Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2014

"Zostań, jeśli kochasz" Gayle Forman

12 komentarzy:


Mia już na pierwszy rzut oka bardzo różni się od swojej rodziny. Została wychowana przez rockmanów, jako kilkuletnie dziecko bywała na rockowych koncertach i miała mnóstwo „cioć” nie przebierających w słowach. Jej młodszy brat sprostał oczekiwaniom wszystkich – swój nadmiar energii, który towarzyszył mu na każdym kroku, uzewnętrzniał podczas gry na perkusji. A ona? Ona zakochała się w wiolonczeli i muzyce klasycznej… Rodzina zaakceptowała jej pasję, mimo iż do końca jej nie rozumiała. Pewnego zimowego dnia życie Mii nieodwracalnie się zmienia. Razem z rodzicami i bratem wybiera się w odwiedziny do znajomych, jednak nie docierają na miejsce… Uczestniczą w straszliwym wypadku samochodowym, który zabiera Mii najbliższych, a ją samą pozostawia w dziwnym stanie zawieszenia… W czasie pomiędzy życiem a śmiercią dziewczyna wspomina dotychczasowe życie.
Gayle Forman jest wielokrotnie nagradzaną, bestsellerową autorką książek z gatunku Young Adult, czyli jednego z moich ulubionych w ostatnim czasie. Zanim została pisarką, była dziennikarką, a jej artykuły ukazywały się w takich czasopismach jak „Seventeen”. Kilka lat temu mąż zabrał ją na wycieczkę dookoła świata, która zainspirowała ją do napisania pierwszej książki. Obecnie mieszka w Nowym Jorku wraz z mężem i córką. Jej najbardziej znana powieść to „Zostań, jeśli kochasz”, znana również pod tytułem „Jeśli zostanę”, która doczekała się w tym roku ekranizacji.
„Zostań, jeśli kochasz” już od dawna mnie intrygowała. Chciałam ją przeczytać, jeszcze zanim zrobiło się o niej głośno ze względu na ekranizację, lecz nie było mi to dane, ponieważ książka była bardzo trudno dostępna w Polsce. Jej pierwsze wydanie miało miejsce kilka lat temu i już dawno wyczerpał się nakład. Znalezienie jej graniczyło z cudem. Na szczęście, ze względu na film, wznowiono ją, lecz już pod nowym, moim zdaniem dość płytkim, tytułem. Teraz również miałam wiele przygód z kupowaniem jej, lecz w końcu trafiła w moje ręce, na kilka dni przed tym, jak wybrałam się do kina. Przeczytałam ją błyskawicznie, jak na moje teraźniejsze możliwości, bo w dwa dni.
Pierwszym, co mnie w tej książce zadziwiło, jest jej forma. Każdy rozdział przedstawia daną godzinę z tego strasznego dnia Mii. Od ranka, aż na nocy kończąc (a właściwie na wczesnym ranku dnia kolejnego), czyli równo 24 godziny. Wszystkie wydarzenia opisywała główna bohaterka. Zaczynała od krótkiego opisania sytuacji w szpitalu, a poszczególne wydarzenia skłaniały ją do wspominania dawnego życia. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale ta forma przypadła mi do gustu. Uważam, że dzięki temu autorka mogła wycisnąć z tej historii tyle, ile się dało.
Niezwykle podobały mi się wspomnienia Mii. Przez czas czytania niemal czułam się tak, jakbym była nią. Jej przeszłość była barwna i bardzo ciekawa. Niektóre wspomnienia były tak piękne, że zazdrościłam jej, iż nie są moje, a niektóre dawały wiele do myślenia. Dzięki nim mogłam naprawdę dobrze poznać dziewczynę, w której głowie siedziałam przez kilka godzin. To sprawiło, że bardzo się z nią zżyłam, a kiedy zakończyłam lekturę, poczułam niedosyt. Gdy zamknęłam książkę, po mojej głowie krążyło mnóstwo myśli, a pośród nich jedna była najwyraźniejsza: ja chcę więcej! Mogłabym godzinami wspominać wraz z Mią jej przeszłość. Jej życie, mimo iż było zwyczajne, okazało się piękne. Bo życie JEST piękne.
Gayle Forman posłużyła się w tej powieści naprawdę prostym językiem, który jednak trafia do serca czytelnika. Nie mogę się tutaj zachwycać jej kunsztem literackim, bo nie ma czym. Istotą tej książki jest jej prostota. Mimo niewielu stron, autorce udało się w niej poruszyć mnóstwo ważnych kwestii.
„Zostań, jeśli kochasz” nie jest arcydziełem. Wiele jej do tego brakuje. Jednak jest to lektura, z której każdy może coś wynieść. Trafi do serca każdego przeciętnego czytelnika. Ja oczekiwałam po niej naprawdę zniewalającej książki, lecz dostałam tylko masę refleksji i kilka godzin bardzo przyjemnego czytania. Po lekturze czułam się delikatnie zawiedziona, lecz też usatysfakcjonowana. Mieszane emocje? A jakże! Uważam, iż jest to godna uwagi powieść i myślę, że pozostanie w moim sercu i umyśle na dłuższy czas. Mam również nadzieję, że drugi tom ukaże się w Polsce.
Moja ocena: 8/10

„Więc zagrałam. I chociaż nikt by się tego nie spodziewał, wiolonczela wcale nie brzmiała źle na tle gitar. Prawdę mówiąc, wyszło to naprawdę odjazdowo.”

sobota, 20 września 2014

"Nigdy nie gasną" Alexandra Bracken

8 komentarzy:


