Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

"Atrofia" Lauren DeStefano

10 komentarzy:


Przyszłość. Osiągnięto na tyle wysoki postęp nauki i medycyny, że zaczęto tworzyć genetycznie idealne społeczeństwo. Piękni ludzie, którzy starzeją się z gracją i do końca swego życia zachowują nadzwyczajną urodę. Są długowieczni i odporni na choroby. Ale tylko pierwsze pokolenie to okazy zdrowia. Kolejne atakuje tajemniczy wirus, który zabija kobiety w wieku dwudziestu, a mężczyzn w wieku dwudziestu pięciu lat. Nie mają oni szansy dorosnąć, a ich kilkuletnie dzieci szybko stają się sierotami. Kilkunastoletnie dziewczęta są zmuszane do poligamicznych małżeństw, aby zapewnić przetrwanie gatunku. Rhine przez kilka lat udawało się unikać Kolekcjonerów sprzedających młode kobiety, ale w końcu została złapana. Razem z Jenną i Cecily trafia do ogromnej willi w gaju pomarańczowym, gdzie poślubia je syn właściciela. Jednak iluzja idealnego życia szybko znika i dziewczęta odkrywają straszliwe tajemnice kryjące się w murach rezydencji…
Lauren DeStefano urodziła się w New Haven w Connecticut. Jej przygoda z pisaniem zaczęła się w dzieciństwie, kiedy to napisała opowieść na odwrocie menu dla dzieci w restauracji. Jej prawdziwym debiutem jest trylogia „Chemiczne światy”, którą otwiera „Atrofia”. W Polsce ukazała się tylko pierwsza część, wydawnictwo zrezygnowało z kontynuacji.
Pamiętam, że chyba prawie dwa lata temu w blogosferze panował „szał” na tę książkę. Tyle osób się nią zachwycało i rozpływało nad geniuszem tej historii. A potem ta rozpacz, bo nie będzie kolejnych części… Wiedząc o tym, skusiłam się i ja. „Atrofię” dostałam już bardzo dawno temu, jednak dopiero teraz nadszedł czas na jej przeczytanie. Po tych dwóch latach mój entuzjazm przeminął i bałam się, że powieść okaże się totalnym niewypałem. Niezbyt chętnie po nią sięgnęłam i na początku zbytnio mnie nie wciągnęła. Ale to, co się działo później, to już zupełnie inna bajka…
Pierwsze kilkadziesiąt stron czytałam sobie naprawdę powoli. Dawkowałam lekturę w małych ilościach, aby nie przemęczać oczu. Jednak pewnego razu, kiedy postanowiłam „na poważnie” do niej przysiąść, moją troskę o oczy szlag trafił. Nie potrafiłam się od niej oderwać, robiłam przerwy jedynie na posiłki i na kilkuminutowe rozruszanie nóg, aby mi z tych emocji nie zdrętwiały. W jednej chwili zakochałam się w lekturze, lecz wiedziałam, że zbyt długo nie mogę jej smakować. Wszak kolejnych tomów jak nie ma, tak nie będzie.
Trzy bohaterki, przyszłe żony Zarządcy, to jedna z najmocniejszych stron książki. Zaskoczyło mnie to, jak autorka stworzyła tak zupełnie różne trzy młode kobiety. Każda z nich inaczej patrzyła na świat i inaczej pojmowała definicję miłości. Bardzo spodobało mi się to, że nazywały siebie siostrami, to określenie pokazywało ich bliskość oraz to, że są skazane na siebie tak długo, dopóki nie wykończy ich wirus. Jedna była tylko dzieckiem, dla której małżeństwo było wybawieniem. Druga zostawiła za sobą brata bliźniaka i obmyślała plany, jak przy pierwszej okazji do niego uciec. Trzecia była już u kresu wieku, patrząc na średnią życia w tamtych czasach i ukrywała swoją nienawiść w postaci nieczułej żony. Najbliższą mi postacią okazała się najstarsza z dziewcząt, Jenna. Nie dlatego, że widziałam w niej podobieństwo siebie, bo wydaje mi się, że pod wieloma aspektami różnimy się od siebie. Moim zdaniem była najdojrzalsza z całej trójki, umiała pogodzić się z losem i wiedziała, co ją czeka.
Tempo akcji nie jest zniewalające, przez całą powieść jest jednakowe bez zaskakujących zwrotów. Jednak niezwykle bogata fabuła sprawia, że się tego nie zauważa. Nie nudziłam się ani przez chwilę, nawet na początku. Lauren DeStefano stworzyła tak wspaniale rozbudowany świat, że byłam zbyt pochłonięta jego poznawaniem.
Wątek miłosny okazał się niezwykle subtelny i delikatny. Czytelnik powoli zdawał sobie sprawę z tego, iż coś jest na rzeczy, ale wyszło to na jaw dopiero po pewnym czasie. Nie wysuwa się on na pierwszy plan, dzięki czemu książka zyskuje na wartości, ponieważ czytający ma okazję zwrócić uwagę na inne sprawy.
„Atrofia” oczarowała mnie w tak wielkim stopniu, że zamiast zapomnieć o niej i oszczędzić sobie bólu z powodu braku kontynuacji, postawiłam sobie za cel zdobyć „Fever” (drugą część) w oryginale i tak ją przeczytać. Nie spocznę, póki nie uda mi się tego zrealizować, choćby początki czytania po angielsku były bardzo trudne. Będę miała z tego same przyjemne korzyści. „Atrofia” to naprawdę dobra i oryginalna lektura, która wyróżnia się spośród innych antyutopii. Myślę, że mogę ją polecić wszystkim, nawet osobom, które nie będą w stanie zapoznać się z pozostałymi dwiema częściami po angielsku. Ta skończyła się tak, że można wmówić sobie, iż jest to koniec historii. A resztę sobie domówić…
Moja ocena: 9/10

