Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 maja 2014

"Więzień Labiryntu" James Dashner

4 komentarze:

Autor: James Dashner
Tytuł: Więzień Labiryntu
Tytuł oryginału: The Maze Runner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Miejsce i rok wydania: Słupsk 2011
Liczba stron: 424

Thomas budzi się sam w ciemnej windzie, z której nie da się wyjść. Nie wie, co się z nim stało, pamięta tylko swoje imię. Kiedy drzwi się otwierają, wyciąga go gromada nieznanych chłopców mieszkających w Strefie – miejscu otoczonym ogromnymi murami, które tworzą Labirynt. Żaden z mieszkańców nie wie, dlaczego się tu znalazł i wszyscy już od wielu miesięcy próbują znaleźć wyjście. W Labiryncie czai się wiele niebezpieczeństw i skrywa on wiele tajemnic. Kiedy do Strefy przybywa pierwsza dziewczyna, okazuje się, że nic już nie będzie takie jak wcześniej. Streferzy mają coraz mniej czasu i muszą znaleźć wyjście albo umrzeć.
James Dashner mieszka w South Jordan City w stanie Utah z żoną i czwórką dzieci. Napisał wiele fantastycznych serii dla młodzieży. Ogromny sukces przyniosła mu trylogia „Więzień Labiryntu”, którą przetłumaczono na wiele języków. We wrześniu do kin wejdzie ekranizacja pierwszego tomu.
Już od dawna intrygowała mnie ta książka. Uwielbiam wątki labiryntu oraz zagadek nie do rozwiązania. Zawsze trzymają mnie one w napięciu i próbuję sama rozwikłać tajemnice. „Więzień Labiryntu” zbierał coraz więcej pozytywnych opinii i wprost nie mogłam się doczekać lektury. Czy powieść mnie nie rozczarowała?
Tym, co od początku mi przeszkadzało w książce, był język Streferów. Mieli własny slang i nie mogłam się do niego przyzwyczaić. Na początku nie rozumiałam niektórych słów, co mnie bardzo irytowało. Dopiero po stu/stu pięćdziesięciu stronach przywykłam do tego języka i uznałam to za dobry zabieg mający na celu lepsze ukazanie rzeczywistości, w jakiej odgrywa się akcja.
Bohaterowie są zdecydowanie mocną stroną powieści. Pojawiło się w niej mnóstwo przeróżnych chłopców i ani razu nie miałam wrażenia, że wszyscy są do siebie podobni. Jest tu cały wachlarz charakterów i cech, każdy jest inny i nie sposób ich ze sobą pomylić. Jedyna postać dziewczęca okazała się również intrygująca. Ona, Thomas i Minho stali się moimi ulubionymi bohaterami.
Wiele momentów trzymało mnie w napięciu. Czułam się, jakbym sama znalazła się w Strefie i brała udział w wydarzeniach. Bałam się o życie wszystkich postaci i trzymałam kciuki, aby udało im się wyjść z niebezpiecznych sytuacji bez żadnych uszkodzeń czy strat.
Rozczarowało mnie zakończenie. Liczyłam na inne rozwiązanie zagadki. To, które zaserwował nam James Dashner, wydało mi się… nudne. Byłam bardzo zawiedziona, ponieważ takie jest, jak dla mnie, pójściem na łatwiznę. Autor mógł się bardziej postarać i wymyślić coś lepszego, co by mnie zaskoczyło czy wręcz zszokowało.
„Więzień Labiryntu” to bardzo dobra książka, choć nie zachwyciła mnie tak, jak „Igrzyska śmierci”, do których jest porównywana. Jestem ciekawa, jak James Dashner rozwinął swój pomysł w kolejnych częściach i bardzo chętnie się z nimi zapoznam. Swoją powieścią ukazał intrygującą rzeczywistość, swoją wizję przyszłości, która, miejmy nadzieję, nigdy się nie spełni. Serdecznie polecam.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

sobota, 21 grudnia 2013

"World War Z" Max Brooks

11 komentarzy:

Autor: Max Brooks
Tytuł: World War Z
Tytuł oryginału: World War Z
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Miejsce i rok wydania: Poznań 2013
Liczba stron: 544

W Chinach pojawia się pacjent „zero”. Jest on zarażony dziwaczną i przerażającą chorobą, która sprawia, że po śmierci ciało się reanimuje i staje się potworem żądnym ludzkiego mięsa. Poprzez ugryzienie innego człowieka zaraża go tym „wirusem”. Wkrótce coraz więcej ludzi z całego świata zaczyna przemieniać się w krwiożercze zombie, a władze wielu państw ukrywają ten problem przed obywatelami lub go ignorują. Jednak już po kilku miesiącach sprawa dotyczy całego świata. Choroba zawładnęła ludzkością, każdy broni się, jak może, lecz wygląda na to, że z zombie nie da się wygrać. Czy to oznacza koniec świata? Jak mogło do tego dojść? Skąd wzięła się choroba? „World War Z” odpowie Wam na te pytania.
Max Brooks to amerykański pisarz, aktor i autor scenariuszy. Specjalizuje się w gatunku science fiction. W 2003 roku wydał przewodnik „Zombie Survival” opowiadający o tym, jak obronić się przed żywymi trupami. Podobny temat poruszył w „World War Z” wydanej w 2006 roku – w Polsce niedawno wznowiono książkę z nową okładką. Brooks jest synem reżysera i producenta. Sam występował w wielu serialach i brał udział w współtworzeniu filmów animowanych.
Sama nie wiem, czemu sięgnęłam po tę powieść. Może dlatego, że ostatnio sporo o niej słyszałam, ponieważ do kin wszedł film? W każdym razie książka mnie ciekawiła i zbierała dużo, naprawdę dużo pozytywnych opinii. A ja nigdy nie czytałam nic o zombie. Po prostu ten temat mnie zbytnio nie interesował, do niedawna wręcz odpychał i nie czułam potrzeby zapoznania się bliżej z tymi potworami. Jednak postanowiłam dać szansę „World War Z” i przekonać się, co Max Brooks stworzył i co tak zachwyciło innych. Niestety nie dowiedziałam się tego i nie potrafię zrozumieć fenomenu powieści. Gdyby nie to, że ostatnio pojawiło się kilka nowych książek o zombie, które również mnie interesują, nigdy więcej nie sięgnęłabym po tego typu literaturę.
Wypożyczając lekturę z biblioteki, nie wiedziałam jeszcze, w jakiej formie jest ona napisana. Dopiero później, kiedy do niej zajrzałam, zaskoczył mnie fakt, że całość to zbiór wielu wywiadów jednego bohatera z mnóstwem innych postaci z przeróżnych miejsc na Ziemi. Zostały one dobrze przeprowadzone i wydawały się niesamowicie realne. Chwilami zastanawiałam się, czy to oby na pewno zmyślona historia. Wyglądały one niczym z najlepszych reportaży i gazet. Podziwiam autora również za to, że stworzył tylu oryginalnych bohaterów. Każda z osób opowiadających historię była inna, miała swoją przeszłość, cechy charakteru, które dobrze było widać podczas czytania. Nie wiem, czy ja bym umiała wczuć się w tyle postaci.
Niestety książka nie przeraziła mnie tak, jak powinna, nie zmroziła mi krwi w żyłach. Przeszkadzała w tym właśnie forma wywiadów – wydarzenia nie zostały dokładnie opowiedziane. Nie wzbudzały we mnie prawie żadnych emocji, może z zaledwie kilkoma wyjątkami. Do tej pory pamiętam historię niewidomego ogrodnika – ona najbardziej zapadła mi w pamięć i nawet wzruszyła.
Irytujący okazał się także fakt, że powieść nie jest jedną spójną historią, tylko dziesiątkami (setkami?) różnych, które łączy jeden motyw – wojna zombie. Za każdym razem inne miejsce akcji, inni bohaterowie, inne wydarzenie. Co prawda, każdemu Brooks poświęcił odpowiednią ilość stron, ale to nie jest wystarczająco dużo – to tylko streszczenie sytuacji, pominięcie szczegółów.
Podczas czytania okropnie się nudziłam. Często miałam dość lektury, chciałam ją jak najszybciej skończyć. A zajęła mi prawie dwa tygodnie. Nie miałam siły do niej wracać, ale mimo wszystko dawałam jej wiele szans. Miałam nadzieję, że może później będzie lepiej.
Podsumowując, bestseller „Wold War Z” nie podobał mi się. Znalazłam w nim kilka pozytywnych aspektów, ale to za mało jak na moje oczekiwania. Po powieści tego autora już raczej nie sięgnę, ale po literaturę z motywem zombie chętnie. Może inna książka bardziej przypadnie mi do gustu? Mam szczerą nadzieję, że tak. „World War Z” ze swojej strony nie polecam, choć możliwe, że innym może się spodobać.
Moja ocena: 3/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ

niedziela, 8 grudnia 2013

Film: W pierścieniu ognia - Francis Lawrence

14 komentarzy:
Tytuł: Igrzyska śmierci. W pierścieniu ognia
Reżyseria: Francis Lawrence
Produkcja: USA
Premiera światowa: 11 listopada 2013
Czas trwania: 2 godz. 26 min.
Gatunek: akcja, science-fiction


Katniss Everdeen i Peeta Mellark po wygraniu siedemdziesiątych czwartych Głodowych Igrzysk odbywają Tournée Zwycięzców. Odwiedzają każdy z dwunastu Dystryktów, wygłaszają przemowy, udzielają wywiadów, a na koniec udają się na przyjęcie do pałacu prezydenckiego. Każde z wystąpień budzi w dziewczynie przerażenie, ponieważ obywatele Panem uważają ich wybryk na arenie za początek buntu i rewolucji. Budzą się w nich nadzieje na obalenie Kapitolu i władz. Ich uwagę odwraca trzecie Ćwiećwiecze Poskromienia - jubileuszowe 75. Głodowe Igrzyska, na których panują specjalne zasady. W tym roku trybuci zostaną wylosowani z puli dotychczasowych zwycięzców. Co oznacza, że Katniss powraca na arenę...
Na wakacjach przeczytałam drugą część "Igrzysk śmierci" - "W pierścieniu ognia". Powieść mnie zachwyciła i długo nie mogłam przestać o niej myśleć. Ekranizacja pierwszego tomu nie zachwyciła mnie, choć film podobał mi się. Liczyłam na więcej. Jednak do drugiej części byłam nastawiona bardzo entuzjastycznie, przeczuwałam, że to będzie coś innego, zważywszy na to, iż filmem zajął się nowy reżyser. Im bliżej daty, kiedy miałam iść do kina, tym bardziej byłam podekscytowana. I w końcu nadszedł upragniony dzień. Żałuję, że już przeminął.
Wszystko zostało przedstawione dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam, czytając książkę. Finnick, Johanna, arena, biczowanie Gale'a, arena, zakończenie, arena, wywiady dzień przed Igrzyskami i jeszcze raz ARENA! Byłam w ogromnym szoku, kiedy to wszystko zobaczyłam. Okazało się to tak realne, że film zapisał się u mnie we wspomnieniach, jakbym sama uczestniczyła w wydarzeniach, walczyła razem z Katniss i Peetą.
Ekranizacja była bardzo zgodna z książką, co się nieczęsto zdarza. Wszystkie najważniejsze sceny znalazły się w filmie i doskonale je przedstawiono. Jednak jednej rzeczy mi zabrakło, a bardzo chciałam ją zobaczyć. A mianowicie zegarka Heavensbee'ego. To mały element, ale dla mnie ważny. Mimo wszystko rozumiem, że nie dało się wszystkiego umieścić, film i tak trwał dość długo (choć dla mnie mógłby być dłuższy!).
Wiele razy bardzo się wzruszyłam. Smutne było wystąpienie Katniss i Peety w Jedenastym Dystrykcie. Kiedy pokazano twarz Rue i jej rodzinę, niemal się rozpłakałam. A kiedy zabijano tego staruszka, cała się trzęsłam z przerażenia. Co z tego, że znałam tę scenę ze zwiastunów. Najbardziej wzruszył mnie moment, kiedy podczas wywiadów wszyscy zwycięzcy trzymali się za ręce, pokazali, że są razem. Przepiękna chwila. Wtedy łzy stanęły mi w oczach i pewnie gdybym była sama, zaczęłabym płakać.
Aktorzy mistrzowsko odegrali swoje role. Nawet lepiej, niż w poprzedniej części. Jennifer Lawrence jest bezbłędna i dla mnie ona ma w sobie Katniss. Po prostu nią jest i koniec. Czuję, że odniesie jeszcze wiele sukcesów, a ja chętnie obejrzę ją w każdym filmie. Już się nie mogę doczekać "Poradnika pozytywnego myślenia", za który dostała Oscara. Josh Hucherson również wspaniale sobie poradził jako Peeta. W pierwszej części średnio mi pasował do tej roli, jednak teraz uważam, że jest idealny. I w tej ekranizacji wyglądał przystojniej. A Liamowi Hemsworth'owi również niczego nie brakuje. Doskonały Gale. Świetnie się wczuł w swoją rolę.
 Ścieżka dźwiękowa bardzo przypadła mi do gustu. Pasuje do ekranizacji i oddaje jej klimat. Najbardziej zapadła mi w pamięci piosenka "Atlas" Coldplay z napisów końcowych. Jak ja uwielbiam muzykę filmową! Dzięki niej mogę wspominać cudowne chwile.
"W pierścieniu ognia" mogę określić jako najlepszy film tego roku - dla mnie. Idealnie odzwierciedlił rewelacyjną książkę. Nie potrafię znaleźć w nim wad. To genialna ekranizacja. Do tej pory silnie przeżywam te wszystkie emocje towarzyszące oglądaniu. Czuję, jakbym sama brała udział w Głodowych Igrzyskach. I chcę jeszcze. Nie mogę się doczekać "Kosogłosa", który został podzielony na dwie części, co mnie bardzo cieszy. Nie będę musiała się tak szybko rozstawać z Katniss.
Moja ocena: 10/10

wtorek, 27 sierpnia 2013

"Przez burze ognia" Veronica Rossi

9 komentarzy:

Autor: Veronica Rossi
Tytuł: Przez burze ognia
Tytuł oryginału: Under the Never Sky
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 368

Świat został podzielony. Część ludzi mieszka pod szczelną kopułą, z której nie da się wyjść. Tam nikt nie wie, co to ból, nikt nie choruje, można żyć setki lat. Ograniczoną przestrzeń rekompensują Sfery, które są tylko wizualizacją, lecz poprzez rozwiniętą technologię wydają się lepsze niż rzeczywistość. Druga grupa ludzi, to ci mieszkający na zewnątrz. Połączyli się w plemiona, usiłują przeżyć burze eterowe i nie umrzeć z głodu. DNA części tych osób uległo mutacji, co wyostrzyło ich zmysły. Jedni świetnie widzą z daleka, inni słyszą każdy szmer w promieniu kilku kilometrów, albo czują emocje otaczających ich ludzi. Są narażeni także na ataki ze strony kanibali.
Aria należy do tej pierwszej grupy. Żyje w Reverie, pod kopułą i do tej pory prowadziła dość beztroskie życie. Jednak wszystko się zmienia, kiedy z przyjaciółmi udaje się do zakazanej części Reverie. Rozpalają tam ogień, który zaczyna się rozprzestrzeniać. Część nastolatków nie wyszła z tego żywa. Na Arię zostaje zrzucona cała wina i zostaje wygnana. Nie wie, jak uda jej się przeżyć poza kopułą, jej bezpiecznym małym światem.
Natomiast Perry mieszka na zewnątrz. Jego brat jest Wodzem Krwi plemienia Fal. Chętnie zastąpiłby go i sam zaczął przewodzić ludziom, lecz nie może walczyć z Vale’em ze względu na swojego bratanka, Talona. Pewnego dnia zostaje on porwany, a Perry za wszelką cenę chce go odzyskać. Wtedy drogi jego i Arii się krzyżują…
Veronica Rossi jest autorką postapokaliptycznych książek dla młodzieży. Zadebiutowała powieścią „Przez burze ognia”, która otwiera trylogię. Odniosła nią ogromny sukces. Mieszka w północnej Kalifornii z mężem i dwoma synami. Oprócz pisania lubi czytać i malować.
Już od premiery bardzo chciałam zapoznać się z książką „Przez burze ognia”. Przeczytałam wtedy mnóstwo pozytywnych recenzji na jej temat, więc oczekiwałam świetnej lektury. Czy ją otrzymałam?
Bardzo spodobało mi się wiele pomysłów autorki. Stworzyła w swojej powieści zupełnie nowy i oryginalny świat. Intrygujące były Wizjery, które nosili Osadnicy. To coś jak przezroczysty komputer nakładany na oko. Dzięki nim mogli się znaleźć w Sferach, napisać do kogoś wiadomość, nagrać coś, sprawdzić godzinę itd. Bardzo interesujące urządzenie. Podobnie jest ze Sferami. Na początku miałam trudności ze zrozumieniem, czym one dokładnie są. Autorka nie od razu to wyjaśniła, choć moim zdaniem powinna, ponieważ zdążyłam się trochę pogubić.
Została zastosowana narracja trzecioosobowa, ale uważam, że tutaj bardziej sprawdziłaby się pierwszoosobowa. Jednak autorka i tak świetnie oddała emocje bohaterów. Raz historia była opowiadana z perspektywy Arii, a raz Perry’ego, dzięki czemu czytelnik może dowiedzieć się więcej o obu bohaterach.
Postacie zostały bardzo dobrze wykreowane. Pani Rossi poświęciła uwagę także drugoplanowym bohaterom i to dobrze widać. Nawet oni mieli swoje tajemnice, które czytelnik chce jak najszybciej odkryć. Ale przejdźmy teraz do tych najważniejszych osób. Arię szybko polubiłam. Nawet nie potrafię tego wyjaśnić, nie wyróżniała się za bardzo spośród innych, ale miała w sobie to „coś”. Na początku trochę kojarzyła mi się z Arią z PLL, ale sądzę że nie tylko mi. Perry także okazał się ciekawą postacią. Ukrywał przed wszystkimi swoje uczucia, choć sam znał emocje innych. Na początku nie lubił Arii, była dla niego uciążliwa, ale później… Pewnie sami już się domyślacie. Spodobało mi się jego oddanie Talonowi. Chciał za wszelką cenę go uratować, obwiniał się o jego porwanie.
Veronica Rossi posługuje się przyjemnym, młodzieżowym językiem, dzięki któremu powieść bardzo szybko się czyta. Jak na debiut jest dobrze, ale mam nadzieję, że w następnej części będzie jeszcze lepiej.
Wątek miłosny jest przewidywalny. Oczywiste było, że Aria i Perry się w sobie zakochają, nie muszę nawet tego przed wami ukrywać. Ale bohaterowie od razu nie padli sobie w ramiona, uczucie rozwinęło się z czasem. Na początku nawet się nie lubili, ale musieli trzymać się razem, żeby sobie pomóc.
Moce, czy umiejętności postaci (nie wiem jak to inaczej nazwać) zaintrygowały mnie. Choć na początku nie za bardzo je rozumiałam, to im dalej czytałam, tym więcej się wyjaśniało. Ciekawe było to, że Perry miał tak czuły węch, że wyczuwał emocje innych. Smutek czy radość, kłamstwo czy prawda. Interesujący dar, jednak czasem uciążliwy.
Podsumowując, „Przez burze ognia” to świetna powieść. Przedstawia ciekawą wizję przyszłości i interesujące nowe urządzenia. Zastanawiam się, jak doszło do takiego podzielenia ludzkości i mam nadzieję, że Veronica Rossi wyjaśni to w kolejnej części. Spodziewałam się po książce czegoś naprawdę niezwykłego, ale w tym się trochę zawiodłam. Mimo wszystko jest to warta uwagi powieść.
Moja ocena: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

wtorek, 13 sierpnia 2013

Przedpremierowo: "Piąta fala" Rick Yancey

12 komentarzy:

PREMIERA 14 SIERPNIA
Autor: Rick Yancey
Tytuł: Piąta fala
Tytuł oryginału: The 5th Wave
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 508

Statek przybyszów z innej planety pojawił się niedaleko Ziemi. Przez dziesięć dni nic się nie działo. Nie próbowali się porozumieć z ludźmi, nie dawali żadnych znaków. Jednak dziesiątego dnia o godzinie jedenastej pojawiła się pierwsza fala, która miała doprowadzić do zagłady ludzkości. A za nią druga, trzecia i czwarta… Przeżyli tylko nieliczni ludzie, którzy stracili rodziny i wszystkie bliskie osoby, mogą liczyć jedynie na siebie. Oczekują nadejścia piątej fali i usiłują przetrwać kolejny dzień… Chyba nie tak wyobrażaliście sobie przybycie kosmitów na naszą planetę, prawda? Hm, ci ludzie także nie.
Jedną z ocalałych jest Cassie. Jej rodzice nie żyją, a ona usiłuje dotrzymać obietnicy złożonej bratu, choć nie wie, czy on jeszcze nie umarł. Pozostają jej tylko nadzieje. Sammy to jedyna osoba, o którą warto jeszcze walczyć. Dziewczyna wyrusza w podróż, choć nie zna dokładnie jej celu. A mogłoby się gdzieś ukryć, siedzieć cicho i liczyć na to, że Przybysze jej nie znajdą…
Co tak naprawdę dzieje się na Ziemi? Czego chcą obcy? Czy to już koniec świata, jaki wszyscy znaliśmy? Bohaterowie starają się odnaleźć odpowiedzi na te pytania.
Rick Yancey to amerykański pisarz i krytyk. Spod jego pióra zostało wydanych już kilkanaście książek, które zostały opublikowane w wielu krajach. W Polsce została wydana już jego seria dla młodzieży o Alfredzie Kroppie. 14 sierpnia, czyli już jutro, w naszym kraju ukaże się jego najnowsza powieść, pierwsza z gatunku science-fiction, „Piąta fala”. Prawa do ekranizacji zostały już wykupione przez GK Films i Sony Pictures.
Nie przepadam za science-fiction. Nigdy nie interesowali mnie kosmici, podróże w statkach kosmicznych, czy najazdy na Ziemię. Zwykle nie zbliżałam się do takich książek lub filmów, unikałam ich jak ognia. Jednak kiedy przeczytałam fragment „Piątej fali”… Przepadłam. Zakochałam się w powieści znając zaledwie kilkadziesiąt stron i nie mogłam się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie cała książka. A całość okazała się jeszcze lepsza, wręcz fenomenalna. Teraz już będę chętniej sięgać po lektury z tego gatunku!
„Piątą falę” czyta się błyskawicznie. Nie można się od niej oderwać, tak wciąga, a kiedy choć na chwilę się ją odłoży, opanowuje myśli czytelnika. Cały czas zastanawiałam się, jaki cel mają Przybysze, czy bohaterom uda się przetrwać. W niektórych momentach robiło się bardzo niebezpiecznie, bałam się o życie postaci, trzymałam kciuki, aby im się udało.
A jeśli już mowa o bohaterach… Zostali znakomicie wykreowani. Cassie polubiłam już od pierwszych stron. Straciła prawie całą rodzinę, sama może w każdym momencie zginąć, ale ryzykuje swój żywot, aby dotrzymać obietnicy. Chce odnaleźć swojego brata i właśnie to mnie tak wzruszyło. Cały czas o nim myślała i nawet w najtrudniejszych sytuacjach się nie poddawała. Bardzo go kochała i to widać na pierwszy rzut oka. Urocze było także zauroczenie Cassie chłopakiem ze szkoły. On jej zapewne nie znał, a o jej fascynacji wiedziało dużo osób. Kiedy ukrywała się przed Przybyszami i walczyła o przetrwanie, miała gdzieś przy sobie jego zdjęcie – jedną z niewielu rzeczy, które przypominały jej o dawnym życiu. Pięcioletni Sammy to wbrew pozorom odważny i silny chłopiec. Pocieszał inną samotną dziewczynkę, starał się jej pomóc. Cały czas tęsknił za siostrą, wszędzie jej wypatrywał i miał nadzieję, że Cassie wróci po niego. Zauważyłam błąd w jego postaci. Ma około pięć lat, ale moim zdaniem zachowuje się jak siedmiolatek. Mój brat jest w tym samym wieku, co Sammy, więc wiem, o czym mówię. Jednak nie uważam tego za jakiś ogromny minus, to po prostu małe potknięcie, czasem ciężko oddać w powieści rzeczywiste zachowanie dziecka. Ciekawa jest także postać Zombie (nie, nie jest to potwór, który zjada ludziom mózgi, tak siebie nazwał bohater). Zaopiekował się on Samem i także złożył mu obietnicę, którą chciał dotrzymać. Niestety, od razu domyśliłam się, kim on jest, a to pewnie miało być dla czytelnika zaskoczeniem.
Poza tożsamością Zombie niczego nie przewidziałam. Niektóre fakty mnie wręcz zszokowały. Kiedy już myślałam, że wiem, co jest tytułową piątą falą, okazywało się, że wcale nie byłam bliska prawdy.
Zakończenie jest niesamowite. Nie mogę uwierzyć, że skończyło się w takim momencie. Chcę jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Napisy na okładce nie kłamią – jest to jedna z najlepszych fantastycznych książek tego roku.
Wątek miłosny okazał się w „Piątej fali” bardzo przyjemnym dodatkiem. Nie wychodzi na pierwszy plan i jest dość delikatny. Zaczął się już rozwijać, ale nie za bardzo. Autor znał umiar.
Rick Yancey ma wspaniały styl pisarski. Pisze ciekawie, intryguje czytelnika i wciąga w swoją opowieść. Posługuje się bogatym słownictwem i prezentuje znakomite opisy. Mam ogromną nadzieję, że stworzy coś jeszcze z tego gatunku, ponieważ idzie mu naprawdę dobrze.
„Piąta fala” to cudowna powieść. Nieraz się przy niej wzruszyłam, bohaterowie musieli dużo wycierpieć. I przekonałam się do gatunku science-fiction, odkryłam, że można się świetnie bawić czytając tego typu lektury. Serdecznie polecam „Piątą falę” dla każdego, może ktoś tak jak ja, polubi ten gatunek? Warto, naprawdę warto. Ja będę niecierpliwie czekać na kolejne tomy i ekranizację.
Moja ocena: 9/10
Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

piątek, 2 sierpnia 2013

"Zieleń Szmaragdu" Kerstin Gier

12 komentarzy:

Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Zieleń Szmaragdu
Tytuł oryginału: Smaragdgrün
Wydawnictwo: Egmont
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 456

Gwendolyn ma złamane serce. Nie jest w stanie nawet poszukiwać przedmiotu, który ukrył kilka lat temu w domu jej dziadek. Całymi wieczorami gada z najlepszą przyjaciółką przez telefon i obgaduje Gideona. Nie może sobie jednak pozwolić na zbyt długie rozpaczanie, ponieważ podróży w czasie nie można odwlekać. Musi razem z tym nieszczęsnym chłopakiem wykonać misję i wczytać do chronografu krew wszystkich podróżników. Dodatkowo czeka ją kilka spotkań z hrabim de Saint Germain, który ją przeraża. Jaki finał będzie miała historia Gwen? Co ukrywa hrabia? Robi się coraz niebezpieczniej…
Jakiś czas temu przeczytałam drugą część „Trylogii czasu”, która mnie zachwyciła. Pełno nierozwiązanych zagadek i tajemnic, dziwnie zachowujący się Strażnicy oraz niebezpieczny hrabia de Saint Germain. Nie mogłam się doczekać, kiedy się dowiem, co się stanie po wczytaniu krwi wszystkich podróżników w czasie. Od pierwszej części mnie to intrygowało i sama idea chronografu mnie zafascynowała.
Bardzo się cieszę, że miałam możliwość przeczytania „Zieleni Szmaragdu”. Powieść okazała się niesamowita. Po lekturze drugiego tomu nieco się obawiałam, że autorka nie zdąży wszystkiego wyjaśnić w książce, ponieważ tajemnic była niezliczona ilość. Jednak już od początku wszystko powoli zaczynało się rozwiązywać. Historia Gwen, przes
złość dziadka, tajemnice hrabiego, zagadka chronografu oraz Lucy i Paula. Odpowiedzi na wszystkie pytania gnębiące czytelnika zostały doskonale rozłożone w fabule tak, aby nikt nie nudził się podczas lektury.
Trudno nie lubić bohaterów książki. Są przesympatyczni i przeżywanie przygód wraz z nimi jest wspaniałym uczuciem. Gwen chyba nigdy nie zapomnę. Pokochałam ją od pierwszych stron. Uwielbiałam czytać, jak pakuje się w kolejne kłopoty. Niektóre jej pomysły były bardzo zabawne, a ona sama nieraz wykazywała się inteligencją. Bardzo ciekawą istotą był także Xemerius, demon, który nieraz pomagał Gwendolyn. Jego teksty były świetne, nieraz śmiałam się tak, że łzy leciały mi z oczu. Gideon, choć na początku tej części zraziłam się do niego (jak można tak postąpić?!), później znów wrócił do moich łask, zdobył moje serce. To także jeden z moich ulubionych bohaterów i sądzę, że na długo pozostanie w mojej pamięci.
Książka bardzo wciąga. Chociaż „bardzo” to za mało powiedziane… „Zieleń Szmaragdu” strasznie niesamowicie wciąga do swojego świata tak, że się nie da go opuścić. Przeczytałam tę powieść w jeden dzień, a czasem krótsze lektury czytam dłużej. Moje oczy na tym ucierpiały, ale warto było.
Okładki trylogii są nieziemsko piękne. Warto je kupić choćby dlatego, że doskonale prezentują się na półce. Żałuję, że nie mam własnych egzemplarzy. Aż ciężko oddać do biblioteki… Czcionka w środku jest idealnie dobrana, wystarczająco duża i przyjemna dla oka.
Tak jak już wcześniej wspominałam, bardzo mnie zaintrygowała sprawa chronografu. Określenie „wtedy objawi się tajemnica” wprost doprowadzało mnie do szału, chciałam koniecznie się dowiedzieć, co się stanie, kiedy wczyta się krew wszystkich podróżników. Odpowiedź na to pytanie była zaskakująca, choć od początku trzeciej części to podejrzewałam przez pewne dokumenty, które są przedstawiane przed każdym rozdziałem. Mimo wszystko wyszło na jaw mnóstwo szokujących faktów, o których czytelnik wcześniej nie miał pojęcia.
„Zieleń Szmaragdu” ani trochę mnie nie zawiodła. To doskonałe zwieńczenie trylogii, lepszego już chyba nie mogło być. Chciałabym się dowiedzieć, jak dalej się potoczy historia Gwen. Będzie mi bardzo brakowało wszystkich bohaterów i podróży w czasie, który zostały przedstawione w interesujący sposób. Jeżeli jeszcze nie czytałeś „Trylogii czasu”, to natychmiast biegnij do księgarni po wszystkie tomy, gwarantuję, że się nie zawiedziesz. Tej serii nie można nie pokochać i chętnie się będzie do niej wracało.
Moja ocena: 10/10

niedziela, 12 maja 2013

Film: Intruz - Andew Niccol

7 komentarzy:
Tytuł: Intruz
Reżyseria: Andrew Niccol
Produkcja: USA
Premiera światowa: 22 marca 2013
Czas trwania: 2 godz. 5 min.
Gatunek: Science-fiction, romans


Przyszłość. Na ziemię przylecieli przybysze z innej planety, Dusze. Umieszcza się je w ciałach ludzi, którzy są dla nich żywicielami. Każdy człowiek powinien przyjąć Duszę do swojego ciała, lecz są ci, którzy się buntują. Łowcy starają się ich wytropić, uważają, że to dla ich dobra.
Melanie Stryder należy do grupy buntowników. Pewnego dnia schwytano ją. Próbowała uciekać i prawie straciła przez to życie. W jej ciało wszczepiono doświadczoną Duszę, Wagabundę, która odwiedziła już siedem planet. Ma ona przeszukać umysł Melanie i dowiedzieć się, gdzie znajduje się kryjówka rebeliantów. Jednak jej żywicielka stawia opór, chce odszukać swego ukochanego, Jareda, oraz brata, jedyne najbliższe jej osoby. Wagabunda i Melanie zawierają pewien układ i razem uciekają z rąk Łowców na pustynię...
Jeszcze parę miesięcy temu nie tknęłabym książki ani filmu, pomimo pozytywnych opinii. Jednak po przeczytaniu jednej z recenzji, w końcu poczułam się zachęcona do przeczytania "Intruza" na tyle, że planowałam go kupić. Niedawno dowiedziałam się o filmie i po obejrzeniu zwiastuna byłam wprost oczarowana! Wyliczałam dni do premiery i parę dni po niej poszłam do kina. Postanowiłam, że jeżeli ekranizacja mi się spodoba, wtedy przeczytam powieść. I wiecie co? Już zbieram pieniądze na egzemplarz z filmową okładką.
Pierwszym, co mnie bardzo zaskoczyło, było przedstawienie Dusz, obcych z innej planety. To malutkie, świecące, srebrzyste istotki z mnóstwem czułków, bardzo delikatne, przypominające robaczka. Bardzo mi się podobał ich wygląd, wyglądały całkiem przyjaźnie. Nie były to stereotypowe zielone stwory, wyglądem nieco przypominające człowieka. Dusze okazały się spokojne i łagodne, dzięki nim był pokój na świecie. Niestety nie miały emocji. Szczególnie ciekawa była Wagabunda, zwana zdrobniale Wanda. Dzięki Melanie nauczyła się kochać, współczuć i żyć w zgodzie z ludźmi. To naprawdę wspaniała postać.
Muszę też wspomnieć o wątku miłosnym. Może się wydawać, że mamy tu do czynienia z trójkątem miłosnym, jednak wcale tak nie jest. Melanie od początku jest pewna swoich uczuć i nie waha się między jednym chłopakiem a drugim. Problemem dla niej okazała się Wanda, która także zaczęła coś czuć do pewnego mężczyzny. Wszystko się pokomplikowało, gdyż nie mogła z nim być, żyjąc w ciele Melanie. Jest to coś zupełnie nowego, co uważam za ogromny plus.
 Muszę się przyznać, że aktorów, którzy grali główne role nie znałam. Z Saoirse Ronan wcielającą się w Melanie po raz pierwszy oglądałam film. Dobrze sobie poradziła w "Intruzie", świetnie odzwierciedlała emocje bohaterki, a nie miała zbyt łatwego zadania. W końcu w jej ciele miały siedzieć dwie osoby - Melanie oraz Wagabunda. Jareda zagrał Max Irons, którego także nie znałam, ale muszę przyznać, że jest przystojny. Zamierzam obejrzeć "Dziewczynę w czerwonej pelerynie", w której występował. Jake Abel, który zagrał Iana wygląda mi znajomo, ale raczej nie widziałam go w żadnym filmie. Występował w ekranizacjach takich jak "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy" czy "Jestem numerem cztery". Oba te filmy mam w planach. Uważam, że aktorzy zostali dobrze dobrani, jednak nie mogę stwierdzić, czy ich wygląd jest zgodny z książką, ponieważ jej nie czytałam.
Chcę jeszcze wspomnieć o ścieżce dźwiękowej z "Intruza". Sądzę, że jest świetna i pasuje do danych scen. Szczególnie zapadła mi w pamięci jedna piosenka, a mianowicie "Radioactive" Imagine Dragons. Usłyszałam ją już po filmie, podczas napisów, kiedy wychodziłam z sali kinowej. Ogólnie nie lubię takiej muzyki, lecz ta piosenka jest znośna i ostatnio słucham jej nałogowo, ponieważ bardzo kojarzy mi się z filmem, podczas słuchania wspominam tę wspaniałą ekranizację.
Moim zdaniem "Intruz" to niesamowity film i długo go nie zapomnę. Wzbudził we mnie mnóstwo emocji i przeżywałam go jeszcze parę godzin po obejrzeniu. Na ogół nie oglądam ekranizacji o tym, jak przybysze z innej planety atakują Ziemię itd., ale okazało się, że "Intruz" to coś zupełnie innego. To też opowieść o miłości, poświęceniu i chęci ratowania drugiego człowieka.
Moja ocena: 10/10

piątek, 26 kwietnia 2013

"Błękit Szafiru" Kerstin Gier

10 komentarzy:

Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Błękit Szafiru
Tytuł oryginału: Saphirblau
Wydawnictwo: Egmont
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 364

Świat Gwen w ciągu paru dni obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Dziewczyna dowiaduje się, że ma gen podróży w czasie, choć wcześniej wszyscy sądzili, że posiada go jej kuzynka, Charlotta. Była przygotowywana do swojej misji już od dzieciństwa, a kiedy przyszła odpowiednia pora… Wszyscy odkryli sekret matki Gwendolyn, zamianę daty urodzenia córki. W ciągu kilku dni nastolatka musi się nauczyć podstawowych zasad, tańców, zachowań, aby w miarę przystępnie wypaść przed hrabią de Saint Germain oraz ważniejszym towarzystwem podczas jednej z podróży w czasie. Jednak Gwen boi się hrabiego i jako jedyna podejrzewa go o złe zamiary. Czy ma rację? I jak sobie poradzi z uczuciem do Gideona?
Kerstin Gier jest jedną z najlepiej sprzedających się niemieckich autorek. Studiowała edukację biznesową i psychologię komunikacji, pracowała w różnych miejscach, aby w końcu w 1995 roku zacząć pisać powieści dla kobiet. Sławę przyniosła jej „Trylogia Czasu”, na którą składa się „Czerwień Rubinu”, „Błękit Szafiru” oraz „Zieleń Szmaragdu”. Jakiś czas temu w Polsce została wydana także inna książka Gier – „Z deszczu pod rynnę”.
Pierwszy tom tej trylogii, „Czerwień Rubinu”, czytałam ponad rok temu. Dopiero niedawno dostałam w swoje ręce kolejną część. Długo czekałam na ten dzień. Na szczęście w końcu nadszedł. Lepiej późno niż wcale, prawda? Pamiętam, że pierwsza część bardzo mi się podobała. Była to moja pierwsza książka o podróżach w czasie i od tamtej pory za
częłam czytać ich więcej.
Powieść porywa do swojego świata już od pierwszych stron. Nie można się od niej oderwać, trzeba czytać dopóki nie zrobi się nieprzyzwoicie późno i nie będzie się już rozumiało zdań wypisanych na kartkach. Chce się koniecznie odkryć wszystkie sekrety, poznać wszystkie tajemnice.
Niestety w tym tomie prawie nic się nie wyjaśniło. Tytuł wskazywał na to, że czytelnik dowie się czegoś więcej o Lucy, lecz tak nie było. Trochę się na tym zawiodłam, gdyż cały czas dochodzą nowe zagadki, a odpowiedzi na nurtujące pytania wciąż brak. Jednak to oznacza, że „Zieleń Szmaragdu” dostarczy tyle emocji, ile żadna z poprzednich części nie dostarczyła. Mam nadzieję, że zaspokoi ciekawość czytelnika, gdyż będzie to już ostatni tom.
Większości bohaterów nie da się nie lubić. Szczególnie Gwen. Przesympatyczna bohaterka, do której pałałam sympatią już od pierwszych stron. Jest inteligentna i zabawna. Wszyscy wokół jej nie ufają i nie zdradzają jej szczegółów misji, którą ONA ma wypełnić, jednak Gwendolyn działa na własną rękę i dowiaduje się czasem więcej, niżby chciała. Jej przyjaciółka, Leslie, często doprowadzała mnie do niepohamowanego śmiechu. Jest bardzo sprytna, pomagała we wszelkich poszukiwaniach dla Gwendolyn, lecz umiała ją także pocieszyć i wysłuchać. Muszę jeszcze wspomnieć o Gideonie. W „Błękicie Szafiru” mam co do niego mieszane uczucia. W jednej chwili go uwielbiałam, a w drugiej okropnie mnie irytował i momentalnie sympatia przeradzała się w nienawiść. I jest jeszcze demon Xemerius, bez którego ta powieść straciłaby swój blask, stałaby się pusta. Za każdym razem, kiedy nadchodził, uśmiech witał na mojej twarzy. On był często przyczyną moich nagłych wybuchów śmiechu.
Muszę jeszcze wspomnieć o oprawie graficznej, która jest cudowna. Widać, że się postarano, aby zadowolić każdego czytelnika. Okładki są piękne, wprost nieziemskie! Przyciągają wzrok, jest na co popatrzeć. Oby więcej takich okładek. Żałuję, że nie mam własnego egzemplarza książki, ładnie by wyglądał na półce.
„Błękit Szafiru” jest godną uwagi powieścią. Trylogia jest obowiązkową lekturą dla tych, którzy chcą zacząć swoją przygodę z podróżami w czasie. Jak się zaczyna czytać, przepada się bez reszty. Nie mogę się doczekać, kiedy zapoznam się z „Zielenią Szmaragdu”. Ten, kto jeszcze nie czytał „Trylogii Czasu”, niech natychmiast to zrobi. Jestem pewna, że się nie zawiedzie.
Moja ocena: 9/10

piątek, 12 kwietnia 2013

"Burza" Julie Cross

11 komentarzy:

Autor: Julie Cross
Tytuł: Burza
Tytuł oryginału: Tempest
Wydawnictwo: Bukowy Las
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2012
Liczba stron: 416

Jackson Meyer potrafi podróżować w czasie. Nie wie dlaczego i czy jest jedyną taką osobą. Jego wsparciem jest najlepszy przyjaciel, Adam, który wie o jego umiejętnościach i pomaga mu to zrozumieć. Jego sposoby wydają się dla Jacksona dziwne, ale wiele razem odkryli. Pewnego dnia, kiedy jest ze swoją dziewczyną Holly, napadają ich nieznajomi mężczyźni. Holly została postrzelona i nie wiadomo czy żyje. Jackson w ataku paniki cofa się w przeszłość, ale ten skok wydaje się zupełnie inny. I nie może powrócić do swojego czasu, aby uratować ukochaną… Okazuje się, że musi odkryć jeszcze wiele mrocznych tajemnic dotyczących swojej przeszłości, co może być niebezpieczne.
Julie Cross mieszka wraz z mężem i trójką dzieci w stanie Illinois. Jej debiutem jest „Burza”, której druga część miała zostać wydana w USA w styczniu, a dokładnie piętnastego, więc już prawdopodobnie jest (nosi tytuł „Vortex”). Producent filmów „Zmierzch” oraz „Igrzyska śmierci” kupił prawa do ekranizacji powieści.
Jakiś czas temu na blogach z recenzjami książek było dość głośno o „Burzy”, a ja zachęcona pozytywnymi recenzjami postanowiłam ją przeczytać. Jednak zanim mi się to udało, minęło sporo czasu, bo kilka miesięcy. Może nikt już nie pamięta o tej powieści, ale ja czekałam na okazję i w końcu się nadarzyła któregoś razu w bibliotece. Od samego początku byłam zaintrygowana, dlatego szybko wzięłam się za czytanie.
Na początku wspomnę o jedynej rzeczy, która mnie zawiodła i mam nadzieję, że autorka poprawi się w kolejnych tomach. Chodzi mi o brak bardziej szczegółowych opisów. Do tej pory nie potrafię sobie wyobrazić Jacksona, jego obraz w mojej głowie jest rozmyty. O Holly wiem jedynie, że miała blond włosy. Nie tyczy się to zarysu charakterów, bo z tym było o wiele lepiej.
Wątek miłosny Jacksona i Holly nie był przesłodzony i choć wysuwał się na pierwszy plan, nie przeszkadzało mi to. Na samym początku irytowało mnie to, że główny bohater nie był pewien swoich uczuć pod wpływem tego, co mówili inni. Skoro do tej pory uważał, że kocha swoją dziewczynę, to nie może się to tak nagle zmienić. I zanim to zrozumiał minęło pół książki. Bardzo lubiłam chwile, które razem spędzali, rozmowy, które przeprowadzili. To dzięki nim polubiłam Holly.
Akcja co chwilę przyspiesza i zwalnia, dopiero pod koniec nabiera właściwego tempa, którego trzyma się prawie do samego zakończenia. Były czasem nudne momenty, jednak starałam się nie zwracać na to uwagi. Ważne, że autorka wie o czym pisze i od razu widać, że miała ułożony w głowie plan, który chciała zrealizować. A pomysł okazał się bardzo ciekawy. Z wielką chęcią sięgnę po drugą część, aby dowiedzieć się, co będzie dalej.
Są momenty, kiedy nie wiadomo, co może się zaraz stać, czy ktoś umrze, czy przeżyje. Szczególnie tak jest przez ostatnie sto stron, które zostały świetnie napisane. Przy nich najlepiej bawiłam się podczas czytania.
Bohaterowie zostali dość dobrze wykreowani, nie przypominam sobie żadnego poważniejszego błędu czy niedociągnięcia przy nich. Postaci drugoplanowe powinny być nieco dokładniej przedstawione, ale i tak jest nieźle. Adam i Holly zostali świetnie stworzeni, autorka musiała przy nich dłużej pracować. Były to bardzo ciekawe postacie.
„Burza” nie jest najambitniejszą książką, jaką przeczytałam. Ale podobała mi się i to jest najważniejsze. Tak wiem, ocena jest bardzo naciągnięta, lecz czytając miałam świetny humor i nie umiem postawić innej oceny. Dla niektórych może to być zwykły um
ilacz czasu i nie mogę się z nimi nie zgodzić. W każdym razie lektura jest warta zapoznania się z nią.
Moja ocena: 9/10
  WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ; PARANORMAL ROMANCE

niedziela, 17 marca 2013

Film: Igrzyska śmierci - Gary Ross

12 komentarzy:
Tytuł: Igrzyska śmierci
Reżyseria: Gary Ross
Produkcja: USA
Premiera światowa: 12 marca 2012
Czas trwania: 2 godz. 22 min.
Gatunek: Science-fiction, akcja, thriller

W państwie Panem co roku odbywają się Głodowe Igrzyska. Każdy z dwunastu dystryktów musi wylosować jednego chłopca i dziewczynę w wieku od dwunastu do osiemnastu lat, którzy będą uczestniczyli w tym wydarzeniu. Wygrać może tylko jedno z nich. A żeby wygrać, trzeba zabić. Zabić pozostałych trybutów.
Dwunastoletnia siostra Katniss Everdeen została wylosowana. Dziewczyna bez namysłu zajmuje jej miejsce, choć wie, że na pewno nie wróci już do domu. Drugim trybutem z jej dystryktu jest pewien chłopak, który dawno temu pomógł jej oraz jej rodzinie. A teraz będzie musiała z nim walczyć. Ich poczynania będzie śledziło całe Panem na ekranach telewizorów. Głodowe Igrzyska, choć wszystkich przerażają, są wielkim widowiskiem.
Z wielkim entuzjazmem podchodziłam do tego filmu. Po przeczytaniu fenomenalnej książki, na podstawie której został nakręcony, spodziewałam się równie wspaniałej ekranizacji. Niestety trochę się zawiodłam, nie spełnił moich oczekiwań. Nie dorównuje książce i bardzo się różni, nad czym bardzo ubolewam.
Nie podobało mi się samo przedstawienie Panem, szczególnie Kapitolu. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam i byłam zawiedziona. Szczególnie mnie raziły po oczach przebrania mieszkańców stolicy. Choć w książce pani Collins napisała, że były kolorowe i fantastyczne, to w filmie moim zdaniem już przesadzono. To wyglądało sztucznie i może innym się podobało, ale ja jestem na nie. Te kostiumy mi zupełnie nie pasowały i kiedy pierwszy raz je zobaczyłam, byłam w szoku.
Głodowe Igrzyska nie wzbudziły we mnie tyle emocji, ile w powieści. Nie przeraziła mnie bezwzględność i okrucieństwo Kapitolu. Nie zostały przedstawione tak, aby widz zaczął rozmyślać nad brutalnością świata i niesprawiedliwością. W lekturze mną wstrząsnęły, a w filmie widziałam wszystko tak, jak mieszkańcy Panem, nie wiedziałam, co tak naprawdę dzieje się na arenie. Właśnie zabrakło mi tych rozmyślań Katniss, które tak wzbogaciły książkę, a w ekranizacji nie dało się ich przedstawić. I w filmie trwały niemal tyle samo, ile przygotowania do nich, a powinny być dłuższe i bardziej okrutne.
Sądzę, że aktorzy zostali bardzo dobrze dobrani. Jennifer Lawrence wspaniale sprawdziła się w roli Katniss Everdeen. Potrafiła świetnie odzwierciedlić uczucia swojej bohaterki, wyglądała przy tym bardzo naturalnie. Nie widziałam jej jeszcze w żadnym filmie, ale zamierzam w najbliższym czasie to zmienić, choćby oglądając "Poradnik pozytywnego myślenia" za który dostała Oscara. Liam Hemsworth idealnie pasował do roli Gale'a. Chyba nie widziałam innych ekranizacji, w których występował, ale ten aktor nie jest mi obcy, już wiele o nim słyszałam. Za to Josh Hutcherson, który grał Peetę, zupełnie mi nie pasował. Wyobrażałam go sobie inaczej i moim zdaniem kto inny powinien dostać tę rolę. Widziałam go już w innych filmach, takich jak "Most do Terabithii" oraz "Podróż do wnętrza ziemi" i tam zagrał lepiej.
Muzyka bardzo mi się podobała. Często oglądając nawet nie zwracałam na nią uwagi i nie wiedziałam, że w tle coś leci, ale kiedy odsłuchałam kilka piosenek, to bez problemu je rozpoznałam, od razu kojarzą się z "Igrzyskami śmierci". Tak więc ścieżkę dźwiękową mogę uznać do dobrą.
Ekranizację mojej ukochanej książki mogę ocenić jako dobrą, a nawet bardzo pomimo wszystkich minusów. Ciekawie było zobaczyć ulubionych bohaterów na ekranie telewizora i jeszcze raz przeżyć z nimi przygodę. Chętnie obejrzę drugą część i mam nadzieję, że będzie nawet lepsza. Polecam.
Moja ocena: 8/10


***
To moja pierwsza recenzja filmu, więc pewnie nie jest zbyt udana ;) Mam nadzieję, że będą wychodziły mi coraz lepiej, ale na początku nie można się spodziewać cudu. Na "Piękne istoty" nie zdążyłam iść do kina, więc obejrzę dopiero, kiedy ekranizacja będzie dostępna na płytach DVD ^^ I już wielkimi krokami zbliża się "Intruz" :) Zwiastun jest wspaniały.