Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paranormal Romance. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paranormal Romance. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2014

"Przyrzeczeni" Beth Fantaskey

9 komentarzy:

Autor: Beth Fantaskey
Tytuł: Przyrzeczeni
Tytuł oryginału: Jessica's Guide to Dating on the Dark Side
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 408

Jessica wiedzie zwyczajne życie. Chodzi do szkoły, spotyka się z przyjaciółką, flirtuje z chłopakami i wygrywa konkursy matematyczne. Wszystko się zmienia, kiedy na jej drodze staje pochodzący z Rumunii uczeń z wymiany międzynarodowej. Jest on arogancki, tajemniczy, przystojny i bardzo natrętny. Twierdzi, że Jessica jest rumuńską wampirzą księżniczką i na mocy paktu zawartego tuż po ich narodzinach są zaręczeni! Dziewczyna od zawsze sceptycznie podchodzi do wszelkich paranormalnych zagadnień, a Lucjusza zaczyna uważać za niebezpiecznego pomyleńca. Czy to możliwe, żeby wampiry naprawdę istniały? Jaki cel ma ten chory żart chłopaka? Czy Lucjuszowi powiodą się zaloty?
Beth Fantaskey urodziła się w małym miasteczku w Pensylwanii. Studiowała dziennikarstwo, a obecnie jest wykładowcą. Bardzo lubi pisać i żadna forma wypowiedzi pisemnej nie jest jej obca – powieści, opowiadania, artykuły, oficjalne mowy… Jej debiutem literackim byli „Przyrzeczeni”, którzy kilka lat później doczekali się kontynuacji (ale nie w Polsce). Autorka uwielbia podróżować, choć boi się latać samolotem. W nowych krajach próbuje keczupu, a najbardziej smakował jej ten z Polski.
„Przyrzeczonych” chciałam przeczytać od bardzo dawna. Byłam ciekawa, czy autorka miała oryginalny pomysł, pisząc kolejną na rynku wydawniczym książkę o wampirach. Sięgając po nią, wiedziałam, że to zwykły romans paranormalny i że nie mogę liczyć na zbyt dużo, ale nie sądziłam, że otrzymam coś TAKIEGO.
Aby dobrze ocenić tę książkę, muszę przedstawiać dwa punkty widzenia, ponieważ nie wiem, co założyła sobie autorka. Pierwszy – książka jako komedia. W tym wypadku sprawdza się nieźle. Sporo wydarzeń było tak absurdalnych, że siedziałam i skręcałam się ze śmiechu. Było mnóstwo zabawnych sytuacji, a sam Lucjusz zachowywał się komicznie. Najbardziej się ubawiłam, czytając skierowane do wuja listy, w których bohater opisywał „nieudane zaloty” i skarżył się na tamtejszych „wieśniaków”. Jeżeli miała to być satyra na paranormale o wampirach, to wypadła całkiem nieźle.
Jednak, jeżeli autorka potraktowała „Przyrzeczonych” zupełnie poważnie, to jest już gorzej. Bo zamiast martwić się o to, czy Jessica i Lucjusz będą razem, ja tylko kręciłam głową nad niedorzecznością pewnych sytuacji. Już sam fakt, że do głównej bohaterki podchodzi chłopak, który mówi, że jest ona wampirzą księżniczką i jego przyszłą żoną, jest śmieszny. To sprawia, że książki nie da się brać na poważnie. A przynajmniej trudno tak na nią patrzeć.
Wątek miłosny mi się nie podobał. Był sztuczny i po jakimś czasie przestał mnie już bawić, ale za to zaczął irytować. Jessica cały czas ma wątpliwości, jest niezdecydowana i nie rozumie swoich czuć. Wydawało mi się, że odrzuca względy chłopaka już tylko dla zasady.
Zakończenie również mnie zawiodło. Oczekiwałam czegoś lepszego, ale chyba się przeliczyłam. Czytając, odliczałam kartki do końca powieści. Wszystko było do bólu przewidywalne, a ja czekałam na nagły zwrot akcji.
Książka mnie rozczarowała. Nie potrafię jej jednak jednoznacznie ocenić, ponieważ  nie bardzo wiem, jaki był zamysł autorki. Za granicą wydano drugą część powieści, ale można się zastanawiać, co tu jest jeszcze do opisania. To chyba dobrze, że w Polce kontynuacja się nie pojawiła. „Przyrzeczeni” nie wyróżniają się spośród książek o podobnej tematyce. Zapewnią jednak relaks, ponieważ jest to lektura lekka i niezobowiązująca, niewymagająca zbyt dużo uwag, doskonale nadająca się na leniwy wieczór. Z pewnością poprawi nam humor. Są takie romanse paranormalne, które potrafią wzruszyć, a nawet czegoś nauczyć, lecz ten na pewno do nich nie należy.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

niedziela, 22 czerwca 2014

"Płonący stos. Księga 1: Kielich Wiatru, Krąg Popiołów" Cate Tiernan

4 komentarze:

Autor: Cate Tiernan
Tytuł: Płonący stos. Księga 1: Kielich Wiatru, Krąg Popiołów
Tytuł oryginału: Balefire Omnibus #1: A Chalice of Wind; A Circle of Ashes
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 416

Clio od dzieciństwa jest wychowywana na czarownicę. Uczy się zaklęć, właściwości roślin, a przede wszystkim jedności z naturą, od której pochodzi magia. Thais niedawno przeprowadziła się do Nowego Orleanu. Musi zamieszkać z nową opiekunką w nieznanym mieście i ostatnią klasę spędzić w nieznanej szkole, ponieważ jej tata zginął w wypadku. Kiedy obie dziewczyny spotykają się pierwszego dnia szkoły, odkrywają coś niesamowitego. Są identyczne niczym dwie krople wody. Bliźniaczki? Dla dlaczego zostały rozdzielone po urodzeniu? Prawda okazuje się być bardziej mroczna i niesamowita, niż podejrzewały. Wywraca im życie do góry nogami i sprawia, że nic już nigdy nie będzie takie samo…
Cate Tiernan to pseudonim amerykańskiej pisarki powieści z gatunku paranormal romance. Zaczynała pisać w młodym wieku od średniej długości książeczek, ale sławę przyniosły jej dopiero cykle „Płonący stos” oraz „Sweep”. Oba poruszają tematy magii oraz czarownic. W 2010 roku zaczęła pisać nową trylogię „Ukochany nieśmiertelny”.
Uwielbiam książki pełne magii i tajemnic, w których bohaterkami są czarownice posługujące się wszelkimi zaklęciami, tworzące kręgi itd. Bardzo chętnie się w nich zaczytuję. Jednak zazwyczaj prawie każda lektura o tej tematyce mnie zawodzi. Brakuje im tego „czegoś”. Często za mało jest w nich magii i czarów, które mnie tak intrygują. Pod tym względem „Płonącemu stosowi” niczego nie brakuje. Mogłam uważnie śledzić magiczne zwyczaje Bonne Magie, którą zajmowały się główne bohaterki. Autorka poświęciła temu tematowi sporo czasu i spełniła moje wymagania.
Dwie główne bohaterki są zupełnie różne. Choć z wyglądu identyczne, pod względem charakteru są swoimi przeciwieństwami. Clio, zawsze pewna siebie, ma świadomość, jaka jest atrakcyjna i chętnie to podkreśla. Jest impulsywna, wybuchowa i często mówi to, co myśli. Z mężczyznami obchodzi się jak z zabawkami. Zazwyczaj tego typu postaci mnie strasznie irytują, jednak w tym wypadku, ku mojemu zdziwieniu, było odwrotnie. To Clio lubiłam bardziej od jej bliźniaczki. Thais okazała się bardzo naiwna, delikatna, skromna i cicha. Wciąż się nad sobą użalała, a jej rozpaczanie nad śmiercią ojca było sztuczne. Zawsze była posłuszna i nie chciała sprawić zawodu innym. Wydaje mi się, że pani Tiernan próbowała na siłę zrobić z niej idealną postać, co jej się zupełnie nie udało. Thais mnie denerwowała i niestety ani trochę jej nie polubiłam.
Spodobało mi się to, że co rozdział narratorką była inna z bliźniaczek. Dzięki temu mogłam poznać je lepiej, spojrzeć na różne sytuacje z perspektywy dwóch osób. Choć rozdziały poświęcone Clio czytałam z większą przyjemnością niż te poświęcone Thais.
Wydawnictwo Amber znów nie popisało się swoimi korektorami. W książce znalazłam mnóstwo błędów. Czy to literówek, czy stylistycznych, ortograficznych, a nawet powtórzenia! Tych ostatnich było naprawdę dużo i bardzo mnie one irytowały. Widać je gołym okiem i zastanawiam się, jak to możliwe, że nikt ich nie wyłapał.
Przez większość powieści akcja wlecze się niemiłosiernie. Brak zaskakujących wydarzeń, które ożywiłyby lekturę. Dopiero pod koniec akcja troszeczkę przyspiesza, ale nie tak, jak bym chciała.
„Płonący stos” to bardzo przeciętna książka. Nie jest ani zła, ani dobra. Na pewno nie należy do literatury wysokich lotów, ale zapewnia rozrywkę na długi wieczór. Gdybym nie posiadała we własnych zbiorach drugiego tomu, zapewne bym go nie przeczytała. Ale z tego względu dam lekturze drugą szansę. Kupiłam obie części za marne grosze, więc nawet nie żałuję wydanych pieniędzy. Nie polecam, ani nie odradzam tej powieści. Sami zadecydujcie, czy chcecie zaryzykować.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

