Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 kwietnia 2014

"Jutro" John Marsden

9 komentarzy:

Autor: John Marsden
Tytuł: Jutro
Tytuł oryginału: Tomorrow, When The War Began
Wydawnictwo: Znak Litera Nova
Miejsce i rok wydania: Kraków 2011
Liczba stron: 272

Grupa siedmiorga przyjaciół wybiera się na biwak do Piekła, odległego miejsca w górach, do którego wcześniej dotarł jedynie były morderca-pustelnik (według plotek okolicznych mieszkańców). Spędzają razem pięć wspaniałych dni, a kilkoro z nich zaczyna łączyć coś więcej niż przyjaźń. Kiedy wracają do swoich domów, odkrywają, że nie jest to już ten sam świat, z którego wyjechali. Zastają puste domy, martwe zwierzęta, przeterminowane jedzenie i brak jakiejkolwiek informacji o tym, co się stało. Od teraz muszą działać na własną rękę, aby przeżyć i dowiedzieć się, gdzie są ich rodzice. Jak sobie poradzą? Uda im się ocalić swoje życie?
John Marsden zaczął swoją przygodę z książkami, kiedy to chodził do szkoły prywatnej, ale nie przestrzegał tamtejszych zasad i często zostawał po lekcjach. To właśnie wtedy miał czas na czytanie, które wolał o wiele bardziej niż przeróżne sporty, które uwielbiali jego koledzy. Po wielu latach został nauczycielem języka angielskiego, ale był rozczarowany faktem, iż jego uczniowie nie przepadają za czytaniem. Dlatego postanowił sam napisać dla nich książkę – „So Much To Tell You”, która powstała w trzy tygodnie. I tak Marsden zaczął pisać, a obecnie na swoim koncie ma już kilkanaście powieści. Pierwsza część bestsellerowej serii „Jutro” powstała w 1993 roku. A teraz zaczynam się dziwić, dlaczego u nas tak genialna książka pojawiła się ona dopiero w 2011 roku.
Do serii „Jutro” nigdy jakoś specjalnie mnie nie ciągnęło. Zbierała sporo pozytywnych recenzji, ale niektórych ona rozczarowała. Koleżanka zdecydowanie odradzała mi tę pozycję mówiąc, że wszystko jest zbyt nierzeczywiste i „zmyślone”. Ja jednak chciałam na własnej skórze przekonać się, czy książka jest warta uwagi, czy wręcz przeciwnie.
Już od pierwszych stron „Jutro” bardzo mnie wciągnęło. Autor nie zwlekał, nie robił zbyt długich wprowadzeń, tylko od razu przechodził do rzeczy. Przygotowania do wycieczki były krótkie, ale nawet je czytałam z zainteresowaniem, ponieważ to na tych stronach mogłam wstępnie poznać każdego z bohaterów. A wszyscy, cała siódemka, a nawet ósemka wydała mi się interesująca.
Ellie bardzo szybko stała się moją ulubioną bohaterką. Spodobało mi się to, jak opowiada całą historię, bo to ona jest narratorką w powieści. Pod niektórymi względami przypominała mnie samą, co spowodowało, że stała mi się naprawdę bliska. Resztę postaci również bardzo polubiłam. Na dużą uwagę zasługuje Fi, bardzo delikatna i krucha dziewczyna, ale w trudnych sytuacjach nieraz wykazała się ogromną odwagą. Niejednokrotnie zaskoczyła mnie swoją postawą. Podobnie jak Robyn i Corrie, a z męskich osobników też Homer. Kevin czasem mnie rozśmieszał, na przykład lękiem przed robactwem, który dość często okazywał. Lee wzbudzał we mnie mieszane uczucia, najczęściej pozytywne, lecz w niektórych momentach mnie irytował. Ale po skończeniu książki mogę stwierdzić, że zdołałam go polubić. Za to Chris był jedyną postacią, która nie była w stanie mnie do siebie przekonać, może przez to, że pojawił się dopiero później i nie zdążyłam wystarczająco go poznać.
Dzięki tej lekturze uświadomiłam sobie, jak bardzo lubię takie książki przygodowe, ale bez elementów fantastycznych. Wcześniej nawet nie podejrzewałam, że tego typu powieść może mi się aż tak spodobać. A spodobała się baaardzo i czuję niedosyt! Już się nie mogę doczekać momentu, kiedy na mojej półce wyląduje drugi tom, a ja będę mogła porwać go w objęcia.
W „Jutrze” znalazłam jedynie dwa minusy, które muszą niestety obniżyć moją ocenę. A bez nich byłoby tak idealnie… Pierwszy z nich – sercowe rozterki Ellie, czyli „wybrać tego czy tamtego?”. To wydało mi się takie sztuczne i wprowadzone na siłę. Nie wiem, co Marsden sobie myślał, ale to był błąd. Książka wypadłaby o wiele lepiej bez tego wątku. Ale, o dziwo nie ma tu trójkąta miłosnego, ponieważ główna bohaterka romansuje z jednym chłopakiem, a o drugim tylko myśli. Drugi mankament: historia wydawała mi się trochę nierealna. Nie mogłam sobie wyobrazić, aby grupie nastolatków udało się dokonać takich rzeczy i do tego wyjść z niektórych sytuacji praktycznie bez obrażeń. Wszystko, do czego się zabierali, kończyło się przeważnie sukcesem.
„Jutro” okazało się wspaniałą książką, która naprawdę mnie zachwyciła, ale mogłaby być jeszcze lepsza, gdyby nie dwa potknięcia Johna Marsdena. Lektura już dołączyła do grona moich ulubionych i liczę na to, że kolejne części mnie nie zawiodą. Powieść bardzo mnie wciągnęła i już tęsknię za światem, który wykreował autor. Jednak „Jutro” nie każdemu może się spodobać. Wszystko zależy od gustu i upodobań czytelnika. Ja serdecznie polecam tę książkę i zachęcam do zapoznania się z jej treścią.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

sobota, 7 grudnia 2013

"Dom tajemnic" Chris Columbus, Ned Vizzni

5 komentarzy:

Autor: Chris Columbus, Ned Vizzini
Tytuł: Dom tajemnic
Tytuł oryginału: House of Secrets
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 510

Kordelia, Brendan i Eleanor przeprowadzają się wraz z rodzicami do nowego domu. Wszystko w nim jest bardzo dziwne – drogocenne meble wyglądające, jakby ktoś wyniósł je z muzeum, przerażająca rzeźba na zewnątrz, a także jego była właścicielka – Dalia Kristoff, córka Denvera Kristoffa, pisarza. Ta staruszka pierwszego wieczora przerywa ich rodzinny wieczór i z furią wpada do domu. Niszczy w nim wszystko, zamienia budynek w ruderę i porywa rodziców. Za to rodzeństwo wysyła do niebezpiecznego świata i powierza im dziwaczną misję. Czy uda im się powrócić do swojego dawnego życia? Gdzie się tak naprawdę znaleźli? Jaką rolę odgrywają w tej historii?
Chris Columbus to amerykański reżyser, producent i scenarzysta. Jest znany z takich filmów jak „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” (jak i druga część), „Kevin sam w domu” czy „Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Złodziej pioruna”. „Dom tajemnic” jest jego debiutem literackim. Ned Vizzini to amerykański autor powieści dla młodzieży, do tej pory nieznany w Polsce. Książka napisana z Chrisem jest jego pierwszą przetłumaczoną na nasz język.
„Dom tajemnic” bardzo mnie intrygował, od kiedy ujrzałam go w zapowiedziach. Przyznam, że w dużej mierze zachęcił mnie fakt, iż został napisany przez reżysera „Harry’ego Pottera” i polecony przez samą J.K. Rowling. Wiem, że zazwyczaj są to beznadziejne chwyty reklamowe, ale pomyślałam, że Rowling nie poleci gniota. Dlatego podchodziłam do książki z dużym entuzjazmem i liczyłam na coś naprawdę dobrego. Czy się nie zawiodłam?
Bohaterowie zostali świetnie wykreowani. Każde z rodzeństwa zdążyłam dobrze poznać i polubić. Najbliższa z nich była mi Kordelia, jak tylko została przedstawiona, pomyślałam, że jest moją wierną kopią. Dopiero później dostrzegłam różnice między mną a nią, im więcej jej cech poznawałam. Ja często dokonałabym innych wyborów i inaczej bym się zachowała. Will, który pojawił się dopiero w magicznym świecie, również okazał się ciekawą postacią. Na początku nie mogłam do niego przywyknąć, nieco mnie irytował, ale później darzyłam go coraz większą sympatią.
Bardzo spodobał mi się świat wykreowany przez autorów. Mieli naprawdę ciekawy koncept i wykorzystali go najlepiej, jak mogli. W powieści wiele się dzieje i często następują nieoczekiwane zwroty akcji, dlatego czyta się ją jednym tchem. Bardzo wciąga.
Columbus i Vizzini świetnie się zgrali, pisząc „Dom tajemnic”, a warto zauważyć, że komunikowali się tylko przez maile. Kiedy czytałam, miałam wrażenie, że książkę pisała jedna osoba. Nie widać różnic stylów, nie ma chaosu i wszystko jest napisane zrozumiałym językiem.
Warto również wspomnieć o wspaniałym wydaniu lektury. Oprawa jest twarda i ma jeszcze dodatkowo papierową okładkę, na której tytuł jest pięknie wyróżniony – litery są wypukłe i lśnią pod promieniami światła. Książka cudownie prezentuje się na półce, wręcz wyróżnia się na niej, oczywiście w pozytywnym sensie. A w środku od czasu do czasu pojawiają się rysunki.
„Dom tajemnic” to powieść skierowana głównie do młodszej młodzieży. Osoby starsze szukające świetnej przygody, mrożącej krew w żyłach, mogą się zawieść, ponieważ „Dom tajemnic” może je po prostu znudzić. Za to dwunasto-, trzynastolatki będą się przy niej świetnie bawić.
Książka Columbusa i Vizzini’ego nie rozczarowała mnie pod żadnym względem. Bardzo przyjemnie się ją czytało i zdążyłam się już zaprzyjaźnić z bohaterami. Będę szczera, kiedy napiszę, że nie mogę się doczekać drugiej części. „Dom tajemnic” polecam szczególnie młodszym osobom, choć nie twierdzę, że starszym nie przypadnie do gustu. Może to być również doskonały prezent na święta.
Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon

czwartek, 29 sierpnia 2013

Film: Miasto Kości - Harald Zwart

14 komentarzy:
Tytuł: Dary Anioła: Miasto Kości
Reżyseria: Harald Zwart
Produkcja: USA, Niemcy
Premiera światowa: 12 sierpnia 2013
Czas trwania: 2 godz. 10 min.
Gatunek: fantastyka, przygodowy, dramat


Clary Frey jest zwyczajną nastolatką. Mieszka z matką, która zarabia na życie malując. W wolnym czasie spotyka się ze swoim najlepszym przyjacielem. Tak jest do momentu, w którym zaczyna rysować pewien symbol i nie wie, co on oznacza. Pewnego dnia wchodzi z Simonem do klubu, w którym jest świadkiem przerażającej sytuacji. Trójka ludzi zabija jednego z imprezowiczów, lecz wszyscy inni wydają się tego nie widzieć. Niedługo po tym jej matka zostaje porwana w tajemniczych okolicznościach. Te sytuacje zapoczątkowały wir nieprzewidywanych wydarzeń, dzięki którym Clary trafia do świata Nocnych Łowców i angażuje się w sprawy, które na zawsze mogą zmienić jej życie...
Jak pewnie każdy czytelnik bloga wie - kocham serię "Dary Anioła". To jeden z moich ulubionych cykli, a Cassandra Clare dołączyła do grona uwielbianych przeze mnie autorów. Historia Clary mnie urzekła, z ogromnym zapałem i wypiekami na twarzy śledziłam losy jej trudnej miłości i walki ze złem. Kiedy dowiedziałam się o ekranizacji byłam zachwycona, że tak wspaniałą książkę przeniosą na wielki ekran i chętnie oglądałam coraz to nowsze zwiastuny. W piątek wybrałam się do kina. I wyszłam oczarowana.
Powieść była pełna akcji i trzymała w napięciu. W filmie nie pominięto ważnych walk, które, tak samo jak książka, wbijały w fotel. Zostały wspaniale przedstawione i była ich zadowalająca ilość. Wspaniale się je oglądało i z podziwem patrzyłam na aktorów, jak musieli się nauczyć tych wszystkich ciosów. Walka matki Clary z ludźmi Valentine'a - bezbłędna!
Pięknie przedstawiono niektóre miejsca. Instytut był zachwycający, a szklarnia zapierająca dech w piersiach. Nie spodziewałam się, że tak wspaniale to ukażą. Runy też są dokładnie takie, jak sobie wyobrażałam. Lepiej już być nie mogło.
Często się wzruszałam i prawie płakałam. Bardziej z tego powodu, że wciąż nie mogłam uwierzyć, że moja ulubiona książka została tak wspaniale zekranizowana. Scena w szklarni jest moją ulubioną i cieszę się, że mogłam ją jeszcze raz przeżyć, tym razem podczas oglądania filmu. Po prostu piękna.
Znakomici aktorzy. Jeszcze przed pójściem do kina uważałam trochę inaczej. Kiedy dowiedziałam się, kto zagra Jace'a, byłam zawiedziona. Zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam, Jamie Campbell Bower nie podobał mi się i nie pasował mi do tej roli. Jednak teraz myślę zupełnie inaczej. Nie wyobrażam sobie nikogo innego jako mojego ukochanego Jace'a. Jamie nie był wcześniej zbyt znany, grał m.in. w "Księżycu w nowiu" i 'Przed świtem" jednego z Volturi oraz w filmie "Harry Potter i Insygnia Śmierci" Gellerta Grindelwalda. Jedynie w tych ekranizacjach go widziałam, ale niezbyt rzucił mi się w oczy. Teraz z pewnością będę o nim pamiętać. Za to od samego początku byłam zadowolona z tego, że rolę Clary dostała także wcześniej mało znana Lily Collins. Jest naprawdę ładna i przede wszystkim bardzo podobna do moich wyobrażeń o bohaterce, już lepiej nie mogli trafić. Doskonale wczuła się w postać i odzwierciedliła jej charakter. Mogę nawet stwierdzić, że zagrała najlepiej ze wszystkich. Czuję, że czeka ją sukces. Ciekawym faktem jest również to, że Lily była fanką "Darów Anioła" zanim dowiedziała się, że wcieli się w Clary, co jest godne podziwu. Jednym z jej ważniejszych dotychczasowych filmów była "Królewna Śnieżka", gdzie zagrała główną rolę, ale niestety nie miałam go jeszcze okazji obejrzeć. W Magnusa, czarownika którego zapamiętali wszyscy fani serii, wcielił się Godfrey Gao. Świetny wybór. Co prawda nieco inaczej go sobie wyobrażam, ale na tego aktora narzekać nie mogę. Krótko mówiąc - obsada idealna.
Ścieżka dźwiękowa okazała się wzruszająca i zjawiskowa. Wiele piosenek zapadło mi w pamięć i słuchając ich mogę powiedzieć z którego momentu filmu pochodzą. Choć nie słucham Demi Lovato czy Colbie Caillat to ich utwory naprawdę mi się spodobały i od obejrzenia ekranizacji nie słucham niczego innego, ponieważ przypominają mi ulubione sceny. Muzyka z walk także była świetna i wzbudzała jeszcze więcej emocji.
"Miasto Kości" uważam za jedną z najlepszych ekranizacji książek, jakie obejrzałam. To film na miarę "Harry'ego Pottera". Uważam, że kolejne części odniosą jeszcze większy sukces. Film okazał się genialny i do tej pory nie mogę się po nim otrząsnąć. Niecierpliwie czekam na "Miasto Popiołów", nad którym prace zaczną się już 23 września. Recenzja jest całkowicie subiektywna, więc nie mogę napisać, że każdy się tak zachwyci. Ale polecam iść do kina i wyrobić własne zdanie. Ja teraz czekam, aż będzie na DVD, żeby móc obejrzeć jeszcze raz, a potem kolejny. I chętnie znów przeczytam powieść.
Moja ocena: 10/10

***
Ciężko jest oddać mój zachwyt i cały czas się zastanawiam, czy o niczym nie zapomniałam. Mam nadzieję, że nie ^^ A chętni niech zajrzą na fanpejdża, gdzie zamieściłam wywiady z aktorami (jak chcecie więcej, to piszcie śmiało, oglądałam ich całą masę :)).
źródło

czwartek, 27 grudnia 2012

"Nawiedzony dom" Joanna Chmielewska

12 komentarzy:

Autor: Joanna Chmielewska
Tytuł: Nawiedzony dom
Wydawnictwo: Kobra
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2007
Liczba stron: 288
Cena: 28 zł

Janeczka i Pawełek mają się przeprowadzić wraz z rodziną do nowego domu, który dostali w spadku po krewnym mieszkającym w Argentynie. Niestety, mieszkają w nim jeszcze inni ludzie, którym muszą znaleźć inne mieszkania. Wszyscy wyrazili zgodę, oprócz jednej rodziny, której głową jest pewna starsza pani nazywana przez dzieci „zmorą”. Zachowuje się ona bardzo dziwnie, cały czas siedzi przy oknie i wypatruje listonosza, a kiedy ten przyjdzie, szybko biegnie po paczkę. Janeczka i Pawełek zamierzają odkryć jej sekret, ale nie tylko ten. W domu jest także strych, którego nie da się otworzyć. Niektórzy sądzą, że są tam ukryte skarby, a zmorze może przecież o to chodzić. Dzieci mają bardzo trudne zadanie, gdyż żaden z dorosłych nie zajmuje się „poważnymi” sprawami i nie uważa, że dzieje się coś dziwnego. Na szczęście jest jeszcze bardzo mądry pies, którego przygarnęli.
Joanna Chmielewska to autorka powieści dla dzieci i młodzieży, kryminalnych, obyczajowych oraz sensacyjnych. Spod jej pióra wyszły m.in. „Klin” (jej debiut), „Wszyscy jesteśmy podejrzani”, „Krokodyl z Kraju Karoliny” czy „Całe zdanie nieboszczyka”. Kilka książek doczekało się adaptacji filmowej.
Od dawna chciałam przeczytać jakąś powieść Chmielewskiej. Zawsze kiedy byłam w bibliotece patrzyłam na półkę z jej utworami, ale zawsze wybierałam coś innego. W końcu, za którymś razem postanowiłam spróbować i wzięłam na chybił-trafił jedną lekturę. Trafiłam idealnie, bo jak się w domu okazało, była to książka, którą zamarzyłam przeczytać parę lat temu, kiedy jej fragment omawialiśmy na lekcji polskiego. Do tej pory pamiętam, jak zafascynowała mnie historia chorego pieska znalezionego przed mieszkaniem. Jednak szybko zapomniałam o swoich zamiarach i nigdy bym sobie o nich nie przypomniała, gdybym przypadkiem nie wypożyczyła jej sobie z biblioteki. Bardzo się cieszę, że akurat ta powieść była moją pierwszą Joanny Chmielewskiej.
Książka jest może przeznaczona dla nieco młodszych czytelników, ale starsi również mogą bez obaw po nią sięgnąć, choćby po to, aby przypomnieć sobie dzieciństwo. Dzięki niej można poczuć się przyjacielem Pawełka i Janeczki, razem z nimi rozwiązywać zagadki i poczuć się beztrosko, nie przejmować się „głupimi” sprawami, jak to mają dzieci.
Autorka ma bardzo lekki styl pisania, dzięki czemu łatwo wczuć się w powieść. Już po chwili zapomina się o wszystkim i wkracza do nawiedzonego domu. Coraz bardziej zaczynają interesować nas zagadki, jakie mają do rozwiązania dzieci. Każdy nowy ślad coraz bardziej intryguje i nie można odłożyć lektury na bok.
Bardzo spodobała mi się historia z psem, tak jak już wcześniej wspomniałam. Wzruszyło mnie zachowanie Janeczki i Pawełka. Od razu pokochali znalezionego psa, chcieli mu pomóc, nie mogli pozwolić na to, aby tak leżał przed mieszkaniem i jeszcze bardziej się rozchorował. W tych czasach nie każdy tak by się zachował. Przecież wystarczającą wymówką od pomocy jest to, że nie ma się czasu ani miejsca na zwierzę… Szkoda, że ludzie tak na to patrzą.
„Nawiedzony dom” jest świetną książką dla dzieci, jak i młodzieży. Sądzę, że każdemu się spodoba. Do samego końca nie udało mi się rozwiązać zagadki, miałam tylko swoje podejrzenia, częściowo słuszne, ale nie umiałam ich połączyć w całość. Jak widać, dzieci były nie tylko inteligentniejsze ode mnie, ale także od policjantów. Z pewnością sięgnę po inne powieści, w których występują Pawełek i Janeczka, a jest ich jeszcze kilka. Już się stęskniłam za tymi bohaterami. To oni wnieśli do książki dużo humoru, wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Do tej pory nie zapomniałam „tresowania” babci. Polecam każdemu bez względu na wiek i upodobania czytelnicze. Warto chociaż spróbować.
Moja ocena: 9/10
  Książka przeczytana w ramach wyzwania Tydzień bez nowości.

piątek, 24 sierpnia 2012

"Okup drapieżców" Emily Diamand

7 komentarzy:

Autor: Emily Diamand
Tytuł: Okup drapieżców
Tytuł oryginału: Flood Child
Wydawnictwo: Wilga
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 450
Cena: 24,90 zł

Jak wyobrażasz sobie przyszłość? Jak świat będzie wyglądał za sto lub dwieście lat? Pewnie większość z nas uważa, że technologia będzie bardzo rozwinięta, zostaną wynalezione leki na do tej pory nieuleczalne choroby, znikną wszystkie nasze dotychczasowe problemy, życie będzie łatwiejsze. O nie, Emily Diamand opisała w swojej książce zupełnie inną wizję przyszłości. Po podniesieniu się poziomu morza Londyn zostaje zatopiony i staje się bardzo ubogim miastem pełnym biedaków. Mocarstwem jest Większa Szkocja. Uważa się, że technologia to zło. Na ludzi coraz częściej zaczynają napadać drapieżcy, okradają wioski i zabijają ludzi. Pewnego razu zostaje porwana córka premiera, której na pomoc wyrusza zrozpaczona po śmierci babci trzynastoletnia Lily Melkun. Jest ona właścicielką bardzo rzadkiego kota morskiego, który ostrzega ją przed niebezpieczeństwami na morzu. Czy Lily poradzi sobie i uratuje siedmioletnią Alexandrę przed niewolnictwem u drapieżców?
Sam pomysł na książkę jest dość ciekawy. Kto by pomyślał, że w 2216 roku Londyn zostanie zalany i prawie nic z niego nie zostanie? Że ludzie będą bać się komputerów? Że chłopcy od najmłodszych lat będą musieli wypływać na morze, żeby zdobyć pożywienie, a dziewczyny w wieku trzynastu lat będą wychodzić za mąż? Chyba nikt tak nie myślał o naszej przyszłości.
Już od samego początku powieść jest interesująca i intrygująca, więc zachęceni czytamy dalej. Niestety kolejne strony i rozdziały coraz bardziej się dłużą i czeka się tylko, kiedy akcja nabierze tempa. I rozczarowujemy się, kiedy taki moment nie nadchodzi. Wszystkie wydarzenia się przedłużały, przez co czytanie nie sprawia żadnej przyjemności. Niektóre momenty były tak nudne, że chciałam jak najszybciej skończyć tą książkę. Oczywiście były i takie sytuacje, które mnie zaciekawiły, ale nieliczne.
Bohaterowie całkiem ciekawie wykreowani, można się z nimi zaprzyjaźnić, dzięki czemu trochę lepiej się czyta. Najbardziej polubiłam Lily, która jak na swój wiek była bardzo mądra i chciała ratować swojego przyjaciela oraz mieszkańców wioski. Bardzo sympatyczna bohaterka. Kolejną wartą uwagi postacią jest Zeph, który mimo iż należał do drapieżców i na początku się wywyższał, to nadal uważał Lily za swoją przyjaciółkę, nawet kiedy okazało się, że go okłamała. Choć miał wady i czasem myślał tylko o sobie był dobrym przyjacielem.
Choć autorka zastosowała narrację pierwszoosobową, niewiele znalazłam w książce przemyśleń bohaterów. Głównie Lily albo Zeph opisywali poszczególne wydarzenia. Strasznie mnie to irytowało, nawet nie mogłam poznać myśli bohaterów, a w końcu narracja pierwszoosobowa do czegoś zobowiązuje.
Emily Diamand posługuje się prostym językiem, dzięki któremu nawet najmłodsi czytelnicy mogą przeczytać książkę ze zrozumieniem i nie mieć przy tym trudności. Litery są dość duże, co nie męczy oczu i ułatwia zapoznawanie się z lekturą, te czterysta pięćdziesiąt stron można przeczytać w ciągu jednego dnia.
„Okup drapieżców” jest moim zdaniem książką skierowaną do trochę młodszych czytelników, ale mimo wszystkich błędów całkiem miło spędziłam czas. Nie wiem czy sięgnę po drugą część, czekają mnie ciekawsze powieści, ale innym może bardziej się spodobać. Polecam, szczególnie osobom poniżej dwunastego roku życia, a wszystkim innym ani nie odradzam, ani nie zachęcam.
Moja ocena: 6/10

piątek, 4 maja 2012

"13 zaklęć" Michelle Harrison

10 komentarzy:

Autor: Michelle Harrison
Tytuł: 13 zaklęć
Tytuł oryginału: The 13 Curses
Wydawnictwo: Świat Książki
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 447
Cena: 29,90 zł
 
ŚWIAT MAGII I ZAKLĘĆ ZNÓW WCIĄGA W NIEBEZPIECZNĄ PODRÓŻ
Ped trafia do królestwa wróżek i zawiera z nimi umowę – wróżki uwolnią jej uprowadzonego brata, ale tylko wtedy, gdy odnajdzie porozrzucane w ludzkim świecie breloczki. Dziewczyna rozpoczyna poszukiwania z pomocą Tanji i Fabiana. Wkrótce odkrywają, że breloczki zostały zaklęte i mają teraz właściwości trzynastu skarbów, które symbolizują. Im dłużej trwają poszukiwania, tym groźniejsze są efekty działania zaklęć.
 
Fragment:
„Zbliżała się północ. Dwie dziewczyny biegły przez Las Wisielca, próbując wydostać się z gęstwiny. Każdy krok stawiany w ciemnościach przybliżał je do godziny duchów. Wraz z nią nadchodził moment, w którym świat ludzki i królestwo wróżek nieodwołalnie się spotkają. […]
Wybiła północ i rozpoczął się proces zamiany. Żadna z nich nie mogła go zatrzymać. Pnącza pełzły niczym węże w kierunku leżącej dziewczyny, osaczały ją, gotowe w każdej chwili wciągnąć nieszczęsną w otchłań królestwa wróżek. Druga dziewczyna błyskawicznie wyciągnęła nóż i zaczęła ciąć. Pnączy było jednak za dużo. Za kilka chwil Tanja zostanie uwięziona w królestwie wróżek. Chyba że… […]
Zakrwawione ręce trzęsły się, gdy wyjmowała z kieszeni małe srebrne nożyczki. Uklękła przy Tanji, przecięła ostrzem opuszek kciuka nieprzytomnej dziewczyny i poczekała, aż ukaże się ciemna kropla krwi. Przycisnęła do rany swój zakrwawiony kciuk i przytrzymała mocno, gdy Tanja próbowała się poruszyć. […]
- Weźcie mnie – wyszeptała dziewczyna, przycisnąwszy swoją dłoń jeszcze mocniej do ręki Tanji. Ich krew się wymieszała, a wraz z nią dziedzictwo Tanji.”
 
Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, czy wróżki istnieją? Czy mieszkają gdzieś w starym zegarze lub pod łóżkiem? Tego nie dowiesz się nigdy, chyba że masz dar widzenia, tak jak Tanja i jej babcia. Widziały, widzą i już zawsze będą widzieć wróżki. Jest to dla nich przekleństwem, gdyż są świadkami nieprzyjemnych sytuacji wywołanych właśnie przez te małe istoty. Nie są one zbyt pozytywnie nastawione do świata ludzi, wręcz nim gardzą. Chyba najgorszą rzeczą, jaką robią ludziom, to kradnięcie im dzieci i wymienianie ich na swoje, bardzo często chore. To się właśnie przytrafia Red, wróżki porywają jej brata z domu dziecka, do którego trafili po śmierci rodziców. Od tego czasu bohaterka szuka sposobu, aby wejść do królestwa tych potworów i odzyskać brata. W końcu jej się to udaje, jednak zanim dociera do dworu, w którym ma rozmawiać z władcą, spotyka ją mnóstwo niebezpiecznych przygód.
„13 zaklęć” to kontynuacja książki „13 skarbów”. W tamtym roku miałam przyjemność przeczytać pierwszą część, a niedawno znalazłam w bibliotece drugą część i nie mogłam jej nie wypożyczyć.
Pani Michelle Harrison miała świetny pomysł na powieść. Czy dobrze go wykorzystała? Zdecydowanie tak. Czytałam inną książkę opowiadającą o tej gorszej stronie wróżek, jednak tam autorka wprowadzała w magiczny świat nieumiejętnie. Tam się nudziłam, tu nieźle bawiłam. „13 zaklęć” spodobało mi się, mimo że czytanie ciągnęło się niemiłosiernie.
Bohaterowie nie byli idealnie wykreowani, nad tym można by było trochę więcej popracować, jednak nie przeszkadzało to aż tak bardzo w czytaniu, co się czasem zdarza. Muszę przyznać, że ta część była zdecydowanie lepsza pod względem bohaterów. W pierwszej prawie nie poznałam Tanji, a w tej mogłam się lepiej zapoznać z Red, co zawdzięczam głównie wspomnieniom, które były świetnym pomysłem.
Tak jak w prawie każdej książce, są i minusy. Niestety, opis z tyłu okładki zapowiada poszukiwanie breloczków, a w rzeczywistości wątek z breloczkami jest na ostatnich stu stronach. I bez żadnych trudności udaje im się wszystkie znaleźć. A można by było zrobić z tego ciekawy i tajemniczy wątek.
Koniec trochę mnie wzruszył. Red miała podjąć trudną decyzję i szczerze mówiąc nie miałam pojęcia co wybierze. Wcześniej była zdeterminowana, aby odnaleźć brata i myślałam, że jej decyzja będzie egoistyczna. Choć z drugiej strony chciała jego dobra.
Może wydawać się, że książka skierowana jest głównie do młodszych czytelników, lecz ja uważam, że może przeczytać ją każdy, bez względu na wiek. Było parę naprawdę zaskakujących momentów, wręcz przerażających, więc nie sądzę, żeby to była bajka na dobranoc dla dzieci. Polecam wszystkim, którzy mają ochotę na wejście do królestwa wróżek.
Moja ocena: 7/10
***
Przepraszam za jakość recenzji, nie wyszła zbyt dobrze. Mam nadzieję, że następna będzie lepsza. Nie wiedziałam co napisać, a bardzo chciałam w końcu ocenić tą książkę.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Wrota czasu. Ulysses Moore" Pierdomenico Baccalario

10 komentarzy:


Autor: Pierdomenico Baccalario
Tytuł: Wrota czasu. Ulysses Moore
Tytuł oryginału: Ulysses Moore. La Porta del Tempo
Wydawnictwo: Firma Księgarska Olesiejuk
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2006
Liczba stron: 221
Cena: 24,90

Troje dzieci, Jason, Julia i Rick, rozkochanych w przygodzie.
Położona wysoko nad morskim urwiskiem Willa Argo, pełna tajemniczych pokoi.
Drzwi ukryte za szafą, zamknięte na cztery spusty, nie dające się otworzyć.
Ale dzieci za wszelką cenę chcą je otworzyć…

 Fragment:
„Znieruchomiały w głębi schodów Jason nasłuchiwał. Czuło się tu dziwny przeciąg, który przynosił odległe dźwięki. Skrzypienie mebli, pogwizdywanie wiatru, kroki zwierząt. Już raz w tym tygodniu Jason wyobraził sobie, że meble w Willi Argo obdarzone są własnym życiem: zaledwie pokój pozostawał bez ludzi, o milimetr się przesuwały. O jeden milimetr, nie więcej, żeby nikogo nie zadziwić.
Ale tym razem było to coś innego. To nie mógł być odgłos przesuwanego mebla. Ani też mew śmieszek siedzących na dachu, czy jaszczurek w pnącym bluszczu, czy szczurów pod sufitem. Całkiem nie.
Tym razem posłyszał wyraźny odgłos spiesznych kroków na piętrze.”
 
Przeprowadzasz się do nowego domu, do innego miasta. Dom stoi wysoko nad morskim urwiskiem. Jest bardzo stary. Stoi samotny, odcięty od reszty świata. Mieszkasz w nim tylko ty, twoje rodzeństwo oraz rodzice. No i jest jeszcze stary ogrodnik, który zna wszystkie sekrety tego domu, zwanego Willą Argo, ale nie jest zbyt chętny do rozmów. Tylko ty wierzysz, że ten dom skrywa tajemnice i wkrótce wciągasz w niebezpieczną przygodę swojego najlepszego przyjaciela oraz siostrę. Jason wierzył, że nie przez przypadek trafił do Kilmore Cove. I wiedział, że sam pan Ulysses Moore, dawny właściciel Willi Argo, powierzył mu ważne zadanie. Zaraził entuzjazmem Julię, swoją siostrę, oraz Ricka, chłopca poznanego w nowej szkole, i razem odkrywali tajemnicę Ulyssesa Moora.
Muszę przyznać, że Pierdomenico Baccalario mnie zaskoczył. Spodziewałam się bezsensownej powieści dla dzieci, które wymyśliły sobie, że ich nowy dom jest pełen „sekretów”. Może jest to książka skierowana do młodszych czytelników, ale zaciekawiła mnie na tyle, że zamierzam przeczytać dalsze części.
Jason, Julia i Rick to dzieci mające jedenaście lat, które chcą poznać smak przygody. Zostali wybrani, aby rozwiązać zagadkę dawnego właściciela domu. Czeka ich wiele przeszkód i trudności. Z każdymi sobie radzą. Czasem zdawałam sobie sprawę, że ja sama utknęłabym na początku, co mnie niezwykle irytowało. Lubię czuć się mądra, a „Wrota czasu” mi na to nie pozwalały. ;)
„Jeśli z czterech jedne otworzysz przypadkiem
Z czterech trzecie wskażą motto
Z czterech dwoje zaprowadzi na śmierć
A jeden z czterech – poprowadzi na dół.”
Autor miał świetny pomysł. Rzadko można się spotkać z książką dla dzieci, która zainteresuje również tych starszych czytelników. Nie można nazwać tego arcydziełem, ale warto przeczytać choćby po to, aby miło spędzić wieczór. Czasu się nie zmarnuje, a zaraz po przeczytaniu można zacząć inną książkę, gdyż ta nie zmusza nas do rozmyślań i nie zostaje w głowie za długo. Co jest niestety minusem. Lubię dużo myśleć o tym, co przeczytam, zastanawiać się nad przesłaniem itd. Ta książka na to nie pozwala.
Styl pisania autora nie jest doskonały. Czasem zdania były tak banalne, że ich nie rozumiałam. ;) Niestety, nie jestem do tego przyzwyczajona. To trochę utrudniało mi czytanie, ale nie jest zbyt dużym minusem. Za to jest nim zakończenie. Jest okropnie nudne. Te opisy łodzi wcale nie były potrzebne. Zupełnie nie znam się na tym i tak naprawdę nie wiedziałam co czytam. Mam nadzieję, że w następnej części zakończenie będzie ciekawsze.
Podsumowując, książka mi się spodobała. Nie każdemu może przypaść do gustu, dlatego sami zdecydujcie, czy dacie jej szansę, czy nie. Polecam, szczególnie młodszym czytelnikom.
Moja ocena: 7/10
***
Dziś świętujemy dzień książki! Dlatego zamierzam spędzić ze swoimi długi wieczór. Niech każda poczuje się doceniona .;)