Autor: Lauren DeStefano
Tytuł: Atrofia
Tytuł oryginału: Wither
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 320

niedziela, 20 lipca 2014

"Spójrz mi w oczy" Lisa Scottoline

7 komentarzy:

Autor: Lisa Scottoline
Tytuł: Spójrz mi w oczy
Tytuł oryginału: Look again
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 488

Ellen Gleeson samotnie wychowuje swojego adoptowanego synka Willa. Pewnego dnia znajduje w swojej skrzynce pocztowej ulotkę o uprowadzonych dzieciach. Jedno ze zdjęć wydaje się niepokojąco znajome. Chłopczyk na nim wygląda dokładnie tak samo jak Will. Adopcja została przeprowadzona całkowicie legalnie, ale myśl o tym nie daje jej spokoju, więc kobieta postanawia rozpocząć śledztwo na własną rękę. Odkrywa coraz to bardziej szokujące tropy i posuwa się coraz dalej, aby odkryć prawdę, której być może nie chce znać. Swoją dociekliwością może sprowadzić niebezpieczeństwo nie tylko na siebie, ale też na swojego synka. Co odkryje Ellen? Co zrobi, jeżeli okaże się, że jej Will to porwane dziecko z ulotki? Odda go jego biologicznym rodzicom, czy może zatrzyma przy sobie?
Lisa Scottoline to amerykańska autorka licznych bestsellerów „New York Timesa”. Jej książki ukazały się w ponad trzydziestu krajach, a łączny nakład przekroczył trzydzieści milionów egzemplarzy. Pisarka obecnie mieszka w Pensylwanii wraz ze swoimi zwierzakami. W tym miesiącu została wydana w Polsce jedna z jej nowszych powieści, „Wracajmy do domu”.
Do tej pory nie miałam styczności z twórczością pani Scottoline, choć jej powieści bardzo mnie intrygowały. Porusza w nich wiele niezwykle trudnych tematów, przez co nie czyta się ich tak lekko i łatwo. Czytelnik musi pomyśleć podczas lektury, zastanowić się, co by zrobił na miejscu danego bohatera. Uwielbiam tego typu powieści, dlatego książki Lisy Scottoline prędzej czy później trafiłyby w moje ręce.
W powieści występuje wątek kryminalny jako jeden z głównych. Uważam, że autorka świetnie go poprowadziła. Śledziłam go z zapartym tchem i w jednym momencie aż zmroziło mi krew w żyłach. To, co odkrywała główna bohaterka prowadziło do coraz niebezpieczniejszych sytuacji, a historia sprzed kilku lat, którą starała się odtworzyć, była coraz mroczniejsza. Mogłam bliżej przyjrzeć się przerażającemu tematowi, jakim jest porywanie dzieci i przyjrzeć się mu z perspektywy bohaterów, którzy tego doświadczyli.
Postaci w książce zostały niezwykle dopracowane i wspaniale wykreowane. Czułam, jakbym czytała o prawdziwych ludziach. Lisa Scottoline świetnie przedstawiła przepiękną miłość matki do adoptowanego dziecka. Bardzo dobrze oddała wszystkie emocje, jakie odczuwała Ellen. Inni bohaterowie również zapadli mi w pamięci, na przykład cudowny Marcelo, Sarah czy Bill, a także ojciec Ellen.
Autorka, zanim napisała „Spójrz mi w oczy” musiała najpierw poświęcić mnóstwo czasu na poszukiwanie informacji dotyczących procedur przy porwaniach dzieci czy nawet pracy prawników. Świetnie dopracowała swoją książkę pod tym względem i należą jej się za to ogromne brawa.
Jedyne, co mnie irytowało, to zachowania głównej bohaterki. Denerwowała mnie jej dociekliwość i to, że była gotowa nawet stracić pracę, aby poznać prawdę. Ja na jej miejscu chyba wolałabym pozostać w błogiej nieświadomości i już wcześniej uznałabym ten niepokój dotyczący ulotki za zwykłe urojenia. Jednak nie uważam tego za dużą wadę, ponieważ Ellen miała po prostu zupełnie inny charakter niż ja. No i była dziennikarką, więc miała to poszukiwanie prawdy we krwi.
„Spójrz mi w oczy” to świetna lektura poruszająca trudne tematy, która wciąga tak, że czyta się ją aż do ostatniej strony. Wywołała we mnie mnóstwo emocji, a pod koniec bardzo wzruszyła. Z pewnością sięgnę po kolejne dzieła pani Scottoline, bardzo polubiłam jej styl pisania. Myślę, że powieść spodoba się wszystkim kobietom, a szczególnie matkom, ponieważ porusza temat miłości do dziecka i wspaniale go obrazuje. Panie będą mogły sobie odpowiedzieć na pytanie, co by zrobiły w podobnej sytuacji.
Moja ocena: 9/10

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Kroniki krwi" Richelle Mead

9 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Kroniki krwi
Tytuł oryginału: Bloodlines
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 416

