykają się pierwszego dnia szkoły, odkrywają coś niesamowitego. Są identyczne niczym dwie krople wody. Bliźniaczki? Dla dlaczego zostały rozdzielone po urodzeniu? Prawda okazuje się być bardziej mroczna i niesamowita, niż podejrzewały. Wywraca im życie do góry nogami i sprawia, że nic już nigdy nie będzie takie samo…
Cate Tiernan to pseudonim amerykańskiej pisarki powieści z gatunku paranormal romance. Zaczynała pisać w młodym wieku od średniej długości książeczek, ale sławę przyniosły jej dopiero cykle „Płonący stos” oraz „Sweep”. Oba poruszają tematy magii oraz czarownic. W 2010 roku zaczęła pisać nową trylogię „Ukochany nieśmiertelny”.
Uwielbiam książki pełne magii i tajemnic, w których bohaterkami są czarownice posługujące się wszelkimi zaklęciami, tworzące kręgi itd. Bardzo chętnie się w nich zaczytuję. Jednak zazwyczaj prawie każda lektura o tej tematyce mnie zawodzi. Brakuje im tego „czegoś”. Często za mało jest w nich magii i czarów, które mnie tak intrygują. Pod tym względem „Płonącemu stosowi” niczego nie brakuje. Mogłam uważnie śledzić magiczne zwyczaje Bonne Magie, którą zajmowały się główne bohaterki. Autorka poświęciła temu tematowi sporo czasu i spełniła moje wymagania.
Dwie główne bohaterki są zupełnie różne. Choć z wyglądu identyczne, pod względem charakteru są swoimi przeciwieństwami. Clio, zawsze pewna siebie, ma świadomość, jaka jest atrakcyjna i chętnie to podkreśla. Jest impulsywna, wybuchowa i często mówi to, co myśli. Z mężczyznami obchodzi się jak z zabawkami. Zazwyczaj tego typu postaci mnie strasznie irytują, jednak w tym wypadku, ku mojemu zdziwieniu, było odwrotnie. To Clio lubiłam bardziej od jej bliźniaczki. Thais okazała się bardzo naiwna, delikatna, skromna i cicha. Wciąż się nad sobą użalała, a jej rozpaczanie nad śmiercią ojca było sztuczne. Zawsze była posłuszna i nie chciała sprawić zawodu innym. Wydaje mi się, że pani Tiernan próbowała na siłę zrobić z niej idealną postać, co jej się zupełnie nie udało. Thais mnie denerwowała i niestety ani trochę jej nie polubiłam.
Spodobało mi się to, że co rozdział narratorką była inna z bliźniaczek. Dzięki temu mogłam poznać je lepiej, spojrzeć na różne sytuacje z perspektywy dwóch osób. Choć rozdziały poświęcone Clio czytałam z większą przyjemnością niż te poświęcone Thais.
Wydawnictwo Amber znów nie popisało się swoimi korektorami. W książce znalazłam mnóstwo błędów. Czy to literówek, czy stylistycznych, ortograficznych, a nawet powtórzenia! Tych ostatnich było naprawdę dużo i bardzo mnie one irytowały. Widać je gołym okiem i zastanawiam się, jak to możliwe, że nikt ich nie wyłapał.
Przez większość powieści akcja wlecze się niemiłosiernie. Brak zaskakujących wydarzeń, które ożywiłyby lekturę. Dopiero pod koniec akcja troszeczkę przyspiesza, ale nie tak, jak bym chciała.
„Płonący stos” to bardzo przeciętna książka. Nie jest ani zła, ani dobra. Na pewno nie należy do literatury wysokich lotów, ale zapewnia rozrywkę na długi wieczór. Gdybym nie posiadała we własnych zbiorach drugiego tomu, zapewne bym go nie przeczytała. Ale z tego względu dam lekturze drugą szansę. Kupiłam obie części za marne grosze, więc nawet nie żałuję wydanych pieniędzy. Nie polecam, ani nie odradzam tej powieści. Sami zadecydujcie, czy chcecie zaryzykować.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

sobota, 7 czerwca 2014

"Dziewczyna w stalowym gorsecie" Kady Cross

11 komentarzy:

Autor: Kady Cross
Tytuł: Dziewczyna w stalowym gorsecie
Tytuł oryginału: The Girl in the Steel Corset
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce i rok wydania: Lublin 2013
Liczba stron: 440