Ruby ponownie wpadła w szpony Ligi Dzieci i tym razem nie ma jak stamtąd uciec. Jako jedna z ostatnich Pomarańczowych jest bardzo cenną zdobyczą nie tylko dla Ligi, ale też żołnierzy czy łowców nagród. Odbywa trening i zostaje przydzielona do jednego z zespołów dzieci. Powoli przywyka do nowego życia, misji i bycia pod władzą dorosłych, choć wciąż nie daje jej spokoju myśl o przyjaciołach. Nie wie, co się z nimi stało, gdzie są, ani czy w ogóle żyją. Sama też nie może czuć się bezpiecznie – Liga tylko sprawia pozory, że chce pomóc dzieciom i wyzwolić je z obozów. Wśród członków czają się zdrajcy, którzy nieoczekiwanie mogą zmieść ich z powierzchni ziemi. Ruby dostaje jednak nieoczekiwaną szansę na wolność, która jest dla niej niczym promień słońca przebijający spośród chmur. Zostaje jej powierzona misja, którą wypełnić może tylko ona z pomocą nielicznego grona przyjaciół…
W kwietniu tego roku miałam okazję przeczytać pierwszą część serii „Mroczne umysły”. Wspominam ją bardzo miło, bo choć nie zachwyciła mnie, przyjemnie spędziłam przy niej czas i uważam, że jest to lektura godna uwagi. Nie powiela znanych już schematów i reprezentuje sobą pewien poziom. Na poznanie kolejnej części nie musiałam długo czekać, bo jej premiera miała miejsce już w sierpniu. Byłam bardzo ciekawa, czy autorka podołała zadaniu i stworzyła drugi tom, który w pełni wykorzystał potencjał trylogii.
Pierwsze kilkadziesiąt stron mnie rozczarowało. Nie potrafiłam się wciągnąć w akcję, a na początku trudno mi było połapać się o co chodzi, ponieważ już w pierwszym rozdziale czytelnik jest nagle wrzucany w wir wydarzeń, coś się dzieje, ale nie do końca wiadomo co. Nowe postaci, intrygi, strzelanina… Czułam się trochę zdezorientowana. Jednak na szczęście później wszystko zwolniło i z łatwością odnalazłam się w fabule. I przepadłam…
„Nigdy nie gasną” tak mnie wciągnęły, że nie mogłam się od nich oderwać. Moją najważniejszą potrzebą stało się poznanie dalszego ciągu wydarzeń, już nie mogłam się doczekać, kiedy dowiem się, co się dalej zdarzy. Niestety z powodu braku czasu czytałam tę powieść z dość dużymi odstępami czasu, co nie pozwoliło mi czerpać aż tak wielkiej przyjemności z lektury, jak chciałabym.
Alexandra Bracken dopiero w tej części pokazała pełnię swoich umiejętności pisarskich. Dowiodła, że naprawdę potrafi stworzyć świetną młodzieżową historię, która zawładnie sercami czytelników. Jedyne, co mi znów przeszkadzało w jej warsztacie literackim jest pewien chaos, który autorka wprowadza do swojego tekstu. Zazwyczaj bywało to w momentach, w których akcja toczyła się w najszybszym tempie. Miałam wrażenie, jakby nie nadążała ze spisywaniem wszystkich swoich myśli, przez co czasem musiałam przeczytać dany fragment kilka razy, aby zrozumieć, co się właściwie wydarzyło.
A jeśli chodzi o wątek miłosny… Zauroczył mnie. Jest on bardzo subtelny, co zawsze u mnie sprawia, że coraz bardziej się niecierpliwię o rozwój relacji pomiędzy bohaterami. Oczywiście w pozytywnym sensie. Po tej części czuję niedosyt i jestem ciekawa, co się dalej wydarzy pomiędzy Ruby a Liamem. A jeśli już o nim mowa, to jest on tak doskonale niedoskonały, że chyba każdą czytelniczkę przyprawia o szybsze bicie serca.
„Nigdy nie gasną” to świetna kontynuacja „Mrocznych umysłów”. Zakończenie znów wprawia w osłupienie i pozostawia niedosyt. Jestem bardzo ciekawa, jak zakończy się ta trylogia, bo nie potrafię sobie wyobrazić, co może się zdarzyć w ostatnim tomie. Myślę, że będzie jeszcze bardziej szokujący niż poprzednie…
Moja ocena: 8/10
Autor: Alexandra Bracken
Tytuł: Nigdy nie gasną
Tytuł oryginału: Never Fade
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 480

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte
http://otwarte.eu/

piątek, 30 maja 2014

"Więzień Labiryntu" James Dashner

4 komentarze:

Autor: James Dashner
Tytuł: Więzień Labiryntu
Tytuł oryginału: The Maze Runner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Miejsce i rok wydania: Słupsk 2011
Liczba stron: 424

Thomas budzi się sam w ciemnej windzie, z której nie da się wyjść. Nie wie, co się z nim stało, pamięta tylko swoje imię. Kiedy drzwi się otwierają, wyciąga go gromada nieznanych chłopców mieszkających w Strefie – miejscu otoczonym ogromnymi murami, które tworzą Labirynt. Żaden z mieszkańców nie wie, dlaczego się tu znalazł i wszyscy już od wielu miesięcy próbują znaleźć wyjście. W Labiryncie czai się wiele niebezpieczeństw i skrywa on wiele tajemnic. Kiedy do Strefy przybywa pierwsza dziewczyna, okazuje się, że nic już nie będzie takie jak wcześniej. Streferzy mają coraz mniej czasu i muszą znaleźć wyjście albo umrzeć.
James Dashner mieszka w South Jordan City w stanie Utah z żoną i czwórką dzieci. Napisał wiele fantastycznych serii dla młodzieży. Ogromny sukces przyniosła mu trylogia „Więzień Labiryntu”, którą przetłumaczono na wiele języków. We wrześniu do kin wejdzie ekranizacja pierwszego tomu.
Już od dawna intrygowała mnie ta książka. Uwielbiam wątki labiryntu oraz zagadek nie do rozwiązania. Zawsze trzymają mnie one w napięciu i próbuję sama rozwikłać tajemnice. „Więzień Labiryntu” zbierał coraz więcej pozytywnych opinii i wprost nie mogłam się doczekać lektury. Czy powieść mnie nie rozczarowała?
Tym, co od początku mi przeszkadzało w książce, był język Streferów. Mieli własny slang i nie mogłam się do niego przyzwyczaić. Na początku nie rozumiałam niektórych słów, co mnie bardzo irytowało. Dopiero po stu/stu pięćdziesięciu stronach przywykłam do tego języka i uznałam to za dobry zabieg mający na celu lepsze ukazanie rzeczywistości, w jakiej odgrywa się akcja.
Bohaterowie są zdecydowanie mocną stroną powieści. Pojawiło się w niej mnóstwo przeróżnych chłopców i ani razu nie miałam wrażenia, że wszyscy są do siebie podobni. Jest tu cały wachlarz charakterów i cech, każdy jest inny i nie sposób ich ze sobą pomylić. Jedyna postać dziewczęca okazała się również intrygująca. Ona, Thomas i Minho stali się moimi ulubionymi bohaterami.
Wiele momentów trzymało mnie w napięciu. Czułam się, jakbym sama znalazła się w Strefie i brała udział w wydarzeniach. Bałam się o życie wszystkich postaci i trzymałam kciuki, aby udało im się wyjść z niebezpiecznych sytuacji bez żadnych uszkodzeń czy strat.
Rozczarowało mnie zakończenie. Liczyłam na inne rozwiązanie zagadki. To, które zaserwował nam James Dashner, wydało mi się… nudne. Byłam bardzo zawiedziona, ponieważ takie jest, jak dla mnie, pójściem na łatwiznę. Autor mógł się bardziej postarać i wymyślić coś lepszego, co by mnie zaskoczyło czy wręcz zszokowało.
„Więzień Labiryntu” to bardzo dobra książka, choć nie zachwyciła mnie tak, jak „Igrzyska śmierci”, do których jest porównywana. Jestem ciekawa, jak James Dashner rozwinął swój pomysł w kolejnych częściach i bardzo chętnie się z nimi zapoznam. Swoją powieścią ukazał intrygującą rzeczywistość, swoją wizję przyszłości, która, miejmy nadzieję, nigdy się nie spełni. Serdecznie polecam.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

sobota, 19 kwietnia 2014

"Jutro" John Marsden

9 komentarzy:

Autor: John Marsden
Tytuł: Jutro
Tytuł oryginału: Tomorrow, When The War Began
Wydawnictwo: Znak Litera Nova
Miejsce i rok wydania: Kraków 2011
Liczba stron: 272