Sydney ma obecnie problemy w świecie alchemików. Nikt nie traktuje jej poważnie i nawet własny ojciec nie wie, czy jeszcze może jej ufać po pomocy, jakiej dziewczyna udzieliła dampirce Rose, która była uważana wtedy za królobójcę. Alchemicy są bowiem nastawieni do wampirów wrogo i nieprzyjaźnie, choć nieraz pracują u ich boku i ukrywają ich istnienie przed ludźmi. Uważają ich za krwiopijców i potwory, które nie mają prawa przebywać na ziemi. Po trudnych negocjacjach mających na celu ocalenie siostry Sydney zostaje wysłana na ważną misję – musi chronić Jill Dragomir, której grożą zdrajcy z dworu królewskiego. One dwie, dampir Eddie oraz moroj Adrian Iwaszkow ukrywają się w upalnym Palm Springs, które nie jest takim spokojnym miejscem pobytu, jak by się mogło wydawać… Czy alchemiczce uda się uratować honor rodziny? Co ją spotka podczas nowej misji?
Richelle Mead to jedna z tych autorek, po których książki sięgam bez zastanowienia, ponieważ wierzę w to, że mnie nie zawiodą. Przeczytałam już dwie serie, które wyszły spod jej pióra – „Akademię wampirów” i „Melancholię sukuba”. Obie pokochałam i szybko stały się moimi ulubionymi. Jestem zafascynowana światami i postaciami, jakie wykreowała, chcę ich poznać jak najwięcej.
„Kroniki krwi” to książka otwierająca nowy cykl o alchemiczce Sydney Sage. Jest to nowa opowieść z bohaterami poznanymi już w „Akademii wampirów”, co mnie bardzo ucieszyło, kiedy się o tym dowiedziałam. Mogłam powrócić do tamtej rzeczywistości i dowiedzieć się, co nowego wydarzyło się w świecie morojów i dampirów.
Intrygujące okazało się spojrzenie na wszystko z perspektywy Sydney. Pojawiła się ona już we wcześniejszej serii i była dla mnie wielką zagadką. Z jednej strony bała się wampirów i nie chciała z nimi przebywać, natomiast z drugiej między nią a Rose powstało coś na kształt przyjaźni. Dzięki „Kronikom krwi” mogłam poznać jej charakter, dowiedzieć się, o czym myśli i co tak naprawdę czuje. Jednak dziwnie się czułam, czytając o morojach i dampirach, nie patrząc na wydarzenia z perspektywy Rose. Pokochałam poprzednią bohaterkę i kiedy występowała w książce, nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że nie znam jej myśli.
W „Kronikach krwi” wystąpiły moje ulubione postaci. Przede wszystkim cudowny Adrian Iwaszkow, który nieraz doprowadzał mnie do śmiechu w „Akademii…”. Tutaj, co prawda, nieco spoważniał i wciąż przeżywał rozstanie z ukochaną, jednak nie brakowało mu sarkazmu i ironii, które mnie wcześniej urzekły. W wielu momentach naprawdę było mi go szkoda, choć do wielu nieszczęść sam się przyczynił. Oprócz Sydney, lepiej mogłam również poznać Jill Dragomir. Nieco irytowała mnie swoją lekkomyślnością, lecz często czułam dla niej współczucie, w końcu jej życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni w niespodziewanym momencie i nie zdążyła jeszcze przywyknąć do zmian.
Richelle Mead znowu pokazała, że ma głowę pełną pomysłów. Wprowadziła intrygujący wątek o tatuażach, który śledziłam z zapartym tchem. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach okaże się on równie interesujący.
W powieści wiele się działo, nie tylko pod koniec. Akcja cały czas utrzymywała dobre tempo, dzięki czemu bardzo wciągała. Niestety wyjaśnienia zagadek nie były dla mnie tak bardzo zaskakujące, jak powinny, w pewnym stopniu przewidziałam, co się stanie i to mnie nieco zawiodło. Lubię, kiedy autor wodzi czytelnika za nos i podsuwa fałszywe rozwiązania, a niestety pani Mead tym razem się to nie udało.
„Kroniki krwi” wypadły w moich oczach bardzo pozytywnie. Myślę, że są godną kontynuacją serii „Akademia wampirów”, lecz czy okażą się lepsze, pokażą kolejne części. Jak na razie była to bardzo dobra książka, ale wiem, że Richelle Mead stać na więcej. Już się nie mogę doczekać kolejnej części!
Moja ocena: 9/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

niedziela, 22 września 2013

"Zbuntowana" Veronica Roth

15 komentarzy:

Autor: Veronica Roth
Tytuł: Zbuntowana
Tytuł oryginału: Insurgent
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 368

Po wybuchu wojny między frakcjami nic już nigdy nie będzie takie same. Większą część Altruistów wymordowano. Erudyci szykują plan, który ma im pomóc zapanować nad całym miastem. Nieustraszeni okazali się zdrajcami. Prawość chce pomóc walczyć pozostałym żyjącym osobom z innych frakcji. Natomiast Serdeczność nie chce się mieszać i oferuje schronienie ludziom. Tris właśnie tam na początku się udaje, jednak nie podobają jej się zasady. Zero agresji i bójek. Miłe nastawienie do każdego. To nie w jej stylu. Później przenosi się do Prawości, gdzie w końcu może robić coś pożytecznego. W międzyczasie Tris dowiaduje się, że Erudyci strzegą czegoś, za co jej frakcja była gotowa poświęcić życie. Czy uda jej się zatrzymać wojnę? Co odkryje?
Kilka miesięcy temu miałam przyjemność przeczytać „Niezgodną”. Widziałam różne opinie – pozytywne, negatywne, neutralne. Byłam bardzo ciekawa co się kryje w treści książki porównywanej trafnie bądź nietrafnie do „Igrzysk śmierci”. I… Powieść oczarowała mnie. Naprawdę, nie spodziewałam się tak dobrej lektury. Dużo akcji, walki, wojna, niebezpieczeństwo, miłość…
Pełna nadziei zabrałam się na wakacjach za „Zbuntowaną”. Oczekiwałam tak samo świetnej książki, a nawet lepszej, jak zapewniała mnie siostra. Jednak druga część mnie nieco rozczarowała. Nie bardzo, ale pewien niesmak pozostał. Mimo wszystko z niecierpliwością czekam na kolejny tom.
Przez całą powieść toczy się wojna pomiędzy frakcjami. Co chwila Veronica Roth serwuje czytelnikom nieoczekiwane zwroty akcji. Kiedy wydaje się, że bohaterowie mają chwilę spokoju, kilka stron dalej są atakowani i rozgrywa się kolejna bitwa. Tak naprawdę nie można domyślić się, kto przeżyje, ponieważ autorka nie boi się posłać na śmierć swoich postaci. Uważam to za duży plus, ponieważ książka jest nieprzewidywalna i bardziej realna. Ludzie nie zawsze wychodzą z walk żywi czy tylko lekko poobijani. Nie zliczę ile razy ktoś miał postrzeloną rękę, nogę czy głowę.
Bohaterowie w pierwszej części byli mocną stroną książki. Teraz nie mogę powiedzieć tego samego. Tris zaczęła mnie irytować. Tak bardzo chciała poświęcić swoje życie. Nie pomyślała, że inni, których kochała, zrobili to za nią i jeżeli da się tak łatwo zabić, to ich śmierć pójdzie na marne. Dodatkowo zaczęła się często kłócić z Czterym o głupie rzeczy. Ich związek wiele razy został wystawiony na próbę, a przez jej bezmyślność prawie zerwali. Choć Cztery też nie był bez winy. Oboje powinni sobie bardziej ufać. Te ciągłe sekrety mnie denerwowały. Przez to w tym tomie moja sympatia to tej dwójki nieco opadła, a czytanie nie sprawia już takiej przyjemności, jeżeli nie lubi się bohaterów.
Veronica Roth posługuje się ciekawym językiem. Świetnie opisywała wszystkie walki, dzięki czemu z łatwością mogłam je sobie wyobrazić. Nie nużyły, tylko trzymały w napięciu. Historia rozgrywa się w przyszłości, więc w „Zbuntowanej” nie brakuje przeróżnych nowoczesnych urządzeń wymyślonych przez autorkę. Przedstawiła je w interesującym świetle.
Bardzo spodobało mi się to, że czytelnik mógł się więcej dowiedzieć o innych frakcjach i panujących w nich zasadach, a to dzięki temu, że Tris i Cztery wędrowali po wszystkich częściach miasta. W pierwszej części autorka podała zaledwie skrawki informacji.
Końcówka książki zwalała z nóg. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw i byłam zszokowana. Na początku z natłoku wrażeń nie mogłam zrozumieć o co chodzi i musiałam sobie te ostatnie strony przeczytać jeszcze raz. Takie zakończenie zapowiada wspaniałą ostatnią część.
„Zbuntowana” to świetna powieść. Jest nieprzewidywalna i bardzo dużo w niej akcji. Nie mogę się doczekać finału trylogii, jestem ciekawa, jak to się wszystko skończy. Szkoda, że książka nie była tak dobra, jak jej poprzedniczka, ale mam nadzieję, że tom trzeci zrekompensuje ten mały zawód. Gorąco polecam!
Moja ocena: 9/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

sobota, 21 września 2013

"Marzenia sukuba" Richelle Mead

14 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Marzenia sukuba
Tytuł oryginału: Succubus Dreams
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 304

Georgina znowu ma kłopoty. Ale to już chyba nie nowość, prawda? Co rusz przytrafiają się jej dziwne i niebezpieczne rzeczy. Tym razem chodzi o sny… Ktoś wysysa z niej energię życiową, jaką zabrała od mężczyzn podczas seksu, w trakcie gdy ona ma pełne emocji marzenia nocne, z których nie chce się budzić. Widzi siebie szczęśliwą, której spełniło się jej najskrytsze marzenie… Jednak robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Georgie musi coraz częściej znajdywać ofiary, ponieważ jej natura sukuba ją do tego zmusza. Inaczej nie przeżyje. Zastanawia się też, co zrobić, aby jej związek z Sethem przetrwał. Coraz częściej dochodzi do sprzeczek, nie mogą całkowicie poddać się uczuciu, gdyż Georgina może mu zabrać przy tym kilka lat życia. Jak tym razem sukub poradzi sobie z problemami?
Dwa poprzednie tomy serii były świetne. Wspaniale się bawię czytając perypetie Georgie, często poprawiają mi humor i muszę przyznać, że coraz bardziej przywiązuję się do tego cyklu. Po tej części już wiem, że na pewno będę rozpaczać po zakończeniu z nim przygody. Historia sukuba opanowała mój umysł, często myślę o wydarzeniach opisanych w książce, kilka razy mi się śniły (naprawdę!).
Bardzo spodobały mi się sny Georginy przedstawione w tym tomie. Wydawały się dla niej takie realne i piękne. Jak się później okazało, mają dość duże znaczenie, choć wciąż pozostają zagadką (ten kto czytał, powinien wiedzieć o co chodzi). Bardzo spodobał mi się pomysł autorki, jestem nim zachwycona.
Widać, że styl Richelle Mead coraz bardziej się rozwija. Uwielbiam go, właśnie za to pokochałam jej książki. Pisze tak, że nie można się oderwać. Opisy nie są nudnawe i zbyt długie, ale interesujące i pomagają zadziałać wyobraźni.
Wcześniej o tym nie wspominałam, więc teraz to zrobię – uwielbiam kotkę Georginy! Choć niewiele jej w powieści, to nie można jej nie zauważyć. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale po prostu skradła mi serce. Mam słabość do zwierząt, więc proszę mi się nie dziwić. Sama chciałabym mieć kiedyś taką słodką kotkę.
Richelle Mead ma talent w kreowaniu postaci. Wszystkie z nich są niepowtarzalne, prawdziwe i zapadające w pamięć. Mają ludzkie cechy, nie są idealne. Georgina zalicza się do moich ulubionych bohaterek książkowych. Takich trzeba ze świecą szukać! Nie jest szarą myszką, która boi się wyrazić własnego zdania, wręcz przeciwnie. Jest duszą towarzystwa, zawsze wie, co powiedzieć i jest zdecydowana w swoich uczuciach. Setha także uwielbiam. Jak wspominałam w innej recenzji – on pokazuje, że bohater płci męskiej nie zawsze musi być odważny, arogancki i pewny siebie.
Zakończenie powieści zwaliło mnie z nóg. Dosłownie. Traf chciał, że kończyłam „Marzenia sukuba” w środku nocy i po końcówce nie mogłam spać. Byłam oszołomiona i nie mogłam uwierzyć, że sprawy tak się potoczyły. Chociaż nie, nie byłam oszołomiona, tylko wzburzona! Przez resztę nocy przekręcałam się z boku na bok i myślałam o książce.
Podsumowując. „Marzenia sukuba” to wspaniała kontynuacja. Po jej przeczytaniu już nie wiem, czego mogę się spodziewać po kolejnych tomach. Nie mogę się doczekać, kiedy je przeczytam, ale z drugiej strony nie chcę tego zrobić zbyt szybko. Zakończenie wywarło na mnie ogromne wrażenie. Serdecznie polecam, mam ogromną nadzieję, że innym ta powieść spodoba się tak bardzo, jak mi.
Moja ocena: 9/10
 

czwartek, 15 sierpnia 2013

"Podboje sukuba" Richelle Mead

10 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Podboje sukuba
Tytuł oryginału: Succubus on Top
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 320

Georgina otrzymuje wyróżnienie za osiągnięcie sukcesów w swoim zawodzie sukuba. Zdeprawowała tyle dusz śmiertelników, że wszyscy są z niej dumni. Tylko nie ona. Gdyby miała wybór, nadal ograniczałaby ich do jak najmniejszej liczby i wybierała tych gorszych mężczyzn. Wszystko za sprawą umowy z jej przełożonym. Nienawidzi swojej pracy i tego kim jest, nie może sobie pozwolić na bliskość z Sethem, którego kocha. Jej problemy miłosne muszą poczekać, ponieważ do miasta przyjeżdża jej dawny przyjaciel inkub, Bastien. Ma on w mieście zadanie do wykonania, a Georgina chce mu pomóc. Dochodzi jeszcze problem z dziwnym zachowaniem jej śmiertelnego kumpla. Jest czym się martwić, a Georgina tego tak nie zostawi. Jakie kolejne niebezpieczeństwa spotkają dziewczynę? Czy jej związek z Sethem Mortensenem przetrwa?
Pierwszy tom serii o sukubie mnie zachwycił. To była świetna lektura, więc bardzo szybko wzięłam się za czytanie drugiego. Mogę spokojnie powiedzieć, że Richelle Mead to jedna z moich ulubionych autorek, że się na niej za zawiodłam i wątpię, aby to się kiedyś stało.
Muszę przyznać, że „Podboje sukuba” okazały się lepsze od „Melancholii…”. Choć tamta część była bardzo dobra, to można w niej znaleźć kilka niedociągnięć. Wybaczyłam je autorce, ponieważ był to jej debiut, ale od tej książki wymagałam już więcej. Pani Mead spełniła moje oczekiwania i ten tom sprawił, że pokochałam całą serię. Już wiem, że kiedy zapoznam się ze wszystkimi, będzie mi brakowało Georginy i chętnie powrócę do jej przygód.
Już teraz bardzo przywiązałam się do bohaterów. Są bardzo realni i naturalni, dzięki czemu wydają się jeszcze bliżsi. Georgie jest wprost urocza. Powinna być bezlitosnym demonem, który uwodzi mężczyzn, jednak ona znalazła miłość swojego życia i ma wyrzuty sumienia, kiedy sypia z innymi. Lecz to wciąż silna kobieta, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Zależy jej na bezpieczeństwie przyjaciół, także tych śmiertelnych. Ma lepsze serce niż niektórzy ludzie, a jest istotą z piekieł. W tym tomie poznajemy także kilku nowych bohaterów, na przykład Bastiena. Polubiłam go, choć czasem jego zachowanie mnie irytowało.
Cała książka nie skupia się oczywiście na rozterkach miłosnych Georginy. Jest w niej mnóstwo akcji, często postaciom grozi niebezpieczeństwo. Richelle Mead zachowała równowagę pomiędzy problemami sercowymi a przygodami, za co należą jej się brawa. Ta granica jest bardzo cienka i łatwo ją przekroczyć, czytelnika często zaczynają nudzić przemyślenia bohaterów i sceny miłosne, lecz w tym przypadku tak nie jest. Powieść czyta się z ogromną przyjemnością i zainteresowaniem.
W „Melancholii sukuba” trochę raziła mnie przewidywalność. Na szczęście w drugim tomie nie ma już tego błędu. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiego rozwiązania sprawy i byłam bardzo zaskoczona w wielu momentach.
Przygody sukuba coraz bardziej mnie intrygują. Czuję, że ta seria niedługo stanie się jedną z moich ulubionych. Powieści bardzo wciągają, szkoda tylko, że są tak krótkie. Każda z części ma około trzysta stron, a ja bardzo lubię dłuższe książki. Mimo to autorka wykorzystuje te strony jak najlepiej i mieści na nich dużą ilość akcji, nie ma czasu na nudę w jej dziełach.
„Podboje sukuba” to godna kontynuacja pierwszej części. Widać, że Richelle Mead nie brakuje pomysłów. Umie stworzyć bohaterów, których czytelnicy pokochają całym sercem i cały czas będą chcieli więcej. Serdecznie polecam, mam nadzieję, że tak jak mi spodoba się wam ten cykl.
Moja ocena: 9/10

wtorek, 13 sierpnia 2013

Przedpremierowo: "Piąta fala" Rick Yancey

12 komentarzy:

PREMIERA 14 SIERPNIA
Autor: Rick Yancey
Tytuł: Piąta fala
Tytuł oryginału: The 5th Wave
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 508

Statek przybyszów z innej planety pojawił się niedaleko Ziemi. Przez dziesięć dni nic się nie działo. Nie próbowali się porozumieć z ludźmi, nie dawali żadnych znaków. Jednak dziesiątego dnia o godzinie jedenastej pojawiła się pierwsza fala, która miała doprowadzić do zagłady ludzkości. A za nią druga, trzecia i czwarta… Przeżyli tylko nieliczni ludzie, którzy stracili rodziny i wszystkie bliskie osoby, mogą liczyć jedynie na siebie. Oczekują nadejścia piątej fali i usiłują przetrwać kolejny dzień… Chyba nie tak wyobrażaliście sobie przybycie kosmitów na naszą planetę, prawda? Hm, ci ludzie także nie.
Jedną z ocalałych jest Cassie. Jej rodzice nie żyją, a ona usiłuje dotrzymać obietnicy złożonej bratu, choć nie wie, czy on jeszcze nie umarł. Pozostają jej tylko nadzieje. Sammy to jedyna osoba, o którą warto jeszcze walczyć. Dziewczyna wyrusza w podróż, choć nie zna dokładnie jej celu. A mogłoby się gdzieś ukryć, siedzieć cicho i liczyć na to, że Przybysze jej nie znajdą…
Co tak naprawdę dzieje się na Ziemi? Czego chcą obcy? Czy to już koniec świata, jaki wszyscy znaliśmy? Bohaterowie starają się odnaleźć odpowiedzi na te pytania.
Rick Yancey to amerykański pisarz i krytyk. Spod jego pióra zostało wydanych już kilkanaście książek, które zostały opublikowane w wielu krajach. W Polsce została wydana już jego seria dla młodzieży o Alfredzie Kroppie. 14 sierpnia, czyli już jutro, w naszym kraju ukaże się jego najnowsza powieść, pierwsza z gatunku science-fiction, „Piąta fala”. Prawa do ekranizacji zostały już wykupione przez GK Films i Sony Pictures.
Nie przepadam za science-fiction. Nigdy nie interesowali mnie kosmici, podróże w statkach kosmicznych, czy najazdy na Ziemię. Zwykle nie zbliżałam się do takich książek lub filmów, unikałam ich jak ognia. Jednak kiedy przeczytałam fragment „Piątej fali”… Przepadłam. Zakochałam się w powieści znając zaledwie kilkadziesiąt stron i nie mogłam się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie cała książka. A całość okazała się jeszcze lepsza, wręcz fenomenalna. Teraz już będę chętniej sięgać po lektury z tego gatunku!
„Piątą falę” czyta się błyskawicznie. Nie można się od niej oderwać, tak wciąga, a kiedy choć na chwilę się ją odłoży, opanowuje myśli czytelnika. Cały czas zastanawiałam się, jaki cel mają Przybysze, czy bohaterom uda się przetrwać. W niektórych momentach robiło się bardzo niebezpiecznie, bałam się o życie postaci, trzymałam kciuki, aby im się udało.
A jeśli już mowa o bohaterach… Zostali znakomicie wykreowani. Cassie polubiłam już od pierwszych stron. Straciła prawie całą rodzinę, sama może w każdym momencie zginąć, ale ryzykuje swój żywot, aby dotrzymać obietnicy. Chce odnaleźć swojego brata i właśnie to mnie tak wzruszyło. Cały czas o nim myślała i nawet w najtrudniejszych sytuacjach się nie poddawała. Bardzo go kochała i to widać na pierwszy rzut oka. Urocze było także zauroczenie Cassie chłopakiem ze szkoły. On jej zapewne nie znał, a o jej fascynacji wiedziało dużo osób. Kiedy ukrywała się przed Przybyszami i walczyła o przetrwanie, miała gdzieś przy sobie jego zdjęcie – jedną z niewielu rzeczy, które przypominały jej o dawnym życiu. Pięcioletni Sammy to wbrew pozorom odważny i silny chłopiec. Pocieszał inną samotną dziewczynkę, starał się jej pomóc. Cały czas tęsknił za siostrą, wszędzie jej wypatrywał i miał nadzieję, że Cassie wróci po niego. Zauważyłam błąd w jego postaci. Ma około pięć lat, ale moim zdaniem zachowuje się jak siedmiolatek. Mój brat jest w tym samym wieku, co Sammy, więc wiem, o czym mówię. Jednak nie uważam tego za jakiś ogromny minus, to po prostu małe potknięcie, czasem ciężko oddać w powieści rzeczywiste zachowanie dziecka. Ciekawa jest także postać Zombie (nie, nie jest to potwór, który zjada ludziom mózgi, tak siebie nazwał bohater). Zaopiekował się on Samem i także złożył mu obietnicę, którą chciał dotrzymać. Niestety, od razu domyśliłam się, kim on jest, a to pewnie miało być dla czytelnika zaskoczeniem.
Poza tożsamością Zombie niczego nie przewidziałam. Niektóre fakty mnie wręcz zszokowały. Kiedy już myślałam, że wiem, co jest tytułową piątą falą, okazywało się, że wcale nie byłam bliska prawdy.
Zakończenie jest niesamowite. Nie mogę uwierzyć, że skończyło się w takim momencie. Chcę jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Napisy na okładce nie kłamią – jest to jedna z najlepszych fantastycznych książek tego roku.
Wątek miłosny okazał się w „Piątej fali” bardzo przyjemnym dodatkiem. Nie wychodzi na pierwszy plan i jest dość delikatny. Zaczął się już rozwijać, ale nie za bardzo. Autor znał umiar.
Rick Yancey ma wspaniały styl pisarski. Pisze ciekawie, intryguje czytelnika i wciąga w swoją opowieść. Posługuje się bogatym słownictwem i prezentuje znakomite opisy. Mam ogromną nadzieję, że stworzy coś jeszcze z tego gatunku, ponieważ idzie mu naprawdę dobrze.
„Piąta fala” to cudowna powieść. Nieraz się przy niej wzruszyłam, bohaterowie musieli dużo wycierpieć. I przekonałam się do gatunku science-fiction, odkryłam, że można się świetnie bawić czytając tego typu lektury. Serdecznie polecam „Piątą falę” dla każdego, może ktoś tak jak ja, polubi ten gatunek? Warto, naprawdę warto. Ja będę niecierpliwie czekać na kolejne tomy i ekranizację.
Moja ocena: 9/10
Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

wtorek, 2 lipca 2013

"Sztuka uprawiania róż z kolcami" Margaret Dilloway

4 komentarze:

Autor: Margaret Dilloway
Tytuł: Sztuka uprawiania róż z kolcami
Tytuł oryginału: The Care and Handling of Roses with Thorns
Wydawnictwo: M
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Liczba stron: 440

Gal jest nauczycielką biologii, mieszkającą w niedużym domu w małym mieście. Za tym domem znajduje się piękny ogród pełen róż oraz szklarnia, w której kobieta trzyma wyjątkowe okazy i stara się wyhodować nowy, niepowtarzalny gatunek. Od dzieciństwa jest chora na nerki, od wielu lat jeździ na dializy i jest coraz większe prawdopodobieństwo, że umrze. Pewnego dnia do jej nudnego życia wkracza siostrzenica, którą zaniedbywała matka. Gal musi sobie poradzić z wychowaniem zbuntowanej nastolatki, której brakuje rodzinnego ciepła. Przygotowuje także różę na zawody hodowców, sądzi, że może w końcu zwyciężyć. Jest także szansa na znalezienie miłości…
Margaret Dilloway dorastała w San Diego w Kalifornii, tam też mieszka do dziś z mężem i dziećmi. Pisze odkąd nauczyła się to robić. Po studiach pracowała jako redaktor dla dwóch tygodników. Napisała dwie książki: „Sztukę uprawiania róż z kolcami” oraz „How to Be an American Hausewife”.
Zanim sięgnęłam po tę powieść, przeczytałam wiele pozytywnych recenzji na jej temat. To one mnie zachęciły do przeczytania „Sztuki uprawiania róż z kolcami”. W innym wypadku z pewnością nie zwróciłabym uwagi na książkę. Pomyślałabym pewnie, że to jakiś poradnik dla hodowców. Dlatego nie trzeba nigdy sugerować się okładką ani tytułem, ponieważ mogą zmylić czytelnika, tylko przeczytać opis utworu. Gdyby nie recenzje, przeoczyłabym świetną i naprawdę wartościową książkę.
Wszyscy bohaterowie zapadają w pamięć. Mają odmienne charaktery, każdy posiada zalety, jak i wady. Cały czas popełniają błędy, lecz w końcu potrafią się do nich przyznać i przebaczyć innym. Warto zwrócić uwagę na Riley, siostrzenicę Gal, którą matka mało się zajmowała. Zostawiała ją samą w domu na całe dni, często się przeprowadzała i w końcu musiała przeprowadzić się do ciotki. Na początku nie potrafiły odnaleźć wspólnego języka, miało miejsce kilka kłótni, ale próbowały i mimo wszystko się kochały, tak jak się kocha rodzinę. Gal poznajemy, kiedy jeszcze prowadziła samotne życie, była do wszystkich negatywnie nastawiona, miała bliższy kontakt tylko ze swoją przyjaciółką, także nauczycielką. Podczas czytania można zaobserwować zmiany w niej, do których doprowadziła w dużym stopniu Riley.
Bardzo mi się spodobał wątek dotyczący róż. Hodowanie nowych gatunków mnie zainteresowało, zawsze trzymałam kciuki za Gal podczas zawodów, o których czytałam z niemałą przyjemnością. Do tej pory nie ciekawiło mnie to, więc brawa dla autorki za tak interesujące przedstawienie uprawy róż.
Margaret Dilloway posługuje się przyjemnym w odbiorze językiem. Dzięki niemu nie można odłożyć książki, a po przeczytaniu jednego rozdziału chce się zaczynać kolejny. Wspaniale przedstawiła relacje między pokłóconymi siostrami, a także między zbuntowaną nastolatką, a jej ciotką, która miała się nią zaopiekować.
„Sztuka uprawiania róż z kolcami” to idealna powieść na letnie dni. Uważam, że nikt się na niej nie zawiedzie, a po przeczytaniu będzie chciał poznać dalsze losy bohaterów, tak jak ja. Serdecznie polecam wszystkim, którzy mają ochotę na poznanie historii Gal.
Moja ocena: 9/10
 
Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu M

sobota, 4 maja 2013

"Pretty Little Liars. Zepsute" Sara Shepard

4 komentarze:

Autor: Sara Shepard
Tytuł: Zepsute
Tytuł oryginału: Wicked
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Liczba stron: 316

W końcu policja wpadła na ważny trop i śledztwo potoczyło się w dobrym kierunku. Podejrzany o zabójstwo Alison siedzi w areszcie i czeka na wyrok sądowy. Dziewczyny w końcu mogą odetchnąć z ulgą i powoli zacząć wracać do swojego życia, naprawiać je. Jednak komplikuje się ono jeszcze bardziej przez… nie same. Aria poznaje nowego, na pierwszy rzut oka idealnego dla niej mężczyznę, z którym nie może być. Znowu. Emily także ma problemy sercowe – zakochuje się w kimś, kto zaskakuje wszystkich wokół i ją samą. Spencer ma nadal złe kontakty z rodzicami po przyznaniu się do oszustwa na konkursie, który był jej szansą na wspaniałą przyszłość. Do Hanny wprowadza się ojciec wraz z narzeczoną i jej córką, z którą Hanna nie ma zbyt dobrych kontaktów. Natomiast A. znów wkracza do akcji…
Niedawno wstawiałam recenzję dwóch poprzednich tomów PLL, które były pełne napięcia, akcji i emocji. Świetnie się je czytało i miałam nadzieję, że wszystkie się takie okażą. Niestety, często tak bywa, że kolejne części serii są coraz gorsze i nie warto ich czytać. Hm… Tu nie było tak źle, było dobrze, a nawet bardzo dobrze, ale od Sary Shepard już czegoś wymagałam. A tego „czegoś” mi zabrakło.
Przez pierwsze sto stron praktycznie nic się nie działo. Codzienne problemy bohaterek. Nie mówię, że się nudziłam, ale w serii „Pretty Little Liars” zazwyczaj nie trzeba zbyt długo czekać na rozwój akcji. Tak naprawdę ważne rzeczy dzieją się dopiero pod koniec i to przez ostatnie pięćdziesiąt, może mniej stron. Trochę się na tym zawiodłam, ale nie uważam tego ogromny błąd.
„Zepsute” wydawały mi się trochę sztuczne, jakby autorka na siłę próbowała stworzyć kolejną część. Moim zdaniem seria mogłaby się niezbyt ambitnie zakończyć na poprzednim tomie, ponieważ tam prawie wszystko zostało wyjaśnione, ale i tak można było się domyślać zakończenia. Jednak pani Shepard chciała widocznie namieszać, aby rozwiązanie zagadki przyszło dopiero po wielu częściach i było niespodziewane oraz zjawiskowe. Niestety, wygląda mi to trochę tak, jakby autorka nie pisała już dla przyjemności, a przynajmniej nie tylko dla niej, lecz też dla pieniędzy. To bardzo niemiłe wrażenie i chciałabym się go pozbyć, ale nie mogę. To przykre…
Ten tom, tak jak inne, czytałam z nieukrywaną przyjemnością. Brałam książkę ze sobą dosłownie wszędzie i czytałam, gdzie się dało – w szkole, w autobusie, w domu, w dzień oraz w nocy. Któregoś razu tak się zaczytałam, że omal nie przegapiłam swojego przystanku. Bardzo podobała mi się ta powieść.
W „Zepsutych” poznajemy kilku nowych bohaterów, a starych, którym wcześniej było poświęcone mniej czasu, lepiej poznajemy. Nie każda z postaci przypadła mi do gustu, jak to zawsze bywa, ale mam kilku nowych ulubieńców. Do niektórych np. Kate ciągle mam mieszane uczucia i nie wiem co o nich myśleć. Moje zdanie o czterech głównych bohaterkach wciąż się zmienia. Wcześniej moją ulubienicą była Aria, a teraz jakoś moja sympatia do niej się zmniejszyła. Teraz ulubioną została Spencer, za sprawą serialu, który przedstawił mi ją w zupełnie innym świetle i tak już zostało.
Cykl „Pretty Little Liars” wciąż uważam za jeden z lepszych i moim zdaniem warto się z nim zapoznać. Pomimo paru mniejszych wad czytało się niezwykle mile, książka ogromnie wciągała, choć mało się w niej działo. Samo czytanie o codziennym życiu Emily, Spencer, Hanny i Arii jest bardzo przyjemne i pomaga w oderwaniu się od realnego świata. Z niecierpliwością czekam na chwilę, w której szósty tom wpadnie w moje ręce.
Moja ocena: 9/10

piątek, 26 kwietnia 2013

"Błękit Szafiru" Kerstin Gier

10 komentarzy:

Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Błękit Szafiru
Tytuł oryginału: Saphirblau
Wydawnictwo: Egmont
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 364

Świat Gwen w ciągu paru dni obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Dziewczyna dowiaduje się, że ma gen podróży w czasie, choć wcześniej wszyscy sądzili, że posiada go jej kuzynka, Charlotta. Była przygotowywana do swojej misji już od dzieciństwa, a kiedy przyszła odpowiednia pora… Wszyscy odkryli sekret matki Gwendolyn, zamianę daty urodzenia córki. W ciągu kilku dni nastolatka musi się nauczyć podstawowych zasad, tańców, zachowań, aby w miarę przystępnie wypaść przed hrabią de Saint Germain oraz ważniejszym towarzystwem podczas jednej z podróży w czasie. Jednak Gwen boi się hrabiego i jako jedyna podejrzewa go o złe zamiary. Czy ma rację? I jak sobie poradzi z uczuciem do Gideona?
Kerstin Gier jest jedną z najlepiej sprzedających się niemieckich autorek. Studiowała edukację biznesową i psychologię komunikacji, pracowała w różnych miejscach, aby w końcu w 1995 roku zacząć pisać powieści dla kobiet. Sławę przyniosła jej „Trylogia Czasu”, na którą składa się „Czerwień Rubinu”, „Błękit Szafiru” oraz „Zieleń Szmaragdu”. Jakiś czas temu w Polsce została wydana także inna książka Gier – „Z deszczu pod rynnę”.
Pierwszy tom tej trylogii, „Czerwień Rubinu”, czytałam ponad rok temu. Dopiero niedawno dostałam w swoje ręce kolejną część. Długo czekałam na ten dzień. Na szczęście w końcu nadszedł. Lepiej późno niż wcale, prawda? Pamiętam, że pierwsza część bardzo mi się podobała. Była to moja pierwsza książka o podróżach w czasie i od tamtej pory za
częłam czytać ich więcej.
Powieść porywa do swojego świata już od pierwszych stron. Nie można się od niej oderwać, trzeba czytać dopóki nie zrobi się nieprzyzwoicie późno i nie będzie się już rozumiało zdań wypisanych na kartkach. Chce się koniecznie odkryć wszystkie sekrety, poznać wszystkie tajemnice.
Niestety w tym tomie prawie nic się nie wyjaśniło. Tytuł wskazywał na to, że czytelnik dowie się czegoś więcej o Lucy, lecz tak nie było. Trochę się na tym zawiodłam, gdyż cały czas dochodzą nowe zagadki, a odpowiedzi na nurtujące pytania wciąż brak. Jednak to oznacza, że „Zieleń Szmaragdu” dostarczy tyle emocji, ile żadna z poprzednich części nie dostarczyła. Mam nadzieję, że zaspokoi ciekawość czytelnika, gdyż będzie to już ostatni tom.
Większości bohaterów nie da się nie lubić. Szczególnie Gwen. Przesympatyczna bohaterka, do której pałałam sympatią już od pierwszych stron. Jest inteligentna i zabawna. Wszyscy wokół jej nie ufają i nie zdradzają jej szczegółów misji, którą ONA ma wypełnić, jednak Gwendolyn działa na własną rękę i dowiaduje się czasem więcej, niżby chciała. Jej przyjaciółka, Leslie, często doprowadzała mnie do niepohamowanego śmