Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyutopia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyutopia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 stycznia 2015

"Moja mroczna strona" Gabrielle Zevin

5 komentarzy:

Rok 2083. Nowy Jork. Czekolada i kawa przestały być legalne i są produkowane przez mafijne rodziny, które walczą ze sobą. Woda jest racjonowana, a za zbyt duże jej zużycie płaci się niewyobrażalne kwoty. Papier jest niemal niemożliwy do osiągnięcia. Ania Balanchine jest córką największego czekoladowego bossa. Jako najbliższa rodzina, ona i jej rodzeństwo są w niebezpieczeństwie i muszą być bardzo ostrożni we wszystkim, co robią. Pewnego dnia Ania popełnia błąd i zostaje oskarżona o próbę otrucia swojego chłopaka czekoladą produkowaną przez swojego ojca. Dziewczyna jest niewinna, lecz wszystkie fakty wskazują na nią. Kto wrobił ją w przestępstwo? I kto ją z tego wyciągnie?
Gabrielle Zevin jest amerykańską pisarką książek dla młodzieży, lecz nie tylko. Swoją karierę rozpoczęła w wieku 14 lat, kiedy to zdobyła pracę krytyka muzycznego w „Fort Lauderdale Sun-Sentinel”. Jej pierwsza powieść „Gdzie indziej” została nominowana do nagrody Quill, a wygrała Borders Original Award Voices. Zevin jest absolwentką Harvardu i od urodzenia mieszka w Nowym Jorku.
Już od dawna miałam na oku inną książkę tej autorki – „Zapomniałam, że cię kocham”. Bardzo mnie ona intrygowała, ale zawsze było mi z nią nie po drodze. Kiedy w zapowiedziach ukazała się jej nowa powieść, wiedziałam, że będę musiała ją przeczytać. Połączenie dystopii, czekolady i mafii wydawało się interesujące. Czy tak było w rzeczywistości? Nie do końca.
„Moja mroczna strona” mnie nie wciągnęła. Opowieść nie była zła, ale musiałam zmuszać się do jej czytania. Nie potrafiłam zatracić się w tym świecie i przeżywać przygód z Anią. Książka nie ma zbyt wielu zwrotów akcji, zazwyczaj było wręcz monotonnie. Chciałam ją jak najszybciej przeczytać, ale tylko dlatego, że momentami się przy niej nudziłam.
Główna bohaterka bardzo mnie irytowała. Zachowywała się bardzo infantylnie i naiwnie. Ciągle zastanawiałam się, jak można być tak łatwowierną i niedomyślną. Wydawało mi się, że sprowadzała na siebie nieszczęścia jedynie przez to, że nie umiała postawić się innym, wszystkim się podporządkowywała i nie miała własnego zdania. Jej chłopak był moim zdaniem całkowitym niewypałem. Wydawał mi się sztuczny i przeidealizowany. Ich związek tak samo.
Historia sama w sobie jest bardzo ciekawa i ma duży potencjał. Szkoda, że autorka nie wykorzystała go najlepiej, jak mogła. Do języka, jakim powieść została napisana, nie mam żadnych zarzutów. Widać, że Gabrielle Zevin nie ma żadnych trudności z pisaniem. Jasno wyraża własne myśli, a opisy nie są zbyt ubogie, ale też nie przydługie.
„Moja mroczna strona” to przeciętna książka. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobała, ale też mnie nie zachwyciła w żaden sposób. Nie jestem pewna czy chcę się zapoznać z kolejnym tomem. Obawiam się, że będzie to strata czasu, choć może dam mu szansę. Nie polecam, ani nie odradzam tej lektury. Ale jeśli szukacie młodzieżówki pełnej akcji i niespodziewanych zwrotów akcji, sięgnijcie po coś innego.
Moja ocena: 5/10

Autor: Gabrielle Zevin
Tytuł: Moja mroczna strona
Tytuł oryginału: All These Things I’ve Done
Wydawnictwo: YA!
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 384

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal
http://www.grupawydawniczafoksal.com/

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

"Atrofia" Lauren DeStefano

10 komentarzy:


Przyszłość. Osiągnięto na tyle wysoki postęp nauki i medycyny, że zaczęto tworzyć genetycznie idealne społeczeństwo. Piękni ludzie, którzy starzeją się z gracją i do końca swego życia zachowują nadzwyczajną urodę. Są długowieczni i odporni na choroby. Ale tylko pierwsze pokolenie to okazy zdrowia. Kolejne atakuje tajemniczy wirus, który zabija kobiety w wieku dwudziestu, a mężczyzn w wieku dwudziestu pięciu lat. Nie mają oni szansy dorosnąć, a ich kilkuletnie dzieci szybko stają się sierotami. Kilkunastoletnie dziewczęta są zmuszane do poligamicznych małżeństw, aby zapewnić przetrwanie gatunku. Rhine przez kilka lat udawało się unikać Kolekcjonerów sprzedających młode kobiety, ale w końcu została złapana. Razem z Jenną i Cecily trafia do ogromnej willi w gaju pomarańczowym, gdzie poślubia je syn właściciela. Jednak iluzja idealnego życia szybko znika i dziewczęta odkrywają straszliwe tajemnice kryjące się w murach rezydencji…
Lauren DeStefano urodziła się w New Haven w Connecticut. Jej przygoda z pisaniem zaczęła się w dzieciństwie, kiedy to napisała opowieść na odwrocie menu dla dzieci w restauracji. Jej prawdziwym debiutem jest trylogia „Chemiczne światy”, którą otwiera „Atrofia”. W Polsce ukazała się tylko pierwsza część, wydawnictwo zrezygnowało z kontynuacji.
Pamiętam, że chyba prawie dwa lata temu w blogosferze panował „szał” na tę książkę. Tyle osób się nią zachwycało i rozpływało nad geniuszem tej historii. A potem ta rozpacz, bo nie będzie kolejnych części… Wiedząc o tym, skusiłam się i ja. „Atrofię” dostałam już bardzo dawno temu, jednak dopiero teraz nadszedł czas na jej przeczytanie. Po tych dwóch latach mój entuzjazm przeminął i bałam się, że powieść okaże się totalnym niewypałem. Niezbyt chętnie po nią sięgnęłam i na początku zbytnio mnie nie wciągnęła. Ale to, co się działo później, to już zupełnie inna bajka…
Pierwsze kilkadziesiąt stron czytałam sobie naprawdę powoli. Dawkowałam lekturę w małych ilościach, aby nie przemęczać oczu. Jednak pewnego razu, kiedy postanowiłam „na poważnie” do niej przysiąść, moją troskę o oczy szlag trafił. Nie potrafiłam się od niej oderwać, robiłam przerwy jedynie na posiłki i na kilkuminutowe rozruszanie nóg, aby mi z tych emocji nie zdrętwiały. W jednej chwili zakochałam się w lekturze, lecz wiedziałam, że zbyt długo nie mogę jej smakować. Wszak kolejnych tomów jak nie ma, tak nie będzie.
Trzy bohaterki, przyszłe żony Zarządcy, to jedna z najmocniejszych stron książki. Zaskoczyło mnie to, jak autorka stworzyła tak zupełnie różne trzy młode kobiety. Każda z nich inaczej patrzyła na świat i inaczej pojmowała definicję miłości. Bardzo spodobało mi się to, że nazywały siebie siostrami, to określenie pokazywało ich bliskość oraz to, że są skazane na siebie tak długo, dopóki nie wykończy ich wirus. Jedna była tylko dzieckiem, dla której małżeństwo było wybawieniem. Druga zostawiła za sobą brata bliźniaka i obmyślała plany, jak przy pierwszej okazji do niego uciec. Trzecia była już u kresu wieku, patrząc na średnią życia w tamtych czasach i ukrywała swoją nienawiść w postaci nieczułej żony. Najbliższą mi postacią okazała się najstarsza z dziewcząt, Jenna. Nie dlatego, że widziałam w niej podobieństwo siebie, bo wydaje mi się, że pod wieloma aspektami różnimy się od siebie. Moim zdaniem była najdojrzalsza z całej trójki, umiała pogodzić się z losem i wiedziała, co ją czeka.
Tempo akcji nie jest zniewalające, przez całą powieść jest jednakowe bez zaskakujących zwrotów. Jednak niezwykle bogata fabuła sprawia, że się tego nie zauważa. Nie nudziłam się ani przez chwilę, nawet na początku. Lauren DeStefano stworzyła tak wspaniale rozbudowany świat, że byłam zbyt pochłonięta jego poznawaniem.
Wątek miłosny okazał się niezwykle subtelny i delikatny. Czytelnik powoli zdawał sobie sprawę z tego, iż coś jest na rzeczy, ale wyszło to na jaw dopiero po pewnym czasie. Nie wysuwa się on na pierwszy plan, dzięki czemu książka zyskuje na wartości, ponieważ czytający ma okazję zwrócić uwagę na inne sprawy.
„Atrofia” oczarowała mnie w tak wielkim stopniu, że zamiast zapomnieć o niej i oszczędzić sobie bólu z powodu braku kontynuacji, postawiłam sobie za cel zdobyć „Fever” (drugą część) w oryginale i tak ją przeczytać. Nie spocznę, póki nie uda mi się tego zrealizować, choćby początki czytania po angielsku były bardzo trudne. Będę miała z tego same przyjemne korzyści. „Atrofia” to naprawdę dobra i oryginalna lektura, która wyróżnia się spośród innych antyutopii. Myślę, że mogę ją polecić wszystkim, nawet osobom, które nie będą w stanie zapoznać się z pozostałymi dwiema częściami po angielsku. Ta skończyła się tak, że można wmówić sobie, iż jest to koniec historii. A resztę sobie domówić…
Moja ocena: 9/10

Autor: Lauren DeStefano
Tytuł: Atrofia
Tytuł oryginału: Wither
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 320

piątek, 30 maja 2014

"Więzień Labiryntu" James Dashner

4 komentarze:

Autor: James Dashner
Tytuł: Więzień Labiryntu
Tytuł oryginału: The Maze Runner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Miejsce i rok wydania: Słupsk 2011
Liczba stron: 424

Thomas budzi się sam w ciemnej windzie, z której nie da się wyjść. Nie wie, co się z nim stało, pamięta tylko swoje imię. Kiedy drzwi się otwierają, wyciąga go gromada nieznanych chłopców mieszkających w Strefie – miejscu otoczonym ogromnymi murami, które tworzą Labirynt. Żaden z mieszkańców nie wie, dlaczego się tu znalazł i wszyscy już od wielu miesięcy próbują znaleźć wyjście. W Labiryncie czai się wiele niebezpieczeństw i skrywa on wiele tajemnic. Kiedy do Strefy przybywa pierwsza dziewczyna, okazuje się, że nic już nie będzie takie jak wcześniej. Streferzy mają coraz mniej czasu i muszą znaleźć wyjście albo umrzeć.
James Dashner mieszka w South Jordan City w stanie Utah z żoną i czwórką dzieci. Napisał wiele fantastycznych serii dla młodzieży. Ogromny sukces przyniosła mu trylogia „Więzień Labiryntu”, którą przetłumaczono na wiele języków. We wrześniu do kin wejdzie ekranizacja pierwszego tomu.
Już od dawna intrygowała mnie ta książka. Uwielbiam wątki labiryntu oraz zagadek nie do rozwiązania. Zawsze trzymają mnie one w napięciu i próbuję sama rozwikłać tajemnice. „Więzień Labiryntu” zbierał coraz więcej pozytywnych opinii i wprost nie mogłam się doczekać lektury. Czy powieść mnie nie rozczarowała?
Tym, co od początku mi przeszkadzało w książce, był język Streferów. Mieli własny slang i nie mogłam się do niego przyzwyczaić. Na początku nie rozumiałam niektórych słów, co mnie bardzo irytowało. Dopiero po stu/stu pięćdziesięciu stronach przywykłam do tego języka i uznałam to za dobry zabieg mający na celu lepsze ukazanie rzeczywistości, w jakiej odgrywa się akcja.
Bohaterowie są zdecydowanie mocną stroną powieści. Pojawiło się w niej mnóstwo przeróżnych chłopców i ani razu nie miałam wrażenia, że wszyscy są do siebie podobni. Jest tu cały wachlarz charakterów i cech, każdy jest inny i nie sposób ich ze sobą pomylić. Jedyna postać dziewczęca okazała się również intrygująca. Ona, Thomas i Minho stali się moimi ulubionymi bohaterami.
Wiele momentów trzymało mnie w napięciu. Czułam się, jakbym sama znalazła się w Strefie i brała udział w wydarzeniach. Bałam się o życie wszystkich postaci i trzymałam kciuki, aby udało im się wyjść z niebezpiecznych sytuacji bez żadnych uszkodzeń czy strat.
Rozczarowało mnie zakończenie. Liczyłam na inne rozwiązanie zagadki. To, które zaserwował nam James Dashner, wydało mi się… nudne. Byłam bardzo zawiedziona, ponieważ takie jest, jak dla mnie, pójściem na łatwiznę. Autor mógł się bardziej postarać i wymyślić coś lepszego, co by mnie zaskoczyło czy wręcz zszokowało.
„Więzień Labiryntu” to bardzo dobra książka, choć nie zachwyciła mnie tak, jak „Igrzyska śmierci”, do których jest porównywana. Jestem ciekawa, jak James Dashner rozwinął swój pomysł w kolejnych częściach i bardzo chętnie się z nimi zapoznam. Swoją powieścią ukazał intrygującą rzeczywistość, swoją wizję przyszłości, która, miejmy nadzieję, nigdy się nie spełni. Serdecznie polecam.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

niedziela, 22 września 2013

"Zbuntowana" Veronica Roth

15 komentarzy:

Autor: Veronica Roth
Tytuł: Zbuntowana
Tytuł oryginału: Insurgent
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 368

Po wybuchu wojny między frakcjami nic już nigdy nie będzie takie same. Większą część Altruistów wymordowano. Erudyci szykują plan, który ma im pomóc zapanować nad całym miastem. Nieustraszeni okazali się zdrajcami. Prawość chce pomóc walczyć pozostałym żyjącym osobom z innych frakcji. Natomiast Serdeczność nie chce się mieszać i oferuje schronienie ludziom. Tris właśnie tam na początku się udaje, jednak nie podobają jej się zasady. Zero agresji i bójek. Miłe nastawienie do każdego. To nie w jej stylu. Później przenosi się do Prawości, gdzie w końcu może robić coś pożytecznego. W międzyczasie Tris dowiaduje się, że Erudyci strzegą czegoś, za co jej frakcja była gotowa poświęcić życie. Czy uda jej się zatrzymać wojnę? Co odkryje?
Kilka miesięcy temu miałam przyjemność przeczytać „Niezgodną”. Widziałam różne opinie – pozytywne, negatywne, neutralne. Byłam bardzo ciekawa co się kryje w treści książki porównywanej trafnie bądź nietrafnie do „Igrzysk śmierci”. I… Powieść oczarowała mnie. Naprawdę, nie spodziewałam się tak dobrej lektury. Dużo akcji, walki, wojna, niebezpieczeństwo, miłość…
Pełna nadziei zabrałam się na wakacjach za „Zbuntowaną”. Oczekiwałam tak samo świetnej książki, a nawet lepszej, jak zapewniała mnie siostra. Jednak druga część mnie nieco rozczarowała. Nie bardzo, ale pewien niesmak pozostał. Mimo wszystko z niecierpliwością czekam na kolejny tom.
Przez całą powieść toczy się wojna pomiędzy frakcjami. Co chwila Veronica Roth serwuje czytelnikom nieoczekiwane zwroty akcji. Kiedy wydaje się, że bohaterowie mają chwilę spokoju, kilka stron dalej są atakowani i rozgrywa się kolejna bitwa. Tak naprawdę nie można domyślić się, kto przeżyje, ponieważ autorka nie boi się posłać na śmierć swoich postaci. Uważam to za duży plus, ponieważ książka jest nieprzewidywalna i bardziej realna. Ludzie nie zawsze wychodzą z walk żywi czy tylko lekko poobijani. Nie zliczę ile razy ktoś miał postrzeloną rękę, nogę czy głowę.
Bohaterowie w pierwszej części byli mocną stroną książki. Teraz nie mogę powiedzieć tego samego. Tris zaczęła mnie irytować. Tak bardzo chciała poświęcić swoje życie. Nie pomyślała, że inni, których kochała, zrobili to za nią i jeżeli da się tak łatwo zabić, to ich śmierć pójdzie na marne. Dodatkowo zaczęła się często kłócić z Czterym o głupie rzeczy. Ich związek wiele razy został wystawiony na próbę, a przez jej bezmyślność prawie zerwali. Choć Cztery też nie był bez winy. Oboje powinni sobie bardziej ufać. Te ciągłe sekrety mnie denerwowały. Przez to w tym tomie moja sympatia to tej dwójki nieco opadła, a czytanie nie sprawia już takiej przyjemności, jeżeli nie lubi się bohaterów.
Veronica Roth posługuje się ciekawym językiem. Świetnie opisywała wszystkie walki, dzięki czemu z łatwością mogłam je sobie wyobrazić. Nie nużyły, tylko trzymały w napięciu. Historia rozgrywa się w przyszłości, więc w „Zbuntowanej” nie brakuje przeróżnych nowoczesnych urządzeń wymyślonych przez autorkę. Przedstawiła je w interesującym świetle.
Bardzo spodobało mi się to, że czytelnik mógł się więcej dowiedzieć o innych frakcjach i panujących w nich zasadach, a to dzięki temu, że Tris i Cztery wędrowali po wszystkich częściach miasta. W pierwszej części autorka podała zaledwie skrawki informacji.
Końcówka książki zwalała z nóg. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw i byłam zszokowana. Na początku z natłoku wrażeń nie mogłam zrozumieć o co chodzi i musiałam sobie te ostatnie strony przeczytać jeszcze raz. Takie zakończenie zapowiada wspaniałą ostatnią część.
„Zbuntowana” to świetna powieść. Jest nieprzewidywalna i bardzo dużo w niej akcji. Nie mogę się doczekać finału trylogii, jestem ciekawa, jak to się wszystko skończy. Szkoda, że książka nie była tak dobra, jak jej poprzedniczka, ale mam nadzieję, że tom trzeci zrekompensuje ten mały zawód. Gorąco polecam!
Moja ocena: 9/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

środa, 7 sierpnia 2013

"W pierścieniu ognia" Suzanne Collins

15 komentarzy:

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: W pierścieniu ognia
Tytuł oryginału: Catching Fire
Wydawnictwo: Media Rodzina
Miejsce i rok wydania: Poznań 2009
Liczba stron: 360

Głodowe Igrzyska wygrywają Katniss Everdeen i Peeta Mellark. Nikt się nie spodziewał takiego obrotu spraw. Poprzez swój bunt narazili się władzom Kapitolu i mają tylko jedną szansę na naprawienie wszystkiego – Tournée Zwycięzców. Podczas tego wydarzenia zwiedzą wszystkie dystrykty i mają przekonać ludzi, że nie mieli na myśli przeciwstawienia się Kapitolowi, tylko nie mogli pogodzić się z myślą o rozstaniu. W czasie podróży widzą, do czego zdolny jest prezydent i jego ludzie, ale także to, że ludzie są zdolni zbuntować się i walczyć o swoje prawa. Jak dalej potoczy się historia? Co zrobią władze, aby zademonstrować wszystkim swoją siłę? Poznajcie dalszy ciąg opowieści o totalitarnym państwie Panem.
„Wszyscy powinniśmy byli umrzeć, tak byłoby najlepiej.”
Suzanne Collins błyskawicznie stała się jedną z moich ulubionych autorek, dzięki „Igrzyskom śmierci”. Do tej pory pamiętam, jak ogromne wrażenie na mnie wywarła. Po odłożeniu książki na półkę wciąż byłam w tamtym świecie, przez kilka dni praktycznie nie można było się ze mną normalnie skontaktować – potrafiłam nagle wszystkim wokół zacząć mówić o tej cudownej powieści, wylewał się za mnie potok słów, a potem znowu pogrążałam się w rozmyślaniach; nie byłam zdolna do rozmów, na pytania nie odpowiadałam, albo po prostu mówiłam kilka słów o Głodowych Igrzyskach nie mając pojęcia o co chodzi mojemu rozmówcy. Można by pomyśleć, że zupełnie zwariowałam na punkcie „Igrzysk śmierci”. Powoli powracałam do normalnego stanu, lecz moje uwielbienie się pogłębiało. Czasem brak mi słów na określenie wspaniałości tej lektury. Kiedy zaczęły się wakacje miałam wystarczająco dużo czasu na zabranie się za kolejną część…
Ja poluję, on piecze, Haymitch pije. Każde z nas na swój sposób zabija czas i stara się uciec od wspomnień związanych z Głodowymi Igrzyskami.”
Od pierwszych słów, „W pierścieniu ognia” porwała mnie do swojego świata. Poczułam, jak bardzo tęskniłam za Katniss, jak bardzo mi jej brakowało. Nie mogłam oderwać się od tej książki, okładałam ją (nawet na chwilę) z wielkim bólem. Nie chciałam już ani na chwilę rozstać się ze swoim skarbem.
Bohaterowie są bardzo mocną stroną powieści. Każdy zapada w pamięć, ponieważ każdy wyróżnia się na tle innych. Nawet postaci epizodyczne mają wyraźnie nakreślone charaktery. Czytelnik może odnaleźć wśród nich osobę podobną do siebie, która jest mu najbliższa. Katniss to moja ulubiona bohaterka, zawsze będę ją podziwiać za odwagę, siłę i za to, że ważniejsze było dla niej dobro i bezpieczeństwo bliskich, była gotowa poświęcić dla nich swoje życie. Peeta i Gale to także postacie, na które warto zwrócić szczególną uwagę. Dla obu ważna była Katniss, chcieli ją chronić i popierali to, co robiła bądź chciała zrobić.
„Katniss Everdeen, dziewczyna, która igra z ogniem, wznieciła iskrę, a ta, nie ugaszona w porę, podpali całe Panem.”
Choć „W pierścieniu ognia” ma dość mało stron, to autorka każdą wykorzystała najlepiej, jak umiała. Przez trzysta sześćdziesiąt stron wydarzyło się bardzo dużo, nie zdążyłam odetchnąć po jednym wydarzeniu, a pani Collins zaskakiwała mnie czymś kolejnym. Tyle razy wprowadziła mnie w osłupienie, że zastanawiam się, jak ja tak szybko się pozbierałam. Nie spodziewałam się takiego zwrotu akcji i wątpię, aby ktokolwiek się spodziewał. Żadna książka w ostatnim czasie mnie tak nie zszokowała.
„No proszę, znowu to zrobił. Zdetonował bombę, a eksplozja przyćmiła wszystko, co starali się zaprezentować inni trybuci.”
Ta lektura ukazuje prawdziwe okrucieństwo i brutalność świata. Przedstawia bardzo realną wizję przyszłości. Kto wie, jeżeli ludzie się nie zmienią, może kiedyś nasz świat będzie wyglądał podobnie? To bardzo prawdopodobne. Większość osób wyobraża sobie wspaniałą przyszłość, że wynajdziemy lekarstwa na większość chorób, nastąpi postęp w technologii… A jeśli tak nie będzie? Wszystko może pójść zupełnie na odwrót, nie tak jak się spodziewaliśmy.
Zakończenie jest po prostu niesamowite. Wyobrażałam sobie co innego, do ostatnich stron nie wiedziałam, co się tak naprawdę dzieje. Byłabym mniej zdezorientowana i zaskoczona, jakbym siedziała sobie w swoim pokoju i nagle spadła mi cegła na głowę.
„Wiem, że nie mogę nic zrobić, aby to zmienić. Tej fali nie powstrzyma żadna, nawet najbardziej wiarygodna demonstracja  miłości. Jeśli wyciągając garść jagód, dowiodłam chwilowej niepoczytalności, to ci ludzie również są gotowi postąpić nieobliczalnie.”
Suzanne Collins posługuje się wspaniałym i niezwykle obrazowym językiem. Z łatwością wszystko sobie wyobrażałam, nie miałam z tym żadnych trudności. Jasno wyraża swoje myśli, dzięki temu czytelnik nie musi się podczas lektury zastanawiać: o co jej chodzi?, jak to czasem bywa, kiedy nie można zrozumieć autora.
„W życiu trzeba czasem podejmować bardzo trudne decyzje. Sama się o tym przekonasz, jeśli wyjdziemy z tego cało.”
Po przeczytaniu „W pierścieniu ognia” miałam ochotę natychmiast ściągnąć z półki „Kosogłosa”. Nie mogłam się doczekać lektury następnej części, ale wiem, że jak tak szybko zakończę przygodę z tą trylogią, będę bardzo żałowała, że się nią nie delektowałam, jak należy. Tylko raz mam możliwość przeczytać ją po raz pierwszy i nie zamierzam tego tak szybko utracić.
„Nic dziwnego, że zwyciężyłam w igrzyskach. Przyzwoici ludzie nigdy ich nie wygrywają.”
Już teraz tęsknię za bohaterami i nie wyobrażam sobie bólu, który będę musiała odczuwać po skończeniu trzeciego tomu. Wiem, że z pewnością za jakiś czas powrócę do tych cudownych książek, już teraz mam ochotę przeczytać je ponownie. Gdybym mogła, nigdy bym nie opuściła Panem i już na zawsze została z Katniss. Jeżeli jeszcze nie zapoznałeś się z pierwszym tomem, to po przeczytaniu tej recenzji rozbijaj skarbonkę i biegnij do księgarni.
„W pierścieniu ognia” nie mieści się w mojej skali oceniania, dlatego pozostawię ją bez oceny.
 

piątek, 17 maja 2013

"Niezgodna" Veronica Roth

13 komentarzy:

Autor: Veronica Roth
Tytuł: Niezgodna
Tytuł oryginału: Divergent
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 351

Na ruinach Chicago powstało nowe miasto, które zostało podzielone na pięć różnych frakcji. Altruizm – bezinteresowność, Serdeczność – życzliwość, Erudycja – inteligencja, Nieustraszoność – odwaga, Prawość – uczciwość. Tymi cechami odznaczają się mieszkańcy. Każdy w wieku szesnastu lat musi podczas ceremonii wybrać jedną z frakcji. Może zostać w tej, w której się urodził, lub opuścić rodzinę i zdecydować się na inną. Główna bohaterka, Beatrice (pochodząca z Altruizmu) nie może się zdecydować. Z wyborem zwleka do samej ceremonii, a jej wybór zaskakuje wszystkich wokół. Porzuca rodzinną frakcję i przenosi się do Nieustraszoności, gdzie musi walczyć o przetrwanie podczas nowicjatu. Od tamtej chwili staje się odważną Tris. Ma jednak sekret, którego nikt nie może poznać, ponieważ jej życie będzie zagrożone…
Veronica Roth studiowała na Northwestern University. Lubi rozmawiać na Twitterze i Facebooku, pisze także bloga, na którym opowiada o sobie. „Niezgodną” napisała mając zaledwie 21 lat. Prawa do ekranizacji kupiła wytwórnia Summit Entertainment i film już niedługo będzie kręcony.
Książka już od dawna mnie intrygowała. Trochę odstraszało mnie to porównanie do „Igrzysk śmierci”, zazwyczaj nigdy to nie jest prawdziwe ani trafne. Prawie żadna powieść nie dorówna moim ukochanym „Igrzyskom”, a twierdzenie, że przypadkowa antyutopia jest lepsza, sprawia, że gotuję się w środku. To bezsensowny chwyt reklamowy. Jednak muszę przyznać, że „Niezgodna” okazała się świetną książką i sądzę, że przez jakiś czas o niej nie zapomnę.
Bardzo spodobał mi się pomysł na fabułę. Społeczeństwo podzielone na pięć różnych frakcji, gromadzących ludzi o danych cechach. Moim zdaniem takie coś nigdy by się nie sprawdziło, ponieważ każdy człowiek jest inny i nie da się go przyporządkować do innych, do których może być podobny. Niemniej pomysł uważam za bardzo udany, w końcu nie wiadomo, jak może kiedyś wyglądać świat. Przedstawienie frakcji także mi się podobało. Czytając, czułam jakbym razem z Tris przyłączyła się do Nieustraszonych i musiała odbyć nowicjat.
„Niezgodna” trochę przypominała „Igrzyska śmierci”, ale tylko w niektórych momentach. W obu powieściach bohaterki musiały walczyć o przetrwanie, mogły ufać tylko sobie i z każdym dniem stawały się coraz silniejsze. Walki pomiędzy nowicjuszami były bardzo brutalne i do tej pory zastanawiam się, jak taka mała i słaba (oczywiście fizycznie) Tris trzymała się na nogach.
Bohaterowie są mocną stroną tejże powieści. Beatrice, później Tris tak naprawdę od początku była silną kobietą, tylko musiała to w sobie odkryć. Frakcja, w której się wychowywała, na to nie pozwalała. Główna bohaterka, mimo że każdy mógł się okazać jej wrogiem, chciała pomagać innym, nie oczekując niczego w zamian, odkrywała, że odwaga łączy się z bezinteresownością. Czterego pokochałam niemal od razu. Szybko stał się jedną z moich ulubionych postaci w „Niezgodnej”. O takim chłopaku marzyłaby niejedna dziewczyna.
Veronica Roth posługuje się bogatym językiem i ciekawie opisuje wydarzenia oraz miejsca, które sama wykreowała. Wszystko łatwo sobie wyobrazić i po dokładnym opisie każdej z frakcji (nie takim, jaki znają mieszkańcy, tylko takim, w którym nie zostały pominięte istotne szczegóły, rzeczy, których nikt się nie domyśla) można stwierdzić, którą by się wybrało, gdyby mieszkało się w takim świecie. Ja sądzę, że pasowałabym do Serdeczności, choć Nieustraszoność też nieźle brzmi.
„Niezgodna” na jakiś czas opanowała mój umysł, przeżywałam wszystkie przygody wraz z bohaterami. Wątek miłosny jest i muszę przyznać, że bardzo mi się podobał. Uczucia rozwijały się powoli i cała książka nie skupiała się na nich. Nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam drugi tom. Lektura może się spodobać fanom „Igrzysk śmierci”, ponieważ jest do tej książki podobna, lecz od razu uprzedzam, że nie jest lepsza.
Moja ocena: 10/10

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ;

niedziela, 3 marca 2013

"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins

20 komentarzy:

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: Igrzyska śmierci
Tytuł oryginału: The Hunger Games
Wydawnictwo: Media Rodzina
Miejsce i rok wydania: Poznań 2009
Liczba stron: 351

Na miejscu Ameryki Północnej powstało państwo Panem. Składa się z dwunastu, niegdyś trzynastu dystryktów otaczających Kapitol. Wiele lat temu wybuchło powstanie, dystrykty chciały walczyć z władzami. Jednak skutki okazały się tragiczne – Trzynasty Dystrykt został doszczętnie zniszczony, zmieciony z powierzchni ziemi. Na pamiątkę powstania, władze postanowiły co roku organizować Głodowe Igrzyska. Każdy dystrykt musi wylosować spośród mieszkańców chłopca i dziewczynę w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Dwudziestu czterech zawodników musi stoczyć ze sobą walkę na arenie, a wygrać może tylko jeden… Przegrana oznacza śmierć, wygrana – życie.
Siostra Katniss Everdeen, Prim, została wylosowana podczas dożynek. Nie może ona jednak pozwolić, aby dwunastoletnia siostra zginęła na arenie i postanawia zająć jej miejsce. Musi opuścić rodzinę, która bez niej może sobie nie poradzić…
Suzanne Collins mieszka wraz z mężem, dwójką dzieci i trzema kotami w Newton, w Connecticut. Jest amerykańską pisarką i scenarzystką telewizyjną. Zanim napisała znaną na całym świecie trylogię „Igrzyska śmierci”, zasłynęła serią o chłopcu Gregorze, który odkrywa nikomu nieznane obszary.
„Igrzysk śmierci” kupiłam już dawno. Jednak z powodu braku czasu nie sięgałam po lekturę, choć cały czas o niej pamiętałam. W końcu postanowiłam wziąć się w garść i zaplanowałam czytanie na ferie. Teraz żałuję, że wcześniej tego nie zrobiłam! Tak, recenzja będzie pełna zachwytów nad książką, ale kto czytał, mam nadzieję, że zrozumie. Inaczej się nie da.
„Ale ja sobie tego nie życzę! Oni już odbierają mi przyszłość! Nie pozwolę, aby ukradli mi to, co liczyło się dla mnie w przeszłości.”
Sam pomysł na fabułę mnie zachwycił. Głodowe Igrzyska – brzmi intrygująco, nieprawdaż? Choć od samego początku wiedziałam kto wygra (poprzez opisy i recenzje kolejnych części), wcale mi to nie przeszkadzało. I tak wspaniale się czytało, a ważne jest też to, co się działo na igrzyskach. Nie wiem, jak można być tak okrutnym, aby coś takiego zorganizować. Wszystko filmowano, a mieszkańcy Panem mieli obowiązek oglądać w telewizji to, co się działo na arenie. Kiedy przez kilka dni nikt nie ginął, organizatorzy sami zmuszali uczestników do walki i zapewniali widzom atrakcje. Przed samymi igrzyskami przeprowadzano staranne przygotowania – prezentacja uczestników, wywiady, strojenie w nieprawdopodobne ubrania. Uważali to za rozrywkę.
„Panie i panowie, Siedemdziesiąte Czwarte Głodowe Igrzyska uważam za otwarte!”
Autorka ma cudowny styl, dokładnie taki, jaki najbardziej lubię. Posługuje się obrazowym i bogatym językiem, doskonale potrafi przelać myśli na papier. Wszystko dokładnie tłumaczyła czytelnikowi, aby zrozumiał, ale nie nużyła przy tym. Moje oczy tylko biegały nad literami, a ja już nie byłam w swoim domu, tylko w Panem. Mogłam sobie wszystko idealnie wyobrazić. To niebywała uczta dla wyobraźni!
Katniss wykazała się ogromną odwagą i inteligencją, ale nie brakuje jej także wad, które sprawiają, że postać staje się rzeczywista. Niemal od razu ją pokochałam i zawszę będę podziwiać. Peeta także w błyskawicznym tempie skradł moje serce. To taki silny i mądry, ale wrażliwy chłopak. Już od historii z chlebem widać jego dobre serce.
„To wielkie widowisko. Jak cię widzą, tak cię piszą. Gdy twoja prezentacja dobiegła końca, mogłem powiedzieć, że w najlepszym przypadku wypadłaś sympatycznie, choć i to tak graniczy z cudem. Teraz bez wahania powiem, że potrafisz przebojem zdobywać męskie serca.”
Jest to powieść, o której trzeba myśleć. Chyba nigdy się od niej nie uwolnię, a moje myśli tym bardziej! Podczas czytania o niej myślałam, a także w chwilach, na które musiałam odłożyć powieść. Po skończeniu także. Mam ochotę znów porwać książkę z półki i zaczytać się do szaleństwa. I nigdy nie przestać. Choć skończyłam ją zaledwie wczoraj, chcę do niej powrócić. Specjalnie nakazałam sobie dawkować lekturę, aby zbyt szybko się z nią nie żegnać. Lecz trzy dni to zdecydowanie za mało!
„Pamiętam wszystko, co wiąże się z tobą.”
Kocham „Igrzyska śmierci” całym swoim sercem i nigdy moja miłość się nie skończy. Kocham tę książkę do szaleństwa. Mam ochotę płakać nad nią, że się zakończyła. Że była taka krótka. Że czekają mnie jeszcze tylko dwie części. To zdecydowanie za mało. Można by o tym pisać w nieskończoność, ale autorka znała umiar.
„Tyle czasu robiłam wszystko, żeby nie lekceważyć wrogów, że w końcu zapomniałam, iż równie niebezpieczne jest ich przecenianie.”
Ta książka mnie poruszyła i wstrząsnęła mną do głębi. Jak pisze z tyłu okładki, jest to powieść dla dojrzałych ludzi, którzy potrafią zrozumieć, że okrucieństwo było, jest i zawsze będzie. Sądzę, że już nigdy nie będę myśleć tak samo, jak przed lekturą „Igrzysk śmierci”. To piękna książka o cierpieniu, śmierci i miłości.
„Do dziś wyczuwam związek między Peetą Mellarkiem, chlebem, który dał mi nadzieję, a kwitnącym mniszkiem, źródłem wiary w to, że nie jestem skazana na śmierć.”
Chcę przeczytać kolejne tomy. Muszę. Mam ochotę rzucić wszystko i pobiec do pierwszej księgarni i zaopatrzyć się w „W pierścieniu ognia” oraz „Kosogłos”. Obiecałam sobie, że do kwietnia nie kupię już żadnej książki bez powodu, ale chyba nie wytrzymam. Poza tym, powód jest. Bo umrę z ciekawości i niecierpliwości.
Choć wiedziałam, kto wygra, jak już wcześniej wspomniałam, to i tak nie wiedziałam, co może dalej spotkać bohaterów. Cały czas miałam poczucie, że jednak ten ktoś może umrzeć. Pani Collins potrafi trzymać czytelnika w napięciu przez całą powieść. Trzeba pogratulować talentu.
„Oto rada. Nie dajcie się zabić.”
„Igrzyska śmierci” powinny być lekturą obowiązkową dla większości ludzi. Może część z nich nauczyłaby się czegoś z tej książki. Nie można jej traktować jako zwykłą rozrywkę, trzeba wiedzieć, że ukazuje prawdę o świecie i życiu. Ten, kto nie przeczytał jeszcze tej powieści, niech szybko to nadrobi. Warto. Jest to cudowna, fantastyczna, obłędna książka. Po prostu piękna.
„Igrzyska śmierci” to książka poza skalą, nie potrafię jej ocenić, bo 10/10 to zdecydowanie za mało.
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ

poniedziałek, 17 września 2012

"Deklaracja" Gemma Malley

10 komentarzy:

Autor: Gemma Malley
Tytuł: Deklaracja
Tytuł oryginału: The Declaration
Wydawnictwo: Wilga
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 311
Cena: 29,90 zł

Anna jest nadmiarem. Nie ma prawa żyć. Musi pracować i służyć legalnym, aby odpracować Grzech swoich rodziców. Od kiedy wynaleziono tabletki na Długowieczność, na świecie jest za dużo ludzi. Każdy człowiek musi podpisać Deklarację, która mówi o tym, że nie można mieć dzieci, lub złożyć Rezygnację. Zrezygnować z wiecznego życia i móc mieć dziecko. Niektórzy ukrywają swoje córki, synów, którzy są nadmiarami. Jednak łapacze takich znajdują, rodzice idą do więzienia, a nadmiary idą do specjalnego zakładu, w których się uczą jak być wartościowym zasobem. Annę znaleziono, kiedy miała dwa lata. Od tamtej pory mieszka w Grange Hall, owym zakładzie, gdzie nauczyła się nienawidzić rodziców i uważać, że nikt jej na świecie nie potrzebuje. Jednak pewnego dnia w Grange Hall pojawia się Peter, który uważa, że zna jej rodziców i że powinna razem z nim uciec ze szkoły. Wtedy Anna zaczyna mieć wątpliwości, kto mówi prawdę. Pani Pincent, przełożona zakładu, czy Peter…
Zachęcona wieloma pozytywnymi recenzjami „Deklaracji” postanowiłam sama przeczytać tę książkę. Prawie na każdym blogu widać było pochlebną opinię. Właśnie dlatego tak wiele spodziewałam się po tej powieści. A co dostałam? Hm… Chyba nie do końca to, czego oczekiwałam. Ale od początku.
Już od pierwszych stron książka mnie wciągnęła. Zachwycałam się wizją przyszłości, jaką przedstawiła autorka. Tabletki na Długowieczność? Oryginalny pomysł. Jednak czytając, obawiałam, się, że przez cały czas nic się nie będzie działo. I niestety moje przypuszczenia się potwierdziły. Żadnej szybkiej akcji się tu nie znajdzie. Przez połowę powieści poznajemy życie w Grange Hall, co było oczywiście ciekawe, ale chyba jednak za długie. Nie potrafiłabym czytać o tym w nieskończoność. Dalej niby coś się dzieje, ale akcja nie nabiera tempa. Zakończenie wzruszające, ale ja nie przepadam za takimi otwartymi zakończeniami. Na szczęście jest jeszcze druga część.
Gemma Malley pisze bardzo ciekawie, co sprawia, że nie można się oderwać od „Deklaracji”, chce się wiedzieć, jak skończy się historia Anny. Bardzo dobrze przedstawiła świat za ponad sto lat. Umiała zebrać swoje myśli w słowa. Jest to wielkim plusem książki.
Autorka wykreowała intrygujących i tajemniczych bohaterów. Z każdym zdążyłam się zapoznać, z niektórymi nawet zaprzyjaźnić. Szkoda, że nie został rozwinięty wątek Sheili, mam nadzieję, że w drugiej części tak się stanie. Ta postać wzbudzała we mnie chyba największą sympatię. No, może poza Benem i rodzicami Anny, którzy naprawdę ją kochali i byli przeciwni temu, co się dzieje na świecie. Oczywiście Petera i Annę też polubiłam.
Podsumowując, „Deklaracja” to bardzo dobra książka, mająca kilka wad. Myślę, że będę miło ją wspominać i oczywiście sięgnę po drugą część. Mam nadzieję, że pani Malley dokładniej opisała w niej uczucia bohaterów, bo tego też mi zabrakło. Przez to w niektórych sytuacjach Anna wydawała się być obojętna, a sądzę, że nie była, tylko nie wspomniano o jej emocjach. Polecam tę książkę, ale radzę nie oczekiwać czegoś naprawdę wspaniałego. Ja popełniłam właśnie ten błąd i troszeczkę gorzej odebrałam tę powieść.
Moja ocena: 7/10