sobota, 15 marca 2014

"Mroczna toń" Tricia Rayburn

10 komentarzy:

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Mroczna toń
Tytuł oryginału: Dark Water
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2013
Liczba stron: 392

Vanessa Sands wraca do Winter Harbor kolejnego lata, aby zamknąć bolesny rozdział życia i zacząć od nowa. Dlatego jej rodzice postanowili sprzedać ich stary domek, a kupić nową rezydencję tuż nad morzem. Jest to korzystne dla ich córki, której natura syreny coraz bardziej dokucza i potrzebuje częstych kąpieli w słonej wodzie. Zwraca na siebie uwagę coraz większego grona młodych chłopaków czy mężczyzn, co staje się coraz bardziej niebezpieczne. Dodatkowo ma problemy ze swoim ukochanym – Simonem, do którego nie może się zbliżyć z obawy zrobienia mu krzywdy. W Winter Harbor znów robi się coraz niebezpieczniej, a mieszkańcy zaczynają się niepokoić. Co tym razem spotka Vanessę? Czy do miasteczka powróci kiedyś spokój?
Pierwsza część serii o syrenach niezmiernie przypadła mi do gustu. Byłam zafascynowana historią, jaką przedstawiła mi Tricia Rayburn. Jednak z drugim tomem było już nieco gorzej. Okazał się on słabszy od poprzedniego i nieco mnie zawiódł. Pełna wątpliwości i obaw sięgnęłam po trzecią część, o której słyszałam skrajne opinie. Jak wypadła ona w moich oczach?
W „Mrocznej toni” zabrakło mi akcji. Moim zdaniem autorka za dużo uwagi poświęciła miłosnym rozterkom Vanessy, a zaniedbała rozwój wydarzeń. Mało kiedy czułam dreszczyk emocji towarzyszący zaskakującym i przerażającym wydarzeniom. Nie twierdzę, że się nudziłam przy lekturze, bo wcale tak nie było, jednak autorkę stać na więcej i wydawało mi się, że ta część nic nowego, ważnego nie wnosi, miała tylko oficjalnie zamknąć trylogię.
Dużym pozytywem, jednak nie wiem, czy nie tylko dla mnie, okazały się opisy tych wspaniałych nadmorskich miejscowości. Rozmarzyłam się przy czytaniu o wycieczce, jaką urządzili sobie Vanessa i Simon do pobliskiej wsi, przejażdżka wśród pól i łąk, wędrówka po lesie… Jak dla mnie, pani Rayburn doskonale oddała klimat tamtych miejsc i zapragnęłam się w nich znaleźć. Niemal czułam na twarzy powiew słonego wiatru i słyszałam szum morza (a także drzew)…
W recenzji drugiego tomu tak narzekałam na bohaterów. Przy lekturze „Mrocznej toni” nieco zmieniłam o nich zdanie. Vanessa nadal mnie irytowała, ale w znacznie mniejszym stopniu. Zmieniła się na lepsze i po przeczytaniu wszystkich części mogę nawet stwierdzić, że ją lubiłam. Nie bardzo, ale jednak. Paige jest chyba moją ulubioną postacią z trylogii. Okazała się wspaniałą przyjaciółką, o jakiej można pomarzyć. Do Simona zdążyłam się już przyzwyczaić. Nie był już tak nieznośny jak wcześniej i bardzo się z tego powodu cieszę.
Tricia Rayburn wspaniale wykreowała syreny. Wykorzystała trochę mitologię, ale nie zabrakło jej własnych pomysłów. Bardzo mi się spodobały te morskie stworzenia i jestem nimi zafascynowana. Autorka popisała się swoją wyobraźnią i jestem ciekawa, co jeszcze wymyśli w innych swoich dziełach.
„Mroczna toń” jest ciekawą lekturą, nieco lepszą od drugiej części, ale wciąż nie przebija pierwszej. Moim zdaniem „Syrena” była najlepszym tomem trylogii i szkoda, że pisarce nie udało się jej przebić. Powieść polecam, bardzo przyjemnie i szybko się ją czyta i uważam, że to dobre zakończenie przygód Vanessy.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

sobota, 15 lutego 2014

"Namiętność sukuba" Richelle Mead

9 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Namiętność sukuba
Tytuł oryginału: Succubus Heat
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 336