Finley Jayne chwilami traci kontrolę nad sobą. Jej umysł przejmuje coś mrocznego, coś, co jest w stanie robić bardzo złe rzeczy. Nie ma nikogo, z kim mogłaby porozmawiać o swoim problemie i kto mógłby jej pomóc. Wszystko zmienia się w nocy, kiedy dziewczyna pada ofiarą syna swojego pracodawcy, który lubił zabawiać się pokojówkami. Mroczna strona przejmuje nad nią kontrolę i mężczyzna zostaje brutalnie pobity, jest wręcz bliski śmierci. Finley ucieka z jego domostwa raz na zawsze i przypadkiem spotyka księcia Griffina oraz jego przyjaciół, którzy, jak się okazuje, również cierpią na dziwaczne przypadłości. Tylko oni są w stanie zrozumieć jej problemy i pomóc je przezwyciężyć. Jednak w badaniach nad ich tajemniczymi zdolnościami wciąż przeszkadzają tajemnicze ataki automatonów w Londynie. Kto za tym stoi i jaki jest jego cel?
Kady Cross to pseudonim literacki amerykańskiej bestsellerowej autorki. Mieszka wraz z mężem i kotami w Connecticut. Uwielbia czytać książki i oglądać ulubione programy telewizyjne, występować z rockowym zespołem, a ponadto lubi wietnamską kuchnię i makijaże. Produkuje nawet kosmetyki własnego autorstwa.
Kiedy tylko zauważyłam tę powieść w zapowiedziach, zapragnęłam ją przeczytać. Opis zbyt wiele nie mówił, lecz zachęcił mnie sam fakt, że akcja dzieje się czasach wiktoriańskiej Anglii. Kocham ten okres w historii Wielkiej Brytanii i bardzo mnie on interesuje. Książki opowiadające o tych czasach biorę wręcz na ślepo i większość mnie zachwyca. Czy ta również mnie nie zawiodła?
Po pierwsze, wiktoriańska Anglia nie została przedstawiona zbyt dobrze. Brakuje mi jej klimatu i mimo że jest to steampunk, uważam, że autorka zbyt unowocześniła tamte czasy. Prawie wcale nie odczułam, że to w tamtym okresie rozgrywa się akcja i uważam to za duży minus, ponieważ książka wiele by zyskała dzięki pokazaniu tego klimatu. Pod tym względem czuję się rozczarowana.
Bohaterowie okazali się bardzo ciekawi. Na początku wszyscy mnie irytowali i nie potrafiłam nikogo polubić, jednak po jakimś czasie, jak bliżej ich poznałam, uznałam, że są bardzo intrygujący. Moimi ulubionymi postaciami są Finley, Emily oraz Griffin, choć przy rozpoczęciu lektury bym tak nie pomyślała.
W „Dziewczynie w stalowym gorsecie” mało się dzieje. Przez część książki się nudziłam. Akcja przyspieszyła dopiero pod koniec, lecz i tak na krótko. Brakowało mi zaskakujących zwrotów akcji, niepokojących wydarzeń itd.
Kiedy tylko zaczęłam czytać tę powieść, od razu poczułam, że to jednak nie to, na co miałam nadzieję. Od początku tak średnio mi się podobała i czułam się zawiedziona. Brakowało w niej tego „czegoś”, nawet ciężko mi określić czego dokładnie. Po prostu mnie nie zachwyciła.
Okładki całej serii są bardzo intrygujące. Przyciągają wzrok i czuć w nich jakąś tajemnicę. Bardzo podoba mi się suknia dziewczyny na tej części. Każda okładka, na której jest suknia, od razu skrada moje serce i pragnę mieć taką książkę choćby ze względu na oprawę graficzną.
„Dziewczyna w stalowym gorsecie” nie jest złą powieścią. Miałam co do niej wielkie nadzieje, jednak się przeliczyłam. Miałam zamiar ją kupić, jednak dobrze, że znalazłam ją w bibliotece, bo byłabym jeszcze bardziej zawiedziona. Jest to niezła książka, jednak ja nie lubię marnować czasu na takie, skoro czekają mnie jeszcze lepsze. Nie wiem, czy sięgnę po kontynuację, może jedynie z ciekawości, ponieważ końcówka naprawdę mi się podobała.
Moja ocena: 6/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

piątek, 30 maja 2014

"Więzień Labiryntu" James Dashner

4 komentarze:

Autor: James Dashner
Tytuł: Więzień Labiryntu
Tytuł oryginału: The Maze Runner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Miejsce i rok wydania: Słupsk 2011
Liczba stron: 424

Thomas budzi się sam w ciemnej windzie, z której nie da się wyjść. Nie wie, co się z nim stało, pamięta tylko swoje imię. Kiedy drzwi się otwierają, wyciąga go gromada nieznanych chłopców mieszkających w Strefie – miejscu otoczonym ogromnymi murami, które tworzą Labirynt. Żaden z mieszkańców nie wie, dlaczego się tu znalazł i wszyscy już od wielu miesięcy próbują znaleźć wyjście. W Labiryncie czai się wiele niebezpieczeństw i skrywa on wiele tajemnic. Kiedy do Strefy przybywa pierwsza dziewczyna, okazuje się, że nic już nie będzie takie jak wcześniej. Streferzy mają coraz mniej czasu i muszą znaleźć wyjście albo umrzeć.
James Dashner mieszka w South Jordan City w stanie Utah z żoną i czwórką dzieci. Napisał wiele fantastycznych serii dla młodzieży. Ogromny sukces przyniosła mu trylogia „Więzień Labiryntu”, którą przetłumaczono na wiele języków. We wrześniu do kin wejdzie ekranizacja pierwszego tomu.
Już od dawna intrygowała mnie ta książka. Uwielbiam wątki labiryntu oraz zagadek nie do rozwiązania. Zawsze trzymają mnie one w napięciu i próbuję sama rozwikłać tajemnice. „Więzień Labiryntu” zbierał coraz więcej pozytywnych opinii i wprost nie mogłam się doczekać lektury. Czy powieść mnie nie rozczarowała?
Tym, co od początku mi przeszkadzało w książce, był język Streferów. Mieli własny slang i nie mogłam się do niego przyzwyczaić. Na początku nie rozumiałam niektórych słów, co mnie bardzo irytowało. Dopiero po stu/stu pięćdziesięciu stronach przywykłam do tego języka i uznałam to za dobry zabieg mający na celu lepsze ukazanie rzeczywistości, w jakiej odgrywa się akcja.
Bohaterowie są zdecydowanie mocną stroną powieści. Pojawiło się w niej mnóstwo przeróżnych chłopców i ani razu nie miałam wrażenia, że wszyscy są do siebie podobni. Jest tu cały wachlarz charakterów i cech, każdy jest inny i nie sposób ich ze sobą pomylić. Jedyna postać dziewczęca okazała się również intrygująca. Ona, Thomas i Minho stali się moimi ulubionymi bohaterami.
Wiele momentów trzymało mnie w napięciu. Czułam się, jakbym sama znalazła się w Strefie i brała udział w wydarzeniach. Bałam się o życie wszystkich postaci i trzymałam kciuki, aby udało im się wyjść z niebezpiecznych sytuacji bez żadnych uszkodzeń czy strat.
Rozczarowało mnie zakończenie. Liczyłam na inne rozwiązanie zagadki. To, które zaserwował nam James Dashner, wydało mi się… nudne. Byłam bardzo zawiedziona, ponieważ takie jest, jak dla mnie, pójściem na łatwiznę. Autor mógł się bardziej postarać i wymyślić coś lepszego, co by mnie zaskoczyło czy wręcz zszokowało.
„Więzień Labiryntu” to bardzo dobra książka, choć nie zachwyciła mnie tak, jak „Igrzyska śmierci”, do których jest porównywana. Jestem ciekawa, jak James Dashner rozwinął swój pomysł w kolejnych częściach i bardzo chętnie się z nimi zapoznam. Swoją powieścią ukazał intrygującą rzeczywistość, swoją wizję przyszłości, która, miejmy nadzieję, nigdy się nie spełni. Serdecznie polecam.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

środa, 2 kwietnia 2014

Premierowo: "Mroczne umysły" Alexandra Bracken

7 komentarzy:

Autor: Alexandra Bracken
Tytuł: Mroczne umysły
Tytuł oryginału: The Darkest Minds
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 456

Ruby w wieku dziesięciu lat trafia do obozu „rehabilitacyjnego” dla dzieci cierpiących na chorobę OMNI. Wkrótce całe młode pokolenie Stanów Zjednoczonych znajduje się w podobnych miejscach, a rząd próbuje przekonać rodziców, że wysyłając swoje pociechy do obozu, postępują dobrze. Jednak władze ukrywają prawdę przed całym narodem. OMNI nie jest niebezpieczne, a dzieci nie da się wyleczyć z ich nadzwyczajnych zdolności. W obozach zostają podzielone według kolorów przypisanym ich zdolnościom – Zieloni, Niebiescy, Czerwoni, Żółci, Pomarańczowi. Ruby została przydzielona do Zielonych, lecz tak naprawdę jest jedną z Pomarańczowych, których uważa się za niebezpiecznych. Musi ukrywać to, kim jest, aby przeżyć…
Alexandra Bracken to młoda autorka książek młodzieżowych, które znajdowały się na szczycie list bestsellerów. Jej debiutem było „Brightly Woven”, które niestety nie zostało wydane u nas w Polsce. Kolejną serią jej autorstwa jest trylogia „Mroczne umysły”, której pierwsza część ma dzisiaj swoją premierę w Polsce.
„Mroczne umysły” intrygowały mnie już od pierwszych zapowiedzi. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, co takiego mnie przyciągało do tej książki, ale po przeczytaniu opisu zapragnęłam ją przeczytać. Mój czytelniczy instynkt mówił mi, że powieść bardzo mi się spodoba i mnie nie zawiedzie. Czy rzeczywiście tak było?
Pierwsze co zauważyłam w lekturze, i to niezbyt pozytywne, to pewien chaos. Autorka nie wytłumaczyła na początku najważniejszych rzeczy, przez co się pogubiłam i zastanawiałam, czy nie ominęłam jakiejś ważnej części w książce. Przykładowo, nie zostało wyjaśnione, jakim umiejętnościom przyporządkowany jest dany kolor. Sama musiałam się tego domyślać, a przypuszczenia się potwierdzały dopiero w trakcie lektury. Powieść sama w sobie nie jest chaotycznie napisana, tylko wydaje mi się, że pani Bracken na początku się trochę pogubiła.
Ogromnym plusem książki są jej bohaterowie. Na początku nie mogłam się przekonać do Ruby, lecz szybko ją pokochałam i zrozumiałam jej dotychczasowe zachowanie. Pod koniec lektury byłam z nią tak zżyta, że nie chciałam opuszczać świata „Mrocznych umysłów”. Nie potrafię nawet stwierdzić, który bohater stał się moim ulubionym. Ruby lubiłam tak samo bardzo jak Liama, Pulpeta i Suzume i brak choć jednej z tych postaci obniżyłby moją ocenę dzieła. Nie wyobrażam sobie bez nich tej książki.
W „Mrocznych umysłach” wiele się dzieje. Często zdarzają się nieoczekiwane zwroty akcji, które przyspieszają bicie serca. Przez to powieść bardzo wciąga, nie mogłam się od niej oderwać i wciąż o niej myślałam.
Zakończenie mnie wzruszyło. Nie wywołało łez, ale wzbudziło we mnie mnóstwo emocji. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zbyt długo czekać na drugą cześć, ponieważ nie mogę się doczekać, kiedy poznam dalszą część historii Ruby. Końcówka bardzo mnie zaskoczyła i nie mogę uwierzyć w to, co się wydarzyło. Nienawidzę takich zakończeń.
Podsumowując, „Mroczne umysły” to bardzo dobra powieść z wielkim potencjałem. Może nie do końca wykorzystanym, nie zwaliła mnie z nóg ani nie zafascynowała, lecz świetnie się ją czytało. Mam nadzieję, że drugi tom mnie nie zawiedzie i Alexandra Bracken pokaże, na co ją stać.
Moja ocena: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II  

czwartek, 27 marca 2014

"Ogień" Mats Strandberg, Sara B. Elfgren

10 komentarzy:

Tytuł: Ogień
Tytuł oryginału: Eld
Wydawnictwo: Czarna Owca
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013
Liczba stron: 696

Nastoletnim czarownicom udało się pokonać zło. Ale to jeszcze nie koniec… Zaczyna się kolejny rok szkolny pełen trudnych wyzwań i niebezpieczeństw. Dziewczęta muszą nie tylko nauczyć się używać swoich mocy, ale również sobie ufać. Zło może zaatakować w najmniej oczekiwanej chwili. Oprócz tego mają na głowie jeszcze członków Rady, do której nie mają zaufania. A w Engelsfors dzieje się coś dziwnego… Wybrańcy muszą działać szybko, aby pokonać wroga i dowiedzieć się, kim tak naprawdę są, aby zapobiec apokalipsie. Czy nastolatkom uda się zaakceptować swoje przeznaczenie? Co je tym razem czeka? I jak to się skończy?
Pierwsza część trylogii o Engelsfors mnie nie zachwyciła, spodziewałam się czegoś innego, ale mimo to mi się podobała. Nieraz zmroziła mi krew w żyłach i cały czas trzymała w napięciu. Bardzo chciałam przeczytać drugą część, która intrygowała mnie od dawna, głównie swoją objętością (to porządna cegiełka). Jakie są więc moje uczucia z nią związane?
Już od samego początku „Ogień” bardzo mnie wciągnął. Nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba, ale czytałam go z ogromnym zainteresowaniem. Nie mogłam się oderwać od tej powieści i mimo, że ma dużą ilość stron, przeczytałam ją bardzo szybko.
Podczas lektury książki bardzo zżyłam się z bohaterkami. W pierwszej części mi się to nie udało, niektórych dziewczyn wręcz nie znosiłam, a teraz jestem nawet zdziwiona, że tak je polubiłam. Annę-Karin, do której wcześniej nie pałałam zbyt wielką sympatią, zdołałam zrozumieć i moje nastawienie do niej się zmieniło. Rozdziały poświęcone tej postaci czytałam z większą przyjemnością niż wcześniej, nawet na nie czekałam. Idę, która wcześniej mnie irytowała, teraz bardzo polubiłam. W tej części mogłam ją lepiej poznać i dowiedzieć się, dlaczego jest taka a nie inna. Vanessa przeszła pewną zmianę. Zrozumiała swoje błędy, zaczęła naprawiać życie i stała się silną kobietą. Jest to jedna z moich ulubionych bohaterek, choć tak naprawdę wszystkie pokochałam. „Ogień” przybliża ich cechy charakteru, sytuacje w rodzinie i przeszłość, dzięki czemu każdą mogłam lepiej poznać.
Zakończenie niezwykle mnie zasmuciło. Nie spodziewałam się, że wzbudzi we mnie tyle uczuć. Wzruszyłam się i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Myślałam, że jeszcze uda się wszystko cofnąć. Długo rozmyślałam nad tym zakończeniem i teraz obawiam się finału trylogii, ponieważ wiem, że może nie skończyć się tak dobrze, jak mam nadzieję.
Sara B. Elfgren i Mats Strandberg wykonali kawał dobrej roboty. Napisali razem prawie 700-stronnicową powieść i widać, że jest ona niezwykle dopracowana. Nie mogę się poskarżyć na ich styl pisania czy to, że się nie zgrali, bo jest wręcz przeciwnie. Ma się wrażenie, że książkę napisała jedna osoba. Nie widać różnicy ich stylów.
Za to mogę ponarzekać na korektę, ponieważ to zapewne jej wina, że w „Ogniu” są błędy. I to nie tylko stylistyczne, interpunkcyjne czy literówki – bardzo często są mylone imiona bohaterek. Przykładowo, jest mowa o Annie-Karin, ale jest napisane imię Vanessy, choć to nie o nią chodzi. Gdybym policzyła, ile razy coś takiego zauważyłam, wyszłoby tego sporo.
Podsumowując, „Ogień” to świetna kontynuacja „Kręgu”. Powieść w żadnym stopniu mnie nie zawiodła, podobała mi się bardziej niż pierwsza część i zżyłam się z bohaterkami. Jestem ciekawa, co się wydarzy w ostatnim tomie, ale też się go trochę boję. Nie chcę kończyć przygody z Engelsfors. Serdecznie polecam tę książkę, wzbudza ona dużo emocji i pełno w niej magii.
Moja ocena: 8/10

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi nakanapie.pl
http://nakanapie.pl/

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

sobota, 15 marca 2014

"Mroczna toń" Tricia Rayburn

10 komentarzy:

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Mroczna toń
Tytuł oryginału: Dark Water
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2013
Liczba stron: 392

Vanessa Sands wraca do Winter Harbor kolejnego lata, aby zamknąć bolesny rozdział życia i zacząć od nowa. Dlatego jej rodzice postanowili sprzedać ich stary domek, a kupić nową rezydencję tuż nad morzem. Jest to korzystne dla ich córki, której natura syreny coraz bardziej dokucza i potrzebuje częstych kąpieli w słonej wodzie. Zwraca na siebie uwagę coraz większego grona młodych chłopaków czy mężczyzn, co staje się coraz bardziej niebezpieczne. Dodatkowo ma problemy ze swoim ukochanym – Simonem, do którego nie może się zbliżyć z obawy zrobienia mu krzywdy. W Winter Harbor znów robi się coraz niebezpieczniej, a mieszkańcy zaczynają się niepokoić. Co tym razem spotka Vanessę? Czy do miasteczka powróci kiedyś spokój?
Pierwsza część serii o syrenach niezmiernie przypadła mi do gustu. Byłam zafascynowana historią, jaką przedstawiła mi Tricia Rayburn. Jednak z drugim tomem było już nieco gorzej. Okazał się on słabszy od poprzedniego i nieco mnie zawiódł. Pełna wątpliwości i obaw sięgnęłam po trzecią część, o której słyszałam skrajne opinie. Jak wypadła ona w moich oczach?
W „Mrocznej toni” zabrakło mi akcji. Moim zdaniem autorka za dużo uwagi poświęciła miłosnym rozterkom Vanessy, a zaniedbała rozwój wydarzeń. Mało kiedy czułam dreszczyk emocji towarzyszący zaskakującym i przerażającym wydarzeniom. Nie twierdzę, że się nudziłam przy lekturze, bo wcale tak nie było, jednak autorkę stać na więcej i wydawało mi się, że ta część nic nowego, ważnego nie wnosi, miała tylko oficjalnie zamknąć trylogię.
Dużym pozytywem, jednak nie wiem, czy nie tylko dla mnie, okazały się opisy tych wspaniałych nadmorskich miejscowości. Rozmarzyłam się przy czytaniu o wycieczce, jaką urządzili sobie Vanessa i Simon do pobliskiej wsi, przejażdżka wśród pól i łąk, wędrówka po lesie… Jak dla mnie, pani Rayburn doskonale oddała klimat tamtych miejsc i zapragnęłam się w nich znaleźć. Niemal czułam na twarzy powiew słonego wiatru i słyszałam szum morza (a także drzew)…
W recenzji drugiego tomu tak narzekałam na bohaterów. Przy lekturze „Mrocznej toni” nieco zmieniłam o nich zdanie. Vanessa nadal mnie irytowała, ale w znacznie mniejszym stopniu. Zmieniła się na lepsze i po przeczytaniu wszystkich części mogę nawet stwierdzić, że ją lubiłam. Nie bardzo, ale jednak. Paige jest chyba moją ulubioną postacią z trylogii. Okazała się wspaniałą przyjaciółką, o jakiej można pomarzyć. Do Simona zdążyłam się już przyzwyczaić. Nie był już tak nieznośny jak wcześniej i bardzo się z tego powodu cieszę.
Tricia Rayburn wspaniale wykreowała syreny. Wykorzystała trochę mitologię, ale nie zabrakło jej własnych pomysłów. Bardzo mi się spodobały te morskie stworzenia i jestem nimi zafascynowana. Autorka popisała się swoją wyobraźnią i jestem ciekawa, co jeszcze wymyśli w innych swoich dziełach.
„Mroczna toń” jest ciekawą lekturą, nieco lepszą od drugiej części, ale wciąż nie przebija pierwszej. Moim zdaniem „Syrena” była najlepszym tomem trylogii i szkoda, że pisarce nie udało się jej przebić. Powieść polecam, bardzo przyjemnie i szybko się ją czyta i uważam, że to dobre zakończenie przygód Vanessy.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

sobota, 15 lutego 2014

"Namiętność sukuba" Richelle Mead

9 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Namiętność sukuba
Tytuł oryginału: Succubus Heat
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 336

Georgina wpada w przygnębienie, a nawet depresję po zerwaniu z Sethem. Kłóci się ze swoimi przyjaciółmi i szefem, Jeromem. Przespała się nawet ze swoim psychologiem. I zaczęła się spotykać z Dantem. Przy nim przynajmniej nie musi się niczego bać. Nie będzie tak żałowała, gdy on w końcu umrze, nie musi się obawiać o skażenie jego duszy. Ale ma on jedną wadę – nie jest Sethem… Pewnego dnia Georgie przekracza granicę i wkurza swojego przełożonego na tyle, że wysyła ją do znajomego demona na jakiś czas, aby popracowała u niego. I może trochę szpiegowała. Wkrótce Jerome znika w niewyjaśnionych okolicznościach, a jakoś nikt oprócz niej i jej przyjaciół za bardzo się tym nie martwi i nie zamierza go odszukać. Georgina znów jest zdana na siebie. Czy uda jej się uratować Jerome’a? Kto za tym wszystkim stoi?
Po przeczytaniu trzeciej części o sukubie, nie mogłam się doczekać, kiedy sięgnę po kolejną. Zakończenie mnie zszokowało, więc jak najszybciej zabrałam się za czwartą. Richelle Mead jak zwykle mnie nie zawiodła i już chyba nigdy w nią nie zwątpię (i tak mi się to nigdy nie zdarzyło). Teraz za cel postawię sobie przeczytanie wszystkich jej książek.
„Namiętność sukuba” nieco różni się od poprzednich tomów. Mamy tutaj okazję lepiej poznać Piekło, pracowników i zasady panujące w nim. Wcześniej cały czas napływały nowe informacje, jednak tutaj dowiadujemy się więcej, co jest dużym plusem.
W powieści pojawiają się nowi bohaterowie, choćby demony mające władzę, tak jak Jerome, nad danym terytorium. I cały czas walczą o powiększenie go. Cedric i Nanette pojawiali się najczęściej. Czytając nie wiedziałam, co mam o nich myśleć, z jednej strony polubiłam któreś z nich, ale z drugiej cały czas mi się wydawało, że coś ukrywa. Georginę, jak wspominałam w poprzednich recenzjach, uwielbiam. To jedna z tych głównych bohaterek, jakich nie da się nie lubić. Richelle Mead idealnie umie takie tworzyć. Za to Seth zaczął mnie trochę irytować. Oczywiście to nie żadna wada, po prostu byłam na niego wściekła za to, co zrobił. Ale później przebaczyłam mu. Warto też wspomnieć o przyjaciołach Georgie. Bardzo sympatyczna grupka. Każdy odznacza się innymi cechami i to za te zachowania się ich kocha. Tak oryginalnej i szalonej paczki to jeszcze nie widziałam. Jerome także wzbudził moją sympatię, choć nie wiem, czy powinien. Czasem nie zachowywał się zbyt dobrze w stosunku do swoich podwładnych, okłamywał ich i nie zależało mu na nich tak bardzo. Ale mimo wszystko miał w sobie to „coś”.
Tym razem Georginie bezpośrednio nie zagraża niebezpieczeństwo, a w poprzednich częściach właśnie tak było. Tym razem to ona musi kogoś ocalić, a nie ktoś ją. Zależało jej na tym, żeby odnaleźć Jerome’a, kiedy inni nie byli do tego chętni. Wcześniej utrzymywali dobre stosunki, co wiadomo z pierwszej części, jednak z tomu na tom jest coraz gorzej i nie wiem, czy dalej można ich nazywać przyjaciółmi. Mimo wszystko czuła do niego jakąś sympatię, ponieważ była gotowa na wplątanie się w niebezpieczną sprawę szukając go.
Richelle Mead posługuje się bardzo przyjemnym językiem. Jasno wyraża swoje myśli, a w każdym tomie przypomina najważniejsze wydarzenie z poprzednich, aby czytelnik czytając na przykład w dużych odstępach serię, mógł się we wszystkim połapać. Sceny erotyczne opisała subtelnie, a w książce nie pojawiła się ich nazbyt wielka ilość, co mogłoby zniechęcić osoby, które ich nie lubią.
Podsumowując, „Namiętność sukuba” utrzymuje poziom poprzedniej części. Zakończenie znów zwala z nóg, kiedy się przewraca ostatnie kartki, nie można uwierzyć, że powieść tak szybko się skończyła. Serdecznie polecam całą serię osobom, które jeszcze nie miały z nią do czynienia, a czytelników, którzy zatrzymali się przy którymś tomie zachęcam do sięgnięcia po kolejne.
Moja ocena: 10/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II