Grupa siedmiorga przyjaciół wybiera się na biwak do Piekła, odległego miejsca w górach, do którego wcześniej dotarł jedynie były morderca-pustelnik (według plotek okolicznych mieszkańców). Spędzają razem pięć wspaniałych dni, a kilkoro z nich zaczyna łączyć coś więcej niż przyjaźń. Kiedy wracają do swoich domów, odkrywają, że nie jest to już ten sam świat, z którego wyjechali. Zastają puste domy, martwe zwierzęta, przeterminowane jedzenie i brak jakiejkolwiek informacji o tym, co się stało. Od teraz muszą działać na własną rękę, aby przeżyć i dowiedzieć się, gdzie są ich rodzice. Jak sobie poradzą? Uda im się ocalić swoje życie?
John Marsden zaczął swoją przygodę z książkami, kiedy to chodził do szkoły prywatnej, ale nie przestrzegał tamtejszych zasad i często zostawał po lekcjach. To właśnie wtedy miał czas na czytanie, które wolał o wiele bardziej niż przeróżne sporty, które uwielbiali jego koledzy. Po wielu latach został nauczycielem języka angielskiego, ale był rozczarowany faktem, iż jego uczniowie nie przepadają za czytaniem. Dlatego postanowił sam napisać dla nich książkę – „So Much To Tell You”, która powstała w trzy tygodnie. I tak Marsden zaczął pisać, a obecnie na swoim koncie ma już kilkanaście powieści. Pierwsza część bestsellerowej serii „Jutro” powstała w 1993 roku. A teraz zaczynam się dziwić, dlaczego u nas tak genialna książka pojawiła się ona dopiero w 2011 roku.
Do serii „Jutro” nigdy jakoś specjalnie mnie nie ciągnęło. Zbierała sporo pozytywnych recenzji, ale niektórych ona rozczarowała. Koleżanka zdecydowanie odradzała mi tę pozycję mówiąc, że wszystko jest zbyt nierzeczywiste i „zmyślone”. Ja jednak chciałam na własnej skórze przekonać się, czy książka jest warta uwagi, czy wręcz przeciwnie.
Już od pierwszych stron „Jutro” bardzo mnie wciągnęło. Autor nie zwlekał, nie robił zbyt długich wprowadzeń, tylko od razu przechodził do rzeczy. Przygotowania do wycieczki były krótkie, ale nawet je czytałam z zainteresowaniem, ponieważ to na tych stronach mogłam wstępnie poznać każdego z bohaterów. A wszyscy, cała siódemka, a nawet ósemka wydała mi się interesująca.
Ellie bardzo szybko stała się moją ulubioną bohaterką. Spodobało mi się to, jak opowiada całą historię, bo to ona jest narratorką w powieści. Pod niektórymi względami przypominała mnie samą, co spowodowało, że stała mi się naprawdę bliska. Resztę postaci również bardzo polubiłam. Na dużą uwagę zasługuje Fi, bardzo delikatna i krucha dziewczyna, ale w trudnych sytuacjach nieraz wykazała się ogromną odwagą. Niejednokrotnie zaskoczyła mnie swoją postawą. Podobnie jak Robyn i Corrie, a z męskich osobników też Homer. Kevin czasem mnie rozśmieszał, na przykład lękiem przed robactwem, który dość często okazywał. Lee wzbudzał we mnie mieszane uczucia, najczęściej pozytywne, lecz w niektórych momentach mnie irytował. Ale po skończeniu książki mogę stwierdzić, że zdołałam go polubić. Za to Chris był jedyną postacią, która nie była w stanie mnie do siebie przekonać, może przez to, że pojawił się dopiero później i nie zdążyłam wystarczająco go poznać.
Dzięki tej lekturze uświadomiłam sobie, jak bardzo lubię takie książki przygodowe, ale bez elementów fantastycznych. Wcześniej nawet nie podejrzewałam, że tego typu powieść może mi się aż tak spodobać. A spodobała się baaardzo i czuję niedosyt! Już się nie mogę doczekać momentu, kiedy na mojej półce wyląduje drugi tom, a ja będę mogła porwać go w objęcia.
W „Jutrze” znalazłam jedynie dwa minusy, które muszą niestety obniżyć moją ocenę. A bez nich byłoby tak idealnie… Pierwszy z nich – sercowe rozterki Ellie, czyli „wybrać tego czy tamtego?”. To wydało mi się takie sztuczne i wprowadzone na siłę. Nie wiem, co Marsden sobie myślał, ale to był błąd. Książka wypadłaby o wiele lepiej bez tego wątku. Ale, o dziwo nie ma tu trójkąta miłosnego, ponieważ główna bohaterka romansuje z jednym chłopakiem, a o drugim tylko myśli. Drugi mankament: historia wydawała mi się trochę nierealna. Nie mogłam sobie wyobrazić, aby grupie nastolatków udało się dokonać takich rzeczy i do tego wyjść z niektórych sytuacji praktycznie bez obrażeń. Wszystko, do czego się zabierali, kończyło się przeważnie sukcesem.
„Jutro” okazało się wspaniałą książką, która naprawdę mnie zachwyciła, ale mogłaby być jeszcze lepsza, gdyby nie dwa potknięcia Johna Marsdena. Lektura już dołączyła do grona moich ulubionych i liczę na to, że kolejne części mnie nie zawiodą. Powieść bardzo mnie wciągnęła i już tęsknię za światem, który wykreował autor. Jednak „Jutro” nie każdemu może się spodobać. Wszystko zależy od gustu i upodobań czytelnika. Ja serdecznie polecam tę książkę i zachęcam do zapoznania się z jej treścią.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

czwartek, 27 marca 2014

"Ogień" Mats Strandberg, Sara B. Elfgren

10 komentarzy:

Tytuł: Ogień
Tytuł oryginału: Eld
Wydawnictwo: Czarna Owca
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013
Liczba stron: 696

Nastoletnim czarownicom udało się pokonać zło. Ale to jeszcze nie koniec… Zaczyna się kolejny rok szkolny pełen trudnych wyzwań i niebezpieczeństw. Dziewczęta muszą nie tylko nauczyć się używać swoich mocy, ale również sobie ufać. Zło może zaatakować w najmniej oczekiwanej chwili. Oprócz tego mają na głowie jeszcze członków Rady, do której nie mają zaufania. A w Engelsfors dzieje się coś dziwnego… Wybrańcy muszą działać szybko, aby pokonać wroga i dowiedzieć się, kim tak naprawdę są, aby zapobiec apokalipsie. Czy nastolatkom uda się zaakceptować swoje przeznaczenie? Co je tym razem czeka? I jak to się skończy?
Pierwsza część trylogii o Engelsfors mnie nie zachwyciła, spodziewałam się czegoś innego, ale mimo to mi się podobała. Nieraz zmroziła mi krew w żyłach i cały czas trzymała w napięciu. Bardzo chciałam przeczytać drugą część, która intrygowała mnie od dawna, głównie swoją objętością (to porządna cegiełka). Jakie są więc moje uczucia z nią związane?
Już od samego początku „Ogień” bardzo mnie wciągnął. Nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba, ale czytałam go z ogromnym zainteresowaniem. Nie mogłam się oderwać od tej powieści i mimo, że ma dużą ilość stron, przeczytałam ją bardzo szybko.
Podczas lektury książki bardzo zżyłam się z bohaterkami. W pierwszej części mi się to nie udało, niektórych dziewczyn wręcz nie znosiłam, a teraz jestem nawet zdziwiona, że tak je polubiłam. Annę-Karin, do której wcześniej nie pałałam zbyt wielką sympatią, zdołałam zrozumieć i moje nastawienie do niej się zmieniło. Rozdziały poświęcone tej postaci czytałam z większą przyjemnością niż wcześniej, nawet na nie czekałam. Idę, która wcześniej mnie irytowała, teraz bardzo polubiłam. W tej części mogłam ją lepiej poznać i dowiedzieć się, dlaczego jest taka a nie inna. Vanessa przeszła pewną zmianę. Zrozumiała swoje błędy, zaczęła naprawiać życie i stała się silną kobietą. Jest to jedna z moich ulubionych bohaterek, choć tak naprawdę wszystkie pokochałam. „Ogień” przybliża ich cechy charakteru, sytuacje w rodzinie i przeszłość, dzięki czemu każdą mogłam lepiej poznać.
Zakończenie niezwykle mnie zasmuciło. Nie spodziewałam się, że wzbudzi we mnie tyle uczuć. Wzruszyłam się i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Myślałam, że jeszcze uda się wszystko cofnąć. Długo rozmyślałam nad tym zakończeniem i teraz obawiam się finału trylogii, ponieważ wiem, że może nie skończyć się tak dobrze, jak mam nadzieję.
Sara B. Elfgren i Mats Strandberg wykonali kawał dobrej roboty. Napisali razem prawie 700-stronnicową powieść i widać, że jest ona niezwykle dopracowana. Nie mogę się poskarżyć na ich styl pisania czy to, że się nie zgrali, bo jest wręcz przeciwnie. Ma się wrażenie, że książkę napisała jedna osoba. Nie widać różnicy ich stylów.
Za to mogę ponarzekać na korektę, ponieważ to zapewne jej wina, że w „Ogniu” są błędy. I to nie tylko stylistyczne, interpunkcyjne czy literówki – bardzo często są mylone imiona bohaterek. Przykładowo, jest mowa o Annie-Karin, ale jest napisane imię Vanessy, choć to nie o nią chodzi. Gdybym policzyła, ile razy coś takiego zauważyłam, wyszłoby tego sporo.
Podsumowując, „Ogień” to świetna kontynuacja „Kręgu”. Powieść w żadnym stopniu mnie nie zawiodła, podobała mi się bardziej niż pierwsza część i zżyłam się z bohaterkami. Jestem ciekawa, co się wydarzy w ostatnim tomie, ale też się go trochę boję. Nie chcę kończyć przygody z Engelsfors. Serdecznie polecam tę książkę, wzbudza ona dużo emocji i pełno w niej magii.
Moja ocena: 8/10

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi nakanapie.pl
http://nakanapie.pl/

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

piątek, 7 lutego 2014

"Obiecaj mi" Richard Paul Evans

5 komentarzy:

Autor: Richard Paul Evans
Tytuł: Obiecaj mi
Tytuł oryginału: Promise Me
Wydawnictwo: Znak
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Liczba stron: 296

W życiu Beth Cardall wiele się działo, kiedy była młoda. Jednak musi zatrzymać swoje wspomnienia tylko dla siebie, ponieważ nawet gdyby opowiedziała komuś, co się zdarzyło kilkanaście lat temu, i tak nikt by jej nie uwierzył. 24 grudnia 2008 roku wszystko ma się zmienić. Kobieta wraca myślami do pewnego roku, kiedy jej życie przestało być idealne i wszystko zaczęło się sypać. Jej ukochany mąż umiera, córka zaczyna mieć dziwne objawy jakiejś choroby, której lekarze nie potrafią zidentyfikować, Beth grozi utrata pracy i domu. Wtedy spotyka mężczyznę, który składa jej obietnicę… Jak potoczyła się ta historia? Kim jest Matthew i dlaczego tak dziwnie się zachowuje?
Richard Paul Evans to amerykański pisarz. Każda z jego powieści zajmowała wysokie miejsca na listach bestsellerów i zostały one przetłumaczone już na dwadzieścia pięć języków. Kilka jego książek zostało zekranizowanych. Autor jest także zaangażowany w akcje charytatywne, sam założył organizację The Christmas Box Mouse International.
Evans to pisarz, z którego twórczością od dawna bardzo chciałam się zapoznać. Uwielbiam obyczajówki, które potrafią wzruszyć i za ich treścią kryje się jakieś przesłanie. Wydawało się, że dzieła tego autora idealnie trafią w mój gust. I tak też się stało z „Obiecaj mi”.
Wszystko przeżywałam wraz z bohaterami. Kiedy małżeństwo Beth się rozpadało, ja cierpiałam razem z nią i miałam nadzieję, że jednak wszystko się ułoży, choć wiedziałam, że tak nie będzie. Bardzo mnie niepokoiła również choroba jej córki, Charlotte i cały czas trzymałam kciuki, aby wyzdrowiała lub żeby chociaż jej stan się polepszył. Jak widać, powieść wzbudziła we mnie dużo emocji.
„Obiecaj mi” bardzo mnie wciągnęło. Zazwyczaj obyczajówki przyjemnie się czyta, ale nieraz mi się zdarza, że nie potrafię się w nią wciągnąć. A jak zaczęłam czytać tę książkę, nie mogłam przerwać. Chciałam wiedzieć, co będzie dalej, jak się potoczą losy bohaterów.
Richard Paul Evans ma lekkie pióro i posługuje się prostym, łatwym w odbiorze językiem. Na początku nieco przeszkadzały mi mało rozbudowane zdania, szczególnie w dialogach, ale później się do tego przyzwyczaiłam. Zauważyłam również kilka powtórzeń, ale to już wina korekty, a nie autora.
Bardzo się zżyłam z bohaterami i teraz, po lekturze, brakuje mi ich. Beth okazała się silną kobietą i pomimo wielu trudności i nieszczęść, nie poddawała się, starała się znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Rozumiałam, czemu na początku bała się wejść w nowy związek. Matthew również bardzo polubiłam. Ta postać mnie intrygowała i cały czas zastanawiałam się, kim tak naprawdę jest. Odpowiedź na to pytanie bardzo mnie zaskoczyła. Ogółem, zakończenie okazało się wspaniałe.
„Obiecaj mi” to bardzo dobra opowieść. Nie zawiodłam się na Evansie i z pewnością zapoznam się z innymi jego dziełami. Warto też wspomnieć, że na stronie internetowej autora można znaleźć przepisy na dania, które zostały wspomniane w książce. Chętnie je kiedyś wypróbuję i może to być ciekawy pomysł również dla osób lubiących gotować. Lekturę serdecznie polecam.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

sobota, 18 stycznia 2014

"Dar" Gaja Kołodziej

6 komentarzy:

Autor: Gaja Kołodziej
Tytuł: Dar
Wydawnictwo: Lucky
Miejsce i rok wydania: Radom 2012
Liczba stron: 272

Kora Smolińska ma wyjątkowy dar – słyszy myśli innych ludzi. A może jednak przekleństwo? Sama uważa, że jest Odstępstwem od Reguły, Ofiarą Represji Bożej, czy Błędem Mutacji Genetycznej. Nienawidzi tego, że jest wyjątkowa, czasem lepiej nie wiedzieć, co myślą inni. Jedynymi osobami, które wiedzą o darze dziewczyny, są jej przyjaciele, Teo i Asia, którym może ufać. Niegdyś tę tajemnicę znała również jej matka, ale teraz nastolatka mieszka u wujostwa, gdzie nie może liczyć na takie wsparcie. Szczególnie od kuzynki Małgorzaty, która znęca się nad nią na każdym kroku. Pewnego dnia w ich szkole pojawia się nowy uczeń – Eryk Nil. Od samego początku Kora nie pała do niego sympatią, a chłopak coraz bardziej wprawia ją w furię. Co on ukrywa? Dlaczego zachowuje się tak dziwnie?
Gaja Kołodziej to młoda polska pisarka, urodzona w 1989 roku w Warszawie. Od dziecka lubiła pisać i wymyślać historie, a przelewać to na papier zaczęła jako nastolatka. W 2009 roku ukazał się zbiór opowiadań „7 kolorów tęczy”, w którym umieszczono nagrodzony tekst autorki. Rok później w księgarniach pojawiła się pierwsza powieść Pani Kołodziej, „Wystrzałowa licealistka”, która doczekała się kontynuacji. „Dar” jest trzecim dziełem pisarki.
Do tej pory autorka nie była mi znana. I pewnie nigdy nie zapoznałabym się z jej twórczością, gdyby nie pewien szczęśliwy przypadek, dzięki któremu książka przywędrowała do moich rąk. Przez półtorej roku stała na półce i się kurzyła, za co teraz pluję sobie w brodę. Nie oczekiwałam po niej zbyt wiele, myślałam: ot, lekka młodzieżówka. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zaczęłam czytać lekturę i nie mogłam przerwać.
Bohaterów pokochałam naprawdę szybko. Stali się moimi przyjaciółmi i wiem, że będę za nimi tęsknić. Za Korą szczególnie. Miała, wbrew pozorom, silną osobowość i jej dar nie sprawił, że stała się zarozumiała i uważała, że potrafi rozgryźć wszystkich ludzi wokół. Tak naprawdę wciąż nie rozumiała pewnych zachowań, ale nawet kiedy wydawało się, że ktoś był zły i egoistyczny, ona starała się zrozumieć jego postępowanie i znajdowała dla niego współczucie. Oczywiście nie stała się ideałem, była uległa w stosunku do przyjaciół, zazwyczaj nie potrafiła im odmówić i szybko się denerwowała. Ale cały ten charakter, i wady, i zalety, były przyczyną jej uroku, ponieważ mogłam się z nią utożsamić. Eryka również bardzo pokochałam. O dziwo, patrzyłam na niego przychylnie już od samego początku, choć nie zachowywał się wtedy zbyt dobrze. Kiedy dowiedziałam się o nim więcej, stał mi się jeszcze bliższy. Wszystkie fragmenty, w których występował, czytałam z jeszcze większą zachłannością, niż inne. Z pewnością długo będę o nim pamiętać.
Powieść wzbudziła we mnie wiele emocji. Wszystko przeżywałam wraz z bohaterami, targały mną na przemian szczęście i radość oraz smutek i przygnębienie, a nawet ta ogromna furia, do jakiej doprowadzał Korę Eryk. To sprawiło, że książka stała mi się bardzo bliska i już teraz wiem, że kiedyś do niej wrócę.
„Dar” okrutnie mnie wciągnął, tak, że mnie mogłam się wydostać z jego świata. Czytałam lekturę, kiedy tylko mogłam i siedziałam do późna w nocy, aby „przeczytać jeszcze jeden rozdział”. A każdy wie, jak to się kończy…
Książka ukazuje też siłę przyjaźni. Więź pomiędzy Teo, Asią i Korą była wspaniała i bardzo silna. Nawet głupia kłótnia nie mogła tego zniszczyć, choć niejednokrotnie zostali wystawieni na próbę. Ze świecą trzeba szukać teraz takich szczerych przyjaźni i dlatego warto przeczytać tę powieść choćby dlatego, żeby zobaczyć na czym ona polega. Kiedy się patrzy jak współczesna młodzież traktuje swoich kolegów, można się złapać za głowę.
„Dar” mnie urzekł. Żałuję, że autorka nie planuje kolejnej części, ponieważ chętnie poczytałabym o dalszych losach bohaterów. Lektura bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła i naprawdę dobrze zaczęłam z nią nowy rok. Bardzo chętnie zapoznam się z innymi dziełami Gai Kołodziej i czekam na więcej.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 

piątek, 10 stycznia 2014

"Łza" Lauren Kate

9 komentarzy:

Autor: Lauren Kate
Tytuł: Łza
Tytuł oryginału: Teardrop
Wydawnictwo: Galeria Książki
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 416

„Nigdy, przenigdy nie płacz” – tą zasadą Eureka kierowała się niemal przez całe życie. Tego nauczyła ją matka, z którą życie wydawało się łatwiejsze i piękniejsze. Lecz dziewczyna traci matkę na skutek nadejścia ogromnej, niespodziewanej fali, która zrzuciła ich samochód z mostu. Ciała kobiety nie odnaleziono, a nastolatka uważa, że to ona powinna utonąć. Życie bez ukochanej rodzicielki wydaje się nie mieć sensu, lecz Eureka do tej pory nie uroniła ani jednej łzy. Wszystko zmienia się w dniu, kiedy poznaje tajemniczego Andera, który często znika i w najmniej oczekiwanej chwili się zjawia. Dziewczyna otrzymuje również spadek po matce, lecz nie rozumie intencji Diany, nie wie, do czego mogą przydać jej się te przedmioty. Wkrótce nastolatka przekonuje się, jak wiele tajemnic ukrywała przed nią najbliższa jej osoba. I poznaje historię, która może nie być zwykłą fantazją…
Z twórczością Lauren Kate miałam już raz styczność. Seria „Upadli” zbierała różnorodne opinie, jednym książki bardzo się podobały, innym nie, ale moim zdaniem pierwsza część wypadła bardzo dobrze. Autorka stworzyła ciekawą historię, która wciągnęła mnie bez reszty. Kiedy niedawno przeglądałam nowości wydawane za granicą, zauważyłam najnowszą powieść Lauren Kate, która bardzo mnie zaintrygowała wątkiem łez i marzyłam o tym, by wydano ją w Polsce. Niedawno moje marzenie się ziściło. I cóż mogę rzec o „Łzie”?
O ile opis wydawcy zwiastuje nieco schematyczną książkę (ileż już było śmierci rodziców, tajemniczych i natarczywych chłopców, zagadkowych spadków?), treść zdecydowanie wybija się ponad większość lektur okrzykniętych światowymi bestsellerami. Przede wszystkim na uwagę zasługuje interesujące i oryginalne wykorzystanie mitu o Atlantydzie. Nie ukrywam, że bardzo intryguje mnie historia o zatopionej starożytnej cywilizacji, a Lauren Kate przedstawiła ją w nowym świetle. Pomysł okazał się zachwycający i z mojej strony pisarka zdobyła ogromne uznanie.
Eurekę od samego początku darzyłam dużą sympatią. Zaimponowała mi swoim opanowaniem i zdolnością nie załamywania się nawet w najgorszych chwilach. Zawsze umiała znaleźć wyjście z jakiejś sytuacji, choć czasem potrzebowała czasu na trzeźwe rozpatrzenie całej sprawy. Często bywa tak, że nawet moi ulubieni bohaterowie zdenerwują mnie niezbyt mądrymi i pochopnymi wyborami, jednak tym razem zazwyczaj popierałam i rozumiałam decyzje Eureki. Jej przyjaciel, Brooks, wzbudził we mnie wiele emocji. Na początku go lubiłam, jednak kiedy zaczął się zmieniać, bardzo mnie denerwował. Czułam się, jakbym znała go od dawna, tak jak główna bohaterka i po jakimś czasie przestałam go poznawać. Rozumiałam wszystkie emocje, które targały Eureką, ja czułam to samo.
Język autorki zdecydowanie zmienił się na lepsze. Lauren Kate wciąż się rozwija, nie stoi w miejscu jak niektórzy pisarze. Pomiędzy „Upadłymi” a „Łzą” stworzyła kilka książek i doskonale widać różnicę stylu między jedną a drugą lekturą. Jej najnowsze dzieło zostało napisane lekkim piórem, czyta się je płynnie i z nieukrywaną przyjemnością.
W całej powieści znalazłam tylko jeden minus. Akcja rozkręca się dopiero pod koniec, a przez resztę książki niestety stoi ona w miejscu. Nie ma nagłych zwrotów akcji, nie zmroziło mi krwi w żyłach. Mimo to „Łza” bardzo wciąga i niemal nie zauważa się tego mankamentu.
Na szczególną uwagę zasługuje piękne wydanie książki. Okładka jest zjawiskowa i magiczna, kiedy pierwszy raz ją ujrzałam, zachwyciła mnie. Bardzo się cieszę, że wydawnictwo zostawiło oryginalną, jest naprawdę piękna.
„Łza” niezmiernie przypadła mi do gustu. To ciekawa historia i nawet się nie spodziewałam, że aż tak mi się spodoba. Czytało się ją bardzo przyjemnie, a kiedy skończyłam, poczułam niedosyt. Chciałam wiedzieć, co będzie dalej, za mało tajemnic zostało odkrytych! Już się nie mogę doczekać drugiej części, która ukaże się w następnym roku. Serdecznie polecam i mam nadzieję, że pani Lauren Kate jeszcze nieraz mnie zaskoczy.
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!

sobota, 2 listopada 2013

"Upadli" Lauren Kate

13 komentarzy:

Autor: Lauren Kate
Tytuł: Upadli
Tytuł oryginału: Fallen
Wydawnictwo: MAG
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 464
Luce trafia do poprawczaka za coś, czego nie zrobiła. Wszyscy obwiniają ją o śmierć kolegi, przy której była obecna, lecz nie ma z nią nic wspólnego. Do szkoły wprowadza ją nowa koleżanka o imieniu Arriane – pokazuje miejsca nieobjęte ochroną, zapoznaje z tutejszymi zwyczajami, przedstawia innych uczniów. Lucinda chętnie wróciłaby do domu, nowe miejsce nie przypada jej do gustu i już pierwszego dnia wpada w konflikt z jedną z uczennic. W szkole poznaje przystojnego chłopaka i wydaje się jej, że już kiedyś go poznała. Daniel niestety nie ukrywa swojej niechęci do dziewczyny, często ją ośmiesza i zbywa wrednymi komentarzami. Mimo wszystko coś ją do niego ciągnie i nie zamierza się poddać. Dziewczynie w powolnym zapomnieniu o niedawnych wydarzeniach przeszkadzają także cienie. Tylko ona je widzi, a zwiastują niebezpieczeństwo. Czym one są? Czemu Luce je widzi? O co chodzi Danielowi?
Lauren Kate jest amerykańską autorką książek z gatunku fantastyki. Odniosły one ogromny sukces i utrzymywały się na szczytach list bestsellerów. Zaczęła pisać w Nowym Jorku, pierwszą powieść wydała w 2009 roku. Jej najnowsze dzieło, „Łza” ma się ukazać w Polsce w połowie listopada.
Do tej powieści już od dawna mnie ciągnęło. Zbierała sporo pozytywnych opinii i wyróżniała się spośród innych – nie słyszałam wcześniej o tym, aby akcja książki toczyła się na terenie poprawczaka, w którym mieszkała i uczyła się główna bohaterka. Tematyka także wydawała się interesująca. Dlatego bez namysłu zakupiłam „Upadłych” i nie mogłam się doczekać lektury. Czy warto było?
Książka bardzo wciąga, nie można się od niej oderwać. W ciągu jednego dnia przeczytałam połowę tomu. Kiedy mówiłam sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”, oczywiście na tym się nie kończyło. Plusem jest to, że rozdziały nie były krótkie, a dość długie, ale niemal nie zauważałam przewracających się kartek.
Bardzo polubiłam bohaterów z powieści. Luce nie była wrażliwą i płaczliwą dziewczyną, która cały czas żyje przeszłością. Mimo przykrości, jakie ją spotkały, starała się powrócić do normalnego życia i być silna. Jej zachowanie było odmienne od większości bohaterek książkowych. To ona walczyła o chłopaka, a nie on o nią. Nie poddawała się, choć wiele razy się skompromitowała przed Danielem. Na początku nie obdarzyłam jej zbyt wielką sympatią, ponieważ Luce już pierwszego dnia w szkole zastanawiała się, którego chłopaka wybrać spośród dwóch, co jest co najmniej dziwne. Daniel okazał się bardzo intrygujący. Ukrywał wiele tajemnic i cały czas zastanawiałam się, o co mu chodzi. Także postaci drugoplanowe zostały świetnie wykreowane. Miło wspominam Arriane, Penn, Gabe oraz innych.
Lauren Kate posługuje się prostym językiem, pasującym do grona odbiorców powieści, czyli młodzieży. Wszystkie opisy były bardzo ciekawe. Nie przypominam sobie momentu, podczas którego bym się nudziła.
Oprawa graficzna jest zachwycająca. Okładka przyciąga wzrok i zachęca do zapoznania się z lekturą. Pięknie wygląda na półce. Jest to wspaniałe „opakowanie” kryjące równie dobrą treść. Bardzo mi się podoba także czcionka użyta w środku. Nie męczy oczu i ma odpowiednią wielkość.
Podsumowując, „Upadli” to świetna książka. Przyjemnie się ją czyta i bardzo wciąga. Powiedziałabym, że tematyka jest oryginalna, gdyby nie to, że ostatnio podobnych powieści jest cała masa. Jednak jeszcze w roku wydania lektury nie było ich dużo. Serdecznie polecam „Upadłych” i mam nadzieję, że kolejne tomy serii okażą się równie dobre.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

niedziela, 13 października 2013

"Wiosna w Różanach" Bogna Ziembicka

3 komentarze:

Autor: Bogna Ziembicka
Tytuł: Wiosna w Różanach
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 370

Zofia Borucka po wielu trudnościach i przykrościach odnalazła szczęście. Odzyskała dom w Różanach, który tak bardzo kochała, a jej związek z Krzysztofem kwitnie, spodziewa się jego dziecka. Eryk cierpi po jej wyborze, jednak jest w każdej chwili gotów, aby powrócić do Zosi. Natomiast Marianna poznaje dwóch przystojnych panów, którzy okazują jej zainteresowanie. Co z tego wyniknie? Wkrótce życie Zosi zaczyna się walić. Spotyka ją nieszczęście za nieszczęściem i odbiera jej wszelką chęć do życia. Jej najbliżsi również muszą poradzić sobie z tymi problemami i nauczyć się dalej egzystować. Panna Borucka wyjeżdża do Włoch, Marianna randkuje z dwoma mężczyznami, natomiast Eryk szuka pocieszenia u koleżanki z pracy. Poznajcie dalszą historię bohaterów poznanych w „Drodze do Różan”!
Pierwszy tom serii niezmiernie przypadł mi do gustu. Byłam zachwycona samą ideą, jak i wykonaniem. Dawno powieść obyczajowa tak mnie nie wciągnęła, przeżywałam wszystko wraz z bohaterami, razem z nimi płakałam i śmiałam się. Może dlatego, że akcja została osadzona w Polsce, a dokładnie w Krakowie i pobliskich Różanach, co sprawiło, że opowieść stała się dla mnie bardziej realna i bliska. Z niecierpliwością wyczekiwałam nowego wydania drugiej części, które pięknie się prezentuje.
„Wiosna w Różanach” jak najbardziej spełniła moje oczekiwania. Stęskniłam się za Zosią, a dzięki tej książce mogłam do niej powrócić. Cała historia jest wspaniała, wzruszająca i wzbogacona o nowe wątki, jakich nie było w pierwszym tomie.
Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to większa rola Marianny w książce. W poprzednim tomie owszem, była ważna, ale tutaj ośmielę się nawet stwierdzić, że więcej rozdziałów było poświęconych jej, a nie Zosi. Uważam to za duży plus, ponieważ pani Ziembicka nie skupia się na jednej postaci, ale tworzy z wielką dokładnością każdego bohatera. Historia Marianny okazała się niezwykle ciekawa, tym bardziej, że przyjaciółkę panny Boruckiej bardzo polubiłam już w „Drodze do Różan”.
Bardzo się cieszyłam, że mogłam znów „spotkać się” z Zosią, choć serce mi się krajało, kiedy czytałam o jej cierpieniu i co jej się przydarzyło. Początkowo nie mogłam w to uwierzyć. Jej powrót do normalności, codzienności odbywał się stopniowo. Nie popadła w zbyt wielką depresję, ale też nie przeszła obok tragedii obojętnie, zostało to przedstawione bardzo realistycznie. Autorka dobrze zrobiła, że dodała wątki Marianny, ponieważ gdyby ta część skupiała się tylko na Zosi, z czasem czytelnik zaczynałby się nudzić jej chwilami słabości. To zostało zastąpione rozdziałami o jej przyjaciółce.
Co kilkadziesiąt stron występowały także Przepisy Pani Zuzanny na proste potrawy, które zostały wspomniane w książce. Za każdym razem, kiedy niania gotowała, ja robiłam się głodna. Ten zbiór kilku przepisów jest idealnym rozwiązaniem. Każda kobieta będzie mogła nie tylko przeczytać powieść, lecz także jej posmakować!
Bogna Ziembicka posługuje się niesamowitym językiem, który sprawiał, że powieść pochłaniała mnie bez reszty. Nie sądziłam, że obyczajówki mogą tak wciągać, ale ta jest tego najlepszym przykładem. Wykreowała intrygujących bohaterów, z którymi bardzo szybko się zżyłam. Pani Ziembicka ma naprawdę świetny styl i przeczytam wszystko, co wyjdzie spod jej pióra.
Wątek Natalii Berg również okazał się interesującym dodatkiem. W pierwszej części mieliśmy okazję ją poznać, ale była to postać epizodyczna. Tym razem odegrała ważniejszą rolę. Czytelnik ma okazję poznać jej przeszłość i zamiary dotyczące innych bohaterów. Tę część powieści czytałam niemal z napięciem i byłam ciekawa, co wyniknie z jej intryg.
Podsumowując, „Wiosna w Różanach” to doskonała powieść na jesień. Można się oderwać na chwilę od szarej rzeczywistości. W tej części wiele razy się wzruszyłam, wydaje mi się, że było w niej więcej smutnych chwil. Bogna Ziembicka od teraz staje się jedną z moich ulubionych polskich autorek. To wspaniały przykład, że Polak też potrafi napisać coś dobrego!
Moja ocena: 8/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte
Możecie również przeczytać wywiad z autorką przeprowadzony przeze mnie - klik.

piątek, 11 października 2013

"Wampiry z Morganville. Księga 5: Miasto Widmo" Rachel Caine

5 komentarzy:

Autor: Rachel Caine
Tytuł: Wampiry z Morganville. Księga 5: Miasto Widmo
Tytuł oryginału: The Morganville Vampires. Ghost Town
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 400

Claire i jej przyjaciele powrócili do Morganville z małej wycieczki, jaką sobie urządzili. Niebezpieczeństwo i tam ich dopadło. Nie mogą zaznać dłuższego spokoju, cały czas przyciągają kłopoty. Tak jest i tym razem. Claire w obliczu zagrożenia zabija wampira, co jest karane w mieście śmiercią. Jednak Amelie, Założycielka Morganville, pozwala jej na odkupienie win poprzez pracę nad nowym systemem ochrony. Dziewczyna musi naprawić maszynę, która odpowiadała za utrzymywanie barier ochronnych, wymazywanie wspomnień, czy tworzenie portali. Podczas wykonywania zadania nie może pozwolić sobie na odpoczynek czy sen, ma dostarczane jedynie jedzenie. To wydaje jej się prawie nie wykonywalne, a jednak dzięki jej inteligencji udaje się. Później okazuje się, że mimo starań maszyna nie działa jak należy, a w Morganville robi się jeszcze niebezpieczniej, o ile to możliwe…
Rachel Caine to amerykańska pisarka powieści fantastycznych z elementami horroru i romansu. Tak naprawdę nazywa się Roxanne Longstreet Conrad. Napisała kilka serii, jednak w Polsce ukazały się do tej pory tylko dwie – „Czas wygnania” oraz „Wampiry z Morganville” powoli dobiegające końca. Za tę drugą serię bardzo cenię sobie autorkę. Nie mam dość tych książek, choć wampiry już dawno mi się znudziły.
Pisarka, choć nie wprowadziła niczego oryginalnego, nie przedstawiła krwiopijców w innym świetle, napisała interesujący cykl. Wszystkie części, które przeczytałam do tej pory, były bardzo wciągające. Z piątą nie jest inaczej.
„Miasto Widmo” trzyma w napięciu. Cały czas martwiłam się o bohaterów, czy przeżyją, czy uda im się uratować innych. W książce co chwilę coś się działo. Nie było czasu na odpoczynek, przyjaciele musieli działać, aby ocalić miasto.
Przez te wszystkie tomy, które mam już za sobą, bardzo zżyłam się z bohaterami, szczególnie czwórką głównych. Eve, Shane, Claire i Michael zostali świetnie wykreowani. Każdy ma zupełnie inny charakter, ale mimo to pasują do siebie i rozumiem, czemu się zaprzyjaźnili. Nie tylko Claire jest ważną postacią – bez pozostałej trójki nie wyobrażam sobie książki, oni także odgrywają ważną rolę. Claire na początku (w pierwszych częściach) wydawała się nieśmiała i nieco zagubiona, lecz zaczęła się zmieniać i z każdym tomem jest coraz pewniejsza siebie, odważniejsza, nie boi się walczyć o dobro ludzi. Ponadto jest bardzo inteligenta, nie bez powodu Amelie dała jej za zadanie naprawienie maszyny. Eve, zwariowana gotka, od początku lubiła Clarie i była za tym, aby zamieszkała z nimi w domu. Nieraz pokazała, że jest prawdziwą przyjaciółką, za którą pójdzie wszędzie. Michael zamieniony w wampira był gotów w każdej chwili bronić przyjaciół i walczyć za nich. I Shane. Zakochałam się w nim od pierwszych stron, na których się pojawił. Tworzy z główną bohaterką wspaniałą parę, jest bardzo opiekuńczy. Czasem okazuje także słabość, jaką jest jego przeszłość, a szczególnie rodzina. W „Mieście Widmo” bohaterowie i ich przyjaźń zostają wystawieni na próbę, która ukazuje, jak silne wiążą ich związki.
Wątek miłosny jest w powieści świetnym dodatkiem. Nie robi z książki przesłodzonego romansu, o nie. Z przyjemnością obserwowałam, jak rodzi się i rozwija uczucie między Claire i Shanem oraz Eve i Michaelem.
Bardzo spodobał mi się wątek z maszyną. W żadnej powieści, jakie do tej pory czytałam, nie spotkałam się z czymś takim. Cieszę się, że Rachel Caine wysila swoją wyobraźnię, aby stworzyć coś oryginalnego, coś, co by zaintrygowało czytelnika. Wcześniejszy komputer także był interesujący – sterował nim mózg martwej osoby, co mnie trochę przeraziło.
Muszę z przykrością stwierdzić, że wydawnictwo się nie spisało przy korekcie książki. Co kilka stron pojawiały się błędy – ortograficzne, interpunkcyjne, literówki. Miałam dość po jakimś czasie. Kilka jeszcze mogłam wybaczyć, lecz tu znalazłam ich mnóstwo. To naprawdę utrudnia czytanie i zaczęłam się zastanawiać, czy ktokolwiek sprawdził powieść przed wydaniem.
Podsumowując, „Miasto Widmo” bardzo mi się spodobało. Dorównuje poziomem do poprzednich części. Całą serię „Wampiry z Morganville” czytam z ogromną chęcią, ale też z sentymentem – to jedne z moich pierwszych książek o wampirach. Serdecznie polecam cały cykl.
Moja ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

sobota, 10 sierpnia 2013

"Melancholia sukuba" Richelle Mead

13 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Melancholia sukuba
Tytuł oryginału: Succubus Blues
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 336

Georgina Kincaid jest nieśmiertelnym sukubem mieszkającym w Seattle. To jedno z najlepszych zajęć, o jakim można pomarzyć w piekle. Jest piękna i pożądana przez mężczyzn, którym zabiera energię życiową, może w każdej chwili zmienić postać, wyglądać tak, jak w danej chwili potrzebuje. Jednak Georginie nie podoba się takie życie; nie może poznać prawdziwej miłości, ponieważ zabiłaby swojego chłopaka, nawet gdyby tego nie chciała. Dziewczyna w wolnym czasie zaczytuje się w książkach niejakiego Setha Mortensena. W księgarni, w której pracuje, pojawia się on na spotkaniu autorskim. Georgie ma w końcu okazję go poznać… Jej marzenia muszą jednak poczekać, ponieważ w nadnaturalnym świecie ktoś zaczyna mordować jej nieśmiertelnych znajomych.
Richelle Mead to niezaprzeczalnie jedna z moich ulubionych pisarek. Oczarowała i zachwyciła mnie serią „Akademia wampirów”. Po zakończeniu jej postanowiłam zapoznać się z innymi dziełami autorki. Na pierwszy ogień poszła „Melancholia sukuba”, która była jej debiutem. Cykl o Georginie został już zakończony, liczy sobie sześć tomów. Oprócz tego pani Mead napisała serię „Dark Swan” i zaczęła „Kroniki krwi”, które są powiązane z „Akademią wampirów”. Jej książki odniosły sukces, autorka postanowiła zrezygnować z pracy i zaczęła pisać zawodowo.
Za czytanie zabierałam się pełna nadziei, wierzyłam, że Richelle Mead mnie nie zawiedzie. I tak też się stało. Choć historia z początku nie wyglądała na jakąś szczególnie dobrą, to im dalej zagłębiałam się w fabułę, tym bardziej mnie wciągała i intrygowała.
Bohaterowie zostali wspaniale wykreowani. Nie da się ich nie lubić, nawet tych mniej sympatycznych. Georgina szczególnie zapada w pamięć. To kobieta, którą nie da się pomiatać. Z pozoru wydaje się silna, ale kiedy poznaje się ją bliżej, widać, że ma wrażliwe serce. Spodobało mi się to, że była impulsywna i energiczna, nie bała się wyrazić własnego zdania. Z jednej strony nieco przypominała mi Rose (bohaterkę „Akademii wampirów”), lecz z drugiej bardzo się różniły. Takie postaci zapadają w pamięć. Seth także szybko zdobył moje serce. Jest dla odmiany spokojnym, miłym, nieśmiałym mężczyzną. Jak widać bohater nie zawsze musi być aroganckim, śmiałym facetem, aby podbić serca czytelniczek.
Minusem powieści jest przewidywalność. Niestety łatwo samemu rozwiązać zagadkę morderstwa i odgadnąć kto za tym wszystkim stoi. Na szczęście nie odbiera to przyjemności z czytania i wciąż można rozkoszować się lekturą.
Uwielbiam styl i język, jakim posługuje się pani Mead. W książce nie brakuje interesujących opisów, ale też nie ma ich nadmiaru. Zastosowała narrację pierwszoosobową, co uważam za świetny wybór. Narracja trzecioosobowa by się tu nie sprawdziła i lektura wypadłaby o wiele słabiej. Richelle Mead świetnie przedstawia emocje swojej bohaterki, dzięki czemu czytelnik odczuwa to samo. Scen erotycznych nie ma za dużo, choć można się spodziewać czegoś innego, w końcu sukuby zajmują się kuszeniem i uwodzeniem mężczyzn.
Z ogromną chęcią przeczytam kolejne tomy, wprost nie mogę się tego doczekać. Historia Georginy mnie zaintrygowała, nie była tylko opowiastką o perypetiach miłosnych dziewczyny. Bohaterowie bardzo sympatyczni i oryginalni. Jest to warta uwagi powieść, która powinna się znaleźć na liście obowiązkowych lektur fanów Richelle Mead. Nie zawiedziecie się.
Moja ocena: 8/10