Georgina wpada w przygnębienie, a nawet depresję po zerwaniu z Sethem. Kłóci się ze swoimi przyjaciółmi i szefem, Jeromem. Przespała się nawet ze swoim psychologiem. I zaczęła się spotykać z Dantem. Przy nim przynajmniej nie musi się niczego bać. Nie będzie tak żałowała, gdy on w końcu umrze, nie musi się obawiać o skażenie jego duszy. Ale ma on jedną wadę – nie jest Sethem… Pewnego dnia Georgie przekracza granicę i wkurza swojego przełożonego na tyle, że wysyła ją do znajomego demona na jakiś czas, aby popracowała u niego. I może trochę szpiegowała. Wkrótce Jerome znika w niewyjaśnionych okolicznościach, a jakoś nikt oprócz niej i jej przyjaciół za bardzo się tym nie martwi i nie zamierza go odszukać. Georgina znów jest zdana na siebie. Czy uda jej się uratować Jerome’a? Kto za tym wszystkim stoi?
Po przeczytaniu trzeciej części o sukubie, nie mogłam się doczekać, kiedy sięgnę po kolejną. Zakończenie mnie zszokowało, więc jak najszybciej zabrałam się za czwartą. Richelle Mead jak zwykle mnie nie zawiodła i już chyba nigdy w nią nie zwątpię (i tak mi się to nigdy nie zdarzyło). Teraz za cel postawię sobie przeczytanie wszystkich jej książek.
„Namiętność sukuba” nieco różni się od poprzednich tomów. Mamy tutaj okazję lepiej poznać Piekło, pracowników i zasady panujące w nim. Wcześniej cały czas napływały nowe informacje, jednak tutaj dowiadujemy się więcej, co jest dużym plusem.
W powieści pojawiają się nowi bohaterowie, choćby demony mające władzę, tak jak Jerome, nad danym terytorium. I cały czas walczą o powiększenie go. Cedric i Nanette pojawiali się najczęściej. Czytając nie wiedziałam, co mam o nich myśleć, z jednej strony polubiłam któreś z nich, ale z drugiej cały czas mi się wydawało, że coś ukrywa. Georginę, jak wspominałam w poprzednich recenzjach, uwielbiam. To jedna z tych głównych bohaterek, jakich nie da się nie lubić. Richelle Mead idealnie umie takie tworzyć. Za to Seth zaczął mnie trochę irytować. Oczywiście to nie żadna wada, po prostu byłam na niego wściekła za to, co zrobił. Ale później przebaczyłam mu. Warto też wspomnieć o przyjaciołach Georgie. Bardzo sympatyczna grupka. Każdy odznacza się innymi cechami i to za te zachowania się ich kocha. Tak oryginalnej i szalonej paczki to jeszcze nie widziałam. Jerome także wzbudził moją sympatię, choć nie wiem, czy powinien. Czasem nie zachowywał się zbyt dobrze w stosunku do swoich podwładnych, okłamywał ich i nie zależało mu na nich tak bardzo. Ale mimo wszystko miał w sobie to „coś”.
Tym razem Georginie bezpośrednio nie zagraża niebezpieczeństwo, a w poprzednich częściach właśnie tak było. Tym razem to ona musi kogoś ocalić, a nie ktoś ją. Zależało jej na tym, żeby odnaleźć Jerome’a, kiedy inni nie byli do tego chętni. Wcześniej utrzymywali dobre stosunki, co wiadomo z pierwszej części, jednak z tomu na tom jest coraz gorzej i nie wiem, czy dalej można ich nazywać przyjaciółmi. Mimo wszystko czuła do niego jakąś sympatię, ponieważ była gotowa na wplątanie się w niebezpieczną sprawę szukając go.
Richelle Mead posługuje się bardzo przyjemnym językiem. Jasno wyraża swoje myśli, a w każdym tomie przypomina najważniejsze wydarzenie z poprzednich, aby czytelnik czytając na przykład w dużych odstępach serię, mógł się we wszystkim połapać. Sceny erotyczne opisała subtelnie, a w książce nie pojawiła się ich nazbyt wielka ilość, co mogłoby zniechęcić osoby, które ich nie lubią.
Podsumowując, „Namiętność sukuba” utrzymuje poziom poprzedniej części. Zakończenie znów zwala z nóg, kiedy się przewraca ostatnie kartki, nie można uwierzyć, że powieść tak szybko się skończyła. Serdecznie polecam całą serię osobom, które jeszcze nie miały z nią do czynienia, a czytelników, którzy zatrzymali się przy którymś tomie zachęcam do sięgnięcia po kolejne.
Moja ocena: 10/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II  

wtorek, 11 lutego 2014

"Głębia" Tricia Rayburn

8 komentarzy:

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Głębia
Tytuł oryginału: Undercurrent
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2012
Liczba stron: 368

Vanessa Sands stara się powoli dojść do siebie po tragicznych wydarzeniach minionego lata. Straciła swoją ukochaną siostrę, a przede wszystkim rozwikłała kryminalną zagadkę małego miasteczka Winter Harbor dotyczącą tajemniczych morderstw mężczyzn. Jednak to nie wszystko… Dziewczyna odkryła przerażającą tajemnicę miejscowych kobiet, która, jak się okazało, wiąże się z nią samą. Okazuje się, że sama jest równie niebezpieczna i kusząca jak one. Vanessa musi się przyzwyczaić do nowego życia, dowiedzieć się więcej na temat tego, kim się stała i dlaczego. Nie może już nikomu ufać, ponieważ wyznanie prawdy może sprawić, że straci najbliższe osoby. Jednak czy to koniec jej kłopotów? Jaką tajemnicę skrywa jej rodzina? Czy w Winter Harbor jest już bezpiecznie?
Tricia Rayburn pisała od czasu swoich nastoletnich lat. Obecnie jest znaną autorką książek dla młodzieży. Jej debiutem była seria o niebezpiecznych i uwodzicielskich syrenach, która odniosła duży sukces i została przetłumaczona na wiele języków. Pani Rayburn uwielbia wodę, choć czuje lęk przed stworzeniami czającymi się w głębinach oceanów. Prawdopodobnie ta fascynacja stała się inspiracją do stworzenia tej trylogii.
Syreny to istoty, które nierzadko występowały w mitologii czy baśniach. Często się słyszałoe istoty, a raz jako niebezpieczne i kuszące kobiety zabijające mężczyzn, uwodzące rybaków i marynarz historie o tych pół-ludziach, pół-rybach i przedstawiano je w różnym świetle. Raz jako niegroźne, delikatny. Mnie w dzieciństwie fascynowała bajka „Mała Syrenka”, uwielbiałam ją oglądać i nigdy mi się nie nudziła. Dlatego teraz bardzo chętnie sięgam po powieści, w których pojawiają się syreny – wszystko jedno w jakiej postaci. „Syrena” Tricii Rayburn była moją pierwszą książką, w jakiej te istoty wysuwały się na pierwszy plan. Lektura mnie zachwyciła. A jak wypadł drugi tom, „Głębia”?
Minęło prawie półtorej roku odkąd przeczytałam pierwszą część, więc to, co się działo w niej nieco rozmazało mi się w pamięci. Niestety, autorka nie ułatwiła mi sprawy i nie przypomniała o poprzednich wydarzeniach, tylko pisała zagadkami. Dlatego musiałam wziąć jeszcze raz „Syrenę”, przewertować ją i odświeżyć sobie niektóre informacje. Po tym czytanie lektury szło mi już bezproblemowo, a lektura tak mnie wciągnęła, że pochłonęłam ją w ciągu jednego dnia.
Vanessę w tamtej części bardzo polubiłam, ale teraz, niestety, to się nieco zmieniło. Na początku poprzedniego tomu była kruchą i wrażliwą dziewczyną bojącą się ciemności i na każdym kroku potrzebującą wsparcia siostry. Kiedy teraz sobie to przypomnę, aż ciężko w to uwierzyć. Dziewczyna przeszła ogromną przemianę i stała się zupełnie nową osobą. Teraz jest silną i pewną kobietą, która już wie, że życie nie jest usłane różami. W innym przypadku by mi to nie przeszkadzało, wręcz cieszyłabym się z takiej poprawy, ale stała się bardzo irytująca. Zaczęła podejmować nieprzemyślane decyzje i myślała, że wszystko ujdzie jej na sucho. Simona wręcz nie znoszę, choć w pierwszej części jeszcze mi nie przeszkadzał. Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale po prostu to ten typ postaci, którego nie lubię i który mnie denerwuje. Coś jak Simon z „Darów Anioła”. Nawet imię mają to same…
Nie spodobało mi się wprowadzenie trójkąta miłosnego. To był chyba najgorszy pomysł autorki i moim zdaniem powinna z tego zrezygnować. Za dużo już tego w książkach i dziwię się, czemu pisarze jeszcze go wykorzystują. Ale szczerze mówiąc, wolę tego drugiego adoratora głównej bohaterki od Simona.
W „Głębi” można dowiedzieć się więcej o syrenach, jakie wykreowała Tricia Rayburn, co mnie bardzo ucieszyło. Po przeczytaniu pierwszej części nadal były one dla mnie tajemnicą, a teraz już wiem, że do życia nie potrzeba im tylko słonej wody.
„Głębia” okazała się trochę słabsza od swojej poprzedniczki. Autorka miała ciekawy pomysł na kontynuację „Syreny”, jednak wprowadziła niepotrzebne zawiłości i przedobrzyła. Mimo kilku mankamentów powieść mnie wciągnęła i zaintrygowała, czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem. Uważam, że jest to dobra lektura, ale wiele jej brakuje do doskonałości. Polecam szczególnie osobom, które tak jak ja są zafascynowane stworzeniami skrywającymi się w głębinach oceanów.
Moja ocena: 6/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

niedziela, 26 stycznia 2014

"Udręka" Lauren Kate

15 komentarzy:

Autor: Lauren Kate
Tytuł: Udręka
Tytuł oryginału: Torment
Wydawnictwo: MAG
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 480

Luce musi na dłuższy czas rozstać się z Danielem. Nie potrafi bez niego żyć, jednak ukochany wciąż powtarza, że to dla jej bezpieczeństwa. Chłopak prowadzi walkę z Wygnańcami, którzy chcą za wszelką cenę znaleźć Luce i ją zabić. Dziewczyna zostaje umieszczona w Shoreline, szkole w Kalifornii, tak daleko od jej dawnego miejsca zamieszkania. Jak się okazuje, uczą się w niej również Nefilim, potomkowie ludzi i aniołów, którzy posiadają szczególne zdolności. Nastolatka chodzi na zajęcia z nimi i wśród grona nowych przyjaciół nie musi ukrywać tego, co wie o ich świecie, a nawet dowiaduje się więcej. Luce uczy się również czym są cienie i jak może je wykorzystywać. Im dłużej jest w szkole, tym więcej wątpliwości ją nachodzi. Czy Daniel mówi jej całą prawdę? Od czego zaczęła się ich historia? Jaka była ich przeszłość? Jest coraz mniej czasu na odkrycie tajemnic…
Lauren Kate po raz trzeci mnie zaskoczyła. Najpierw „Upadli”, gdzie to dziewczyna próbuje zdobyć chłopaka i się nie poddaje, choć zazwyczaj w książkach jest na odwrót, później świetne wykorzystanie mitu o Atlantydzie w „Łzie”, a teraz… Niestety, po raz pierwszy to zaskoczenie jest w pewnym stopniu negatywne.
Po przeczytaniu pierwszej części, niezbyt spieszyło mi się z kontynuacją. Słyszałam, że jest słabsza, a poza tym opis nie za bardzo mnie zaciekawił. Byłam nastawiona na to, że „Udręka” będzie gorsza i historia miłosna stanie się mdła, przesłodzona. Kiedy zaczęłam czytać, okazało się, że miałam po części rację.
Główna bohaterka zaczęła mnie denerwować. Nie słuchała niczyich dobrych rad, nawet Daniela i działała pod wpływem impulsu. To ostatnie nie byłoby takie złe, gdyby nie to, że niektóre jej decyzje czy pomysły nie były zbyt mądre, ani nawet odważne. Kiedy zaczęła wątpić w swojego ukochanego, zamiast porozmawiać lub poszukać prawdy na własną rękę, ona zastanawiała się, czy Daniel na pewno jest jej przeznaczony i znalazła nowego chłopaka. W „Udręce” pojawili się również nowi bohaterowie. Pierwszą z nich, Shelby, bardzo polubiłam. To dziewczyna z charakterem, potrafiąca sobie radzić w życiu. Zaczęłam teraz żałować, że to nie ona jest główną postacią. Za to Miles nie wzbudził we mnie sympatii. Już od samego początku czułam, że Luce mu się podoba, a ja nienawidzę, kiedy ktoś tak na siłę pcha się w inny związek. Tacy bohaterowie bardzo mnie irytują.
Wątek miłosny stał się po prostu… nudny. Luce na początku powieści cały czas wzdychała, że nie może żyć bez Daniela, a kiedy się pojawiał ciągle myślała o tym, jaki jest piękny i cudowny. Nie pamiętam, czy tak było również w „Upadłych”, ale tam aż tak mi się to nie rzucało w oczy. A w drugiej części miałam już dość tego przesłodzonego romansu. I pełnego kłamstw i zdrad. Natomiast trójkąt miłosny to już przegięcie.
Jednak w książce nie brakuje też plusów. Przypadł mi do gustu pomysł z Shoreline – szkołą, w której uczą się również Nefilim. Prowadzono w niej interesujące zajęcia dla uczniów mających specjalne moce. Uczyli się oni swojej historii, a dokładniej historii swoich przodków, jak mogą wykorzystywać magiczne zdolności oraz jak walczyć. Oprócz tego chodzili również na „zwyczajne” zajęcia tylu biologia, angielski. Podobało mi się też to, że zajęcia dla Nefilim prowadziły dwie osoby: anioł i demon – razem, aby nikogo nie przeciągnąć na daną stronę.
Rozwinął się wątek cieni, a raczej Głosicieli, co mnie bardzo cieszy. W poprzedniej części nic nie było o nich wiadomo, a teraz część wątpliwości się rozwiała. I zostały one przedstawione bardzo ciekawie. Mam nadzieję, że w „Namiętności” autorka dalej pociągnie ten wątek.
„Udręka” mnie nie zachwyciła. Nie dorównuje pierwszej części i trochę mnie zawiodła. Historia Luce i Daniela nadal mnie interesuje i przeczytam kolejny tom, ale nie będę od niego zbyt wiele wymagać i raczej nie stanie się to w najbliższym czasie. Na razie muszę odpocząć od tej serii. Wiem, że Lauren Kate stać na więcej i porównując tę lekturę do „Łzy” – czułam, jakby obie książki napisali różni autorzy. Polecam, ale tylko osobom, które nie wymagają zbyt dużo od powieści.
Moja ocena: 6/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II  

poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Morza szept" Patricia Schröder

7 komentarzy:

Autor: Patricia Shröder
Tytuł: Morza szept
Tytuł oryginału: Meeresflüstern
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 336

Elodie nie może się pozbierać po śmierci ojca. Bez niego nie umie się odnaleźć w życiu, nie potrafi również uwierzyć, że już nigdy go nie zobaczy. Zdesperowana matka wysyła ją na pół roku do ciotki Grace, na Guernsey, aby tam córka pogodziła się ze stratą. Podróż na malowniczą wyspę wydaje się fantastyczną przygodą, jednak dziewczyna nie potrafi się z niej cieszyć. Od dzieciństwa boi się bowiem wody. Ledwo znosi kąpiel, a co dopiero powiedzieć o pływaniu w morzu. Nie czuje się komfortowo nawet w pobliżu zbiornika wodnego, odczuwa wtedy dziwaczne pieczenie lub swędzenie kostek. Pobyt na wyspie zapowiada się jednak ciekawie. Elodie poznaje Ruby, która staje się jej przyjaciółką, jej wielką miłość, Ashtona, oraz ich znajomych, w tym Cyrila, najprzystojniejszego chłopaka z paczki. Ten ostatni zaprasza ją na kolację już podczas pierwszego spotkania, co powoduje, że bohaterka zaczyna się nim bardziej interesować z każdym kolejnym wspólnym wyjściem. Sielankę na Guernsey przerywa śmierć pewnej dziewczyny. Została ona zamordowana, a okoliczności tego tragicznego zdarzenia są bardzo tajemnicze. Elodie zamierza sama odkryć sekrety wyspy i nieznajomych chłopaków, którzy niedawno pojawili się w mieście.
Patricia Schröder mieszka w Niemczech. Studiowała projektowanie tkanin i przez jakiś czas pracowała w zawodzie, lecz później całkowicie oddała się pisaniu. Po narodzinach dzieci przeprowadziła się nad morze, piękne widoki pobudziły jej wyobraźnię. Podróże na Wyspy Normandzkie zainspirowały ją do stworzenia trylogii o Elodie. Wkrótce stała się jedną z bardziej znanych autorek młodzieżowych.
Uwielbiam książki o przeróżnych morskich istotach. Syreny, trytony czy potwory żyjące w wodzie szalenie mnie interesują. Niestety, powieści o tej tematyce jest bardzo mało i nieczęsto mam okazję się z owymi zapoznać. Jednak wolę nieliczne, acz dobre lektury, niż całe masy powtarzających się tekstów. Wątek wodnych stworzeń jest wciąż świeży i pozostawia ogromne pole do popisu autorom. Po niesamowitej i intrygującej „Syrenie” jeszcze chętniej sięgam po powieści o tajemnicach, które kryją oceany. A jakie wrażenie wywarł na mnie „Morza szept”?
Tym, co mi się najbardziej nie spodobało i raziło podczas czytania, był styl autorki. Po pierwsze, w niektórych momentach pisała zbyt chaotycznie, nie umiałam odnaleźć się w sytuacji. Po drugie, często znajdywałam błędy stylistyczne, dość rażące, choć po części mogła to być wina korekty. Wydawało mi się, że pewne fragmenty nie zostały przez nikogo sprawdzone. Przez to niektóre zdania nie miały sensu i ciężko było w takich chwilach skupić się na czytaniu. Przykład (jeden z wielu): „Podążając za innym impulsem, weszłam krok na balkon i opuściłam dłonie na balustradę” (s. 218). Czasem także dialogi, uwagi czy komentarze wydawały mi się wymuszone i infantylne, płytkie. Nie wnosiły nic nowego i miałam wrażenie, że Patricia Schröder wstawiła je po to, aby przedłużyły powieść.
Bohaterowie specjalnie nie zapadli w mojej pamięci. Elodie była mi po prostu obojętna. Nie wywołała u mnie żadnych uczuć, dosłownie nic. Ani negatywnych emocji, ani pozytywnych. Podczas lektury lubię zżyć się z postaciami, a w tej książce nie miałam takich możliwości. Ruby okazała się sympatyczną osobą, lecz po jakimś czasie jej obraz zaczął mi się zamazywać. Dodatkowo, dziwne wydawało mi się to, że już po kilku dniach znajomości dziewczęta stały się najlepszymi przyjaciółkami. Gordian na początku przypadł mi do gustu, lubię tajemniczych chłopaków w powieściach, ale im więcej sekretów odkrywał, tym mniej mnie ciekawił, aż w końcu stał się nijaki.
„Morza szept” wciąga. Kiedy już się zacznie czytać tę książkę, nie można się od niej oderwać. Historia intrygowała mnie i chciałam się dowiedzieć, jakie sekrety skrywa wyspa i niektórzy mieszkańcy. Nie mogłam się doczekać, kiedy je odkryję. Szkoda, że zakończenie było nużące, nieco zawiodłam się na rozwiązaniach tajemnic, domyśliłam się ich.
Istoty opisane przez autorkę bardzo mi się spodobały. Po raz pierwszy miałam styczność z takimi gatunkami jak niksy, przez co czułam się mile zaskoczona. Dzięki powieści poznałam stworzenia z mitologii germańskiej, o której do tej pory niezbyt dużo wiedziałam.
Książka pięknie prezentuje się na półce. Okładka jest zjawiskowa i przyciąga wzrok, dodatkowo świetnie pasuje do treści i ma swój klimat. Do tekstu wewnątrz lektury została użyta czcionka, która nie męczy wzroku. Nieco przeszkadzały mi jednak fragmenty pisane kursywą, czytało się je ciężej niż inne.
„Morza szept” to powieść, jakiej oczekiwałam. Co prawda miałam skrytą nadzieję, że książka okaże się perełką, ale i tak się nie zawiodłam. Wspaniale można się przy niej odprężyć i powrócić do wakacji, które, niestety, zbyt szybko minęły. Jest to świetny przerywnik od nauki czy pracy. Serdecznie polecam młodzieży, ponieważ do tej grupy najlepiej przemówi omawiana pozycja.
Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję portalowi Efantastyka.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ
***
Kochani,
życzę Wam spokojnych, rodzinnych świąt Bożego Narodzenia, abyście wypoczęli w te wolne dni i nie musieli się niczym martwić, spełnienia marzeń, wielu sukcesów, duuużo dobrych książek, a przede wszystkim zdrowia i szczęścia :) I oczywiście szczęśliwego Nowego Roku, miejmy nadzieję, że będzie on naprawdę dobrym rokiem ^^

niedziela, 3 listopada 2013

"Winter" Asia Greenhorn

11 komentarzy:

Autor: Asia Greenhorn
Tytuł: Winter
Tytuł oryginału: Winter
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 456

Babcia Winter Starr ulega dziwnemu wypadkowi. Zapada w śpiączkę i pozostawia dziewczynę bez opieki. Nastolatka zostaje przeniesiona z Londynu do Cae Mefus, miasteczka na północy Walii. Tam czekają na nią nowi opiekunowie, pięcioosobowa rodzina, która stara się pomóc jej w trudnej sytuacji. Szczególne zainteresowanie okazuje jej najstarszy syn państwa Chiplinów. W nowej szkole Winter poznaje wspaniałego i zabójczo przystojnego Rhysa. Nie mogą przestać o sobie myśleć i zaczynają coś do siebie czuć. Jednak dziewczyna odkrywa przerażającą tajemnicę miasteczka, która stoi na drodze szczęśliwej miłości. Wie, że czeka na nią niebezpieczeństwo i musi szybko odkryć, jaką rolę w tym wszystkim odgrywa. Winter poznaje przerażające sekrety o swojej babci, rodzicach, amulecie, który nosi od dzieciństwa, oraz o sobie…
Asia Greenhorn urodziła się w Londynie w 1980 roku, a wychowywała w małym miasteczku na północy Walii, pewnie dlatego akcja jej powieści toczyła się w tych miejscach. Teraz mieszka w Mediolanie razem ze swoim kotem syjamskim. „Winter” to jej debiut pisarski, powstała także kontynuacja, „Silver”.
Byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej książki. Okładka prezentowała się wspaniale, a opis bardzo intrygował. Spodziewałam się zaskakującej powieści z mnóstwem tajemnic i akcji, a otrzymałam chaotyczną historię z oklepanymi i mdłymi wątkami. Okropnie się zawiodłam, już dawno żadna lektura tak mnie nie rozczarowała.
Bohaterowie są bezosobowi, przez całą książkę wydawali się obcymi postaciami. Autorka nie przedstawiła żadnych ich cech, a oni nie okazywali żadnych prawdziwych emocji. Po ponad czterystu pięćdziesięciu stronach nie umiem nic powiedzieć o charakterze Winter i po zamknięciu powieści chciałam natychmiast o niej zapomnieć. Irytowała mnie niezmiernie, nie mogłam jej znieść. Jej działania były nieprzemyślane, a ona nie potrafiła skojarzyć najprostszych faktów. Ja już od pierwszych stron domyślałam się rozwiązania zagadki, a ona nie mogła w nic uwierzyć. Rhys także strasznie mnie denerwował. Był bardzo sztuczny i płytki. Asia Greenhorn próbowała stworzyć idealną postać, bez żadnej skazy, co jest niemożliwe.
Wątek miłosny okazał się mdły, przesłodzony i bezsensowny. Winter i Rhys już od pierwszego spotkania nie mogli przestać o sobie myśleć. Byli sobą zafascynowani i choć się jeszcze nie znali, byli już w sobie zakochani. To jest nierealne, autorka za szybko chciała zrobić z nich parę. Na dodatek stworzyła zakazaną miłość, co było zbędne, niektóre sytuacje mnie wręcz śmieszyły.
Wszystko zostało opisane chaotycznie, nie mogłam połapać się w fabule i bohaterach. Nie rozumiałam czym jest Rada, Familia, Moc itd. Nic nie zostało sensownie wyjaśnione, wszystkie fakty były pomieszane i miałam wrażenie, że sama autorka nie wiedziała o co jej chodzi. Takiego chaosu i bezładu dawno nie widziałam.
„Winter” jest do bólu przewidywalna. Po artykule na pierwszej stronie można już wywnioskować o czym będzie powieść. Zastanawiam się, czemu pisarze jeszcze decydują się na tak oklepane tematy. Większość czytelników one już nudzą. Pisanie i czytanie takiej książki to (zazwyczaj) strata czasu.
W „Winter” irytującą sprawą była także długość rozdziałów, a co za tym idzie – ich ilość. Miały średnio cztery strony, rzadko zdarzały się dłuższe. Przez to nie mogłam nawet wczuć się w książkę. Autorka błyskawicznie przechodziła od jednej sprawy do drugiej, zdecydowanie za szybko wszystko się działo. Nie zatrzymywała się przy mniej ważnych sytuacjach, mogłaby opisać choćby jeden wspólny posiłek z nowymi opiekunami, jak się dogadywali, lecz tego nie zrobiła.
Książka Asi Greenhorn to ogromne rozczarowanie. Nie potrafię znaleźć żadnego pozytywu w tej lekturze. Nie miałam żadnej przyjemności z czytania, tylko zmarnowałam czas i zdenerwowałam się. Na tego typu opowieści nie powinno się marnować papieru. Nikomu nie polecam, czytanie to istne tortury. Radzę omijać szerokim łukiem i nie podchodzić bez uzbrojenia w stalowe nerwy.
Moja ocena: 1/10
 
Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ; PARANORMAL ROMANCE

sobota, 2 listopada 2013

"Upadli" Lauren Kate

13 komentarzy:

Autor: Lauren Kate
Tytuł: Upadli
Tytuł oryginału: Fallen
Wydawnictwo: MAG
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 464
Luce trafia do poprawczaka za coś, czego nie zrobiła. Wszyscy obwiniają ją o śmierć kolegi, przy której była obecna, lecz nie ma z nią nic wspólnego. Do szkoły wprowadza ją nowa koleżanka o imieniu Arriane – pokazuje miejsca nieobjęte ochroną, zapoznaje z tutejszymi zwyczajami, przedstawia innych uczniów. Lucinda chętnie wróciłaby do domu, nowe miejsce nie przypada jej do gustu i już pierwszego dnia wpada w konflikt z jedną z uczennic. W szkole poznaje przystojnego chłopaka i wydaje się jej, że już kiedyś go poznała. Daniel niestety nie ukrywa swojej niechęci do dziewczyny, często ją ośmiesza i zbywa wrednymi komentarzami. Mimo wszystko coś ją do niego ciągnie i nie zamierza się poddać. Dziewczynie w powolnym zapomnieniu o niedawnych wydarzeniach przeszkadzają także cienie. Tylko ona je widzi, a zwiastują niebezpieczeństwo. Czym one są? Czemu Luce je widzi? O co chodzi Danielowi?
Lauren Kate jest amerykańską autorką książek z gatunku fantastyki. Odniosły one ogromny sukces i utrzymywały się na szczytach list bestsellerów. Zaczęła pisać w Nowym Jorku, pierwszą powieść wydała w 2009 roku. Jej najnowsze dzieło, „Łza” ma się ukazać w Polsce w połowie listopada.
Do tej powieści już od dawna mnie ciągnęło. Zbierała sporo pozytywnych opinii i wyróżniała się spośród innych – nie słyszałam wcześniej o tym, aby akcja książki toczyła się na terenie poprawczaka, w którym mieszkała i uczyła się główna bohaterka. Tematyka także wydawała się interesująca. Dlatego bez namysłu zakupiłam „Upadłych” i nie mogłam się doczekać lektury. Czy warto było?
Książka bardzo wciąga, nie można się od niej oderwać. W ciągu jednego dnia przeczytałam połowę tomu. Kiedy mówiłam sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”, oczywiście na tym się nie kończyło. Plusem jest to, że rozdziały nie były krótkie, a dość długie, ale niemal nie zauważałam przewracających się kartek.
Bardzo polubiłam bohaterów z powieści. Luce nie była wrażliwą i płaczliwą dziewczyną, która cały czas żyje przeszłością. Mimo przykrości, jakie ją spotkały, starała się powrócić do normalnego życia i być silna. Jej zachowanie było odmienne od większości bohaterek książkowych. To ona walczyła o chłopaka, a nie on o nią. Nie poddawała się, choć wiele razy się skompromitowała przed Danielem. Na początku nie obdarzyłam jej zbyt wielką sympatią, ponieważ Luce już pierwszego dnia w szkole zastanawiała się, którego chłopaka wybrać spośród dwóch, co jest co najmniej dziwne. Daniel okazał się bardzo intrygujący. Ukrywał wiele tajemnic i cały czas zastanawiałam się, o co mu chodzi. Także postaci drugoplanowe zostały świetnie wykreowane. Miło wspominam Arriane, Penn, Gabe oraz innych.
Lauren Kate posługuje się prostym językiem, pasującym do grona odbiorców powieści, czyli młodzieży. Wszystkie opisy były bardzo ciekawe. Nie przypominam sobie momentu, podczas którego bym się nudziła.
Oprawa graficzna jest zachwycająca. Okładka przyciąga wzrok i zachęca do zapoznania się z lekturą. Pięknie wygląda na półce. Jest to wspaniałe „opakowanie” kryjące równie dobrą treść. Bardzo mi się podoba także czcionka użyta w środku. Nie męczy oczu i ma odpowiednią wielkość.
Podsumowując, „Upadli” to świetna książka. Przyjemnie się ją czyta i bardzo wciąga. Powiedziałabym, że tematyka jest oryginalna, gdyby nie to, że ostatnio podobnych powieści jest cała masa. Jednak jeszcze w roku wydania lektury nie było ich dużo. Serdecznie polecam „Upadłych” i mam nadzieję, że kolejne tomy serii okażą się równie dobre.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

sobota, 19 października 2013

"Cień Nocy" Andrea Cremer

13 komentarzy:

Autor: Andrea Cremer
Tytuł: Cień Nocy
Tytuł oryginału: Nightshade
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 416

Calla jest młodą alfą klanu wilkołaków Cień Nocy. Ma już ustaloną przyszłość przez Opiekunów, którym usługują. Po ukończeniu osiemnastu lat wyjdzie za mąż za alfę drugiego klanu, Kara Nocy, aby stworzyć nową grupę Strażników, której będą razem przewodzić. Do tej pory posłusznie wykonywała wszystkie rozkazy i zgadzała się z ich wolą. Ale kiedy łamie pierwszy zakaz ratując przed śmiercią pewnego chłopaka, zaczyna się buntować…  Robi się coraz niebezpieczniej, kiedy Shay, bo tak miał na imię ten młodzieniec, przenosi się do ich liceum. Calla zaczyna coś do niego czuć, choć Ren, młody alfa Kary Nocy, także nie pozostaje jej obojętny… Co wybierze dziewczyna – miłość czy posłuszeństwo? Swoim wyborem może ryzykować nie tylko własne życie, ale też życie swojej rodziny i przyjaciół.
Andrea Cremer mieszka z mężem i swoimi zwierzakami w Minnesocie. W dzieciństwie uwielbiała marzyć, często udawała się do pięknych i malowniczych miejsc w Wisconsin. Fascynowała ją magia. Jest fanką twórczości Christine Feehan. Debiutem pani Cremer jest „Cień Nocy”, pierwsza część serii. U nas, w Polsce, ukazały się jedynie dwa tomy cyklu, a wydawnictwo prawdopodobnie nie zamierza kontynuować serii.
Wcześniej nie zamierzałam czytać tej książki, nie miałam jej w planach. Ale tak wyszło, że kupiłam ją właściwie przez przypadek. W tamtym roku robiłam sobie prezent na urodziny, a w księgarni internetowej była przecena. Zauważyłam powieść, przeczytałam kilka opinii i postanowiłam dać jej szansę. Czy warto było?
Książka bardzo wciąga. Choć historia sama w sobie nie jest najlepsza, to chętnie zagłębiałam się w fabułę. A później nie mogłam się oderwać. Nawet kiedy nic się nie działo, to czytanie sprawiało przyjemność i chciałam poznać dalszy ciąg opowieści.
Bohaterowie nie są mocną stroną lektury. Są wręcz dużym minusem. Calli nie polubiłam, ale też tak bardzo jej nie znienawidziłam. Często mnie irytowała, podejmowała złe decyzje. A jej zauroczenie Shayem całkowicie niezrozumiałe. Nie podobało mi się to, że tak ryzykowała życie dla tego chłopaka. Jej postać po prostu nie przypadła mi do gustu. Ren za to okazał się całkiem niezły. Na pierwszy rzut oka widać, że zależy mu na Calli i dobru klanu. Nie zmuszał jej do niczego, ale nie podobało mu się jej zainteresowanie Shayem. I w tym go popierałam. Też czułam wściekłość. Samego Shaya nie mogłam znieść. Kiedy tylko się pojawił, wiedziałam, że będą kłopoty. Tak mnie wkurzał, że miałam ochotę rozszarpać książkę na strzępy. Ta jego naiwność, głupota, upór i obstawanie przy swoim…  Nie znał zasad rządzących Strażnikami, a kłócił się o nie z główną bohaterką. Doprawdy, nie mam pojęcia, co ona w nim widziała. Ja sto razy bardziej wolałam Rena. Ale jestem prawie pewna, że dziewczyna wybierze tego drugiego. To najgorsza postać ze wszystkich i nie mogę tego przeboleć.
Końcówka książki jest beznadziejna. Nie chcę za dużo zdradzać, ale miałam nadzieję, że Calla pójdzie po rozum do głowy. Ostatnie pięćdziesiąt stron to męki i katusze, choć akcja mknie w szybkim tempie i czytanie powinno sprawiać największą przyjemność. To nie było na moje nerwy…
Andrea Cremer posługuje się prostym językiem, dzięki któremu powieść czyta się jeszcze szybciej. Potrafi wciągnąć czytelnika w swoją opowieść, choć nie jest ona wysokich lotów. Było dużo opisów, które ułatwiały wyobrażanie sobie świata wilkołaków. Autorka dobrze wyjaśniła czym są Strażnicy i Opiekunowie, świetnie dopracowała ich historię.
„Cień Nocy” ma zjawiskową okładkę. To głównie ona zachęciła mnie do lektury. Pięknie wygląda na półce, przyciąga wzrok. Szkoda, że nie kryje tak wspaniałej treści. Czcionka w środku jest wygodna dla wzroku, nie męczy oczu.
Powieść pani Cremer nie jest zła, ale też nie dobra. Znalazłam w niej wiele mankamentów i niestety nie mogłam zatracić się w historii. Bohaterowie i ich wybory bardzo mnie irytowały, Shaya nie mogłam znieść. Nie wiem, czy sięgnę po drugą część. „Cień Nocy” skończył się tak, że wiem, iż „Blask Nocy” będzie kosztował mnie jeszcze więcej nerwów. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, co będzie dalej. Mimo wszystko jest to wciągająca i przyjemna lektura, mniej wymagający czytelnicy mogą być zachwyceni światem przedstawionym przez autorkę.
Moja ocena: 5/10
 

sobota, 21 września 2013

"Marzenia sukuba" Richelle Mead

14 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Marzenia sukuba
Tytuł oryginału: Succubus Dreams
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 304

Georgina znowu ma kłopoty. Ale to już chyba nie nowość, prawda? Co rusz przytrafiają się jej dziwne i niebezpieczne rzeczy. Tym razem chodzi o sny… Ktoś wysysa z niej energię życiową, jaką zabrała od mężczyzn podczas seksu, w trakcie gdy ona ma pełne emocji marzenia nocne, z których nie chce się budzić. Widzi siebie szczęśliwą, której spełniło się jej najskrytsze marzenie… Jednak robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Georgie musi coraz częściej znajdywać ofiary, ponieważ jej natura sukuba ją do tego zmusza. Inaczej nie przeżyje. Zastanawia się też, co zrobić, aby jej związek z Sethem przetrwał. Coraz częściej dochodzi do sprzeczek, nie mogą całkowicie poddać się uczuciu, gdyż Georgina może mu zabrać przy tym kilka lat życia. Jak tym razem sukub poradzi sobie z problemami?
Dwa poprzednie tomy serii były świetne. Wspaniale się bawię czytając perypetie Georgie, często poprawiają mi humor i muszę przyznać, że coraz bardziej przywiązuję się do tego cyklu. Po tej części już wiem, że na pewno będę rozpaczać po zakończeniu z nim przygody. Historia sukuba opanowała mój umysł, często myślę o wydarzeniach opisanych w książce, kilka razy mi się śniły (naprawdę!).
Bardzo spodobały mi się sny Georginy przedstawione w tym tomie. Wydawały się dla niej takie realne i piękne. Jak się później okazało, mają dość duże znaczenie, choć wciąż pozostają zagadką (ten kto czytał, powinien wiedzieć o co chodzi). Bardzo spodobał mi się pomysł autorki, jestem nim zachwycona.
Widać, że styl Richelle Mead coraz bardziej się rozwija. Uwielbiam go, właśnie za to pokochałam jej książki. Pisze tak, że nie można się oderwać. Opisy nie są nudnawe i zbyt długie, ale interesujące i pomagają zadziałać wyobraźni.
Wcześniej o tym nie wspominałam, więc teraz to zrobię – uwielbiam kotkę Georginy! Choć niewiele jej w powieści, to nie można jej nie zauważyć. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale po prostu skradła mi serce. Mam słabość do zwierząt, więc proszę mi się nie dziwić. Sama chciałabym mieć kiedyś taką słodką kotkę.
Richelle Mead ma talent w kreowaniu postaci. Wszystkie z nich są niepowtarzalne, prawdziwe i zapadające w pamięć. Mają ludzkie cechy, nie są idealne. Georgina zalicza się do moich ulubionych bohaterek książkowych. Takich trzeba ze świecą szukać! Nie jest szarą myszką, która boi się wyrazić własnego zdania, wręcz przeciwnie. Jest duszą towarzystwa, zawsze wie, co powiedzieć i jest zdecydowana w swoich uczuciach. Setha także uwielbiam. Jak wspominałam w innej recenzji – on pokazuje, że bohater płci męskiej nie zawsze musi być odważny, arogancki i pewny siebie.
Zakończenie powieści zwaliło mnie z nóg. Dosłownie. Traf chciał, że kończyłam „Marzenia sukuba” w środku nocy i po końcówce nie mogłam spać. Byłam oszołomiona i nie mogłam uwierzyć, że sprawy tak się potoczyły. Chociaż nie, nie byłam oszołomiona, tylko wzburzona! Przez resztę nocy przekręcałam się z boku na bok i myślałam o książce.
Podsumowując. „Marzenia sukuba” to wspaniała kontynuacja. Po jej przeczytaniu już nie wiem, czego mogę się spodziewać po kolejnych tomach. Nie mogę się doczekać, kiedy je przeczytam, ale z drugiej strony nie chcę tego zrobić zbyt szybko. Zakończenie wywarło na mnie ogromne wrażenie. Serdecznie polecam, mam ogromną nadzieję, że innym ta powieść spodoba się tak bardzo, jak mi.
Moja ocena: 9/10
 

środa, 21 sierpnia 2013

"Śniąc na jawie" Gwen Hayes

13 komentarzy:

Autor: Gwen Hayes
Tytuł: Śniąc na jawie
Tytuł oryginału: Dreaming Awake
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 320

Theia uciekła z Podziemi wraz z ukochanym. Może powrócić do normalności – chodzić do szkoły, spotykać się z przyjaciółmi. Jednak już nic nie pozostanie takie, jakim było dawniej. Dziewczyna ma teraz demoniczne moce i nie wie, czego może się po sobie spodziewać. Od czas do czasu odczuwa potężny głód i czasem musi się powstrzymywać, aby nie wyrządzić nikomu krzywdy. Mara, królowa Podziemi, szuka sposobu, aby się zemścić i wkrótce znów pojawia się na drodze Thei i Hadena. Ich bliscy są w niebezpieczeństwie, dlatego muszą zacząć szybko działać. Dodatkowo w szkole nastolatka zaobserwowała dziwne zachowanie osób, za którymi nie przepada. Kto lub co za tym stoi? Czy Theia i Haden w końcu będą mogli być razem szczęśliwi?
Gwen Hayes jest amerykańską pisarką. Mieszka w Pacific Northwest wraz z mężem (jej największą miłością, chłopakiem ze snów), dwójką dzieci oraz z kilkoma czworonożnymi przyjaciółmi. Spod jej pióra wyszło już kilka powieści, jednak dopiero „Strąceni” przynieśli jej największą sławę. Dzięki tej powieści dołączyła do grona najpopularniejszych autorek gatunku paranormal romance.
„Strąconych” czytałam już dawno temu. Kupiłam tę powieść ze względu na okładkę, która mnie zauroczyła. Kiedy ujrzałam ją stojącą na półce w księgarni, pomyślałam, że muszę ją mieć. Dlatego następnego dnia z przeliczonymi pieniędzmi (wtedy jeszcze nie znałam tanich księgarni internetowych, więc zapłaciłam cenę okładkową!) wróciłam i bez namysłu kupiłam książkę. Szybko wzięłam się za czytanie. Powieść bardzo mi się spodobała, ale nie miałam pojęcia, że ma być druga część. Dla mnie historia się zakończyła, co z tego, że nie wiadomo, czy bohaterowie będą żyli razem długo i szczęśliwie tak do końca. Jednak kiedy ukazał się kolejny tom, czekałam na jakąś promocję, aby go kupić. I tak właśnie niedawno wpadła w moje ręce książka „Śniąc na jawie”. I nie stała wcale tak długo na półce!
Powieść nie spodobała mi się tak bardzo, jak pierwsza część. Może jest to kwestia tego, że teraz czytam o wiele więcej i poznałam już tyle podobnych historii, że czasem mam dość. W niektórych momentach się nudziłam, chciałam jak najszybciej skończyć lekturę.
Bohaterowie nie wzbudzili we mnie zbyt dużo emocji. Kiedy ktoś umierał, wcale nie płakałam, nie robiło mi się przykro. Nie przywiązałam się do nich i szybko o nich zapomnę. Zaczynając czytać pamiętałam tak naprawdę tylko imiona głównej bohaterki i jej chłopaka. Theia w tej części zaczęła mnie irytować. Nie bardzo, ale w niektórych momentach, owszem. Bardzo się zmieniła i czasem jej zachowanie było lekkomyślne. Podejmowała głupie i nieprzemyślane decyzje, zaczęła się oddalać od swoich przyjaciół. Haden też nie jest warty zbyt wielkiej uwagi. On także mnie denerwował, autorka mogła go lepiej wykreować. Spodobało mi się natomiast to, że zostały przedstawione największe lęki przyjaciół Thei, dzięki czemu można było ich lepiej poznać. Dwa rozdziały zostały poświęcone Donny i Amelii, w każdym z nich, jedna z dziewczyn prowadziła narrację, co było ciekawym pomysłem. Czytelnik mógł zrozumieć niektóre ich zachowania czy decyzje.
Wątek miłosny za bardzo wysuwa się na pierwszy plan. Był bardzo irytujący i niedojrzały. Theia rumieniła się za każdym razem, kiedy pomyślała o pocałunku. A jeszcze częściej zdarzało się to w obecności Hadena. Zresztą on nie był lepszy. No litości! Ileż można o tym czytać, o tej wielkiej miłości i wyznaniach typu „nie potrafię bez ciebie żyć”?
Za to Podziemia były bardzo interesujące i dość oryginalne. Uwielbiałam, kiedy akcja rozgrywała się w tym miejscu. Autorka barwie opisała stworzony przez siebie świat, szczerze mówiąc sama chciałabym się tam znaleźć (oczywiście tylko w niektórych miejscach), choćby na chwilę.
Okładki obu tomów są piękne. Przyciągają wzrok i zachęcają do czytania. Głównie za sprawą okładki kupiłam „Strąconych” i pomimo tego, że powieść nie jest arcydziełem, nie żałuję.
„Śniąc na jawie” to ciekawa lektura, choć niewyróżniająca się na tle innych romansów paranormalnych. Nie żałuję, że ją przeczytałam i jeżeli ukaże się trzecia część (ale chyba się na to nie zapowiada) to chętnie się z nią zapoznam. Polecam powieść na chwilę wytchnienia i dla mniej wymagających czytelników.
Moja ocena: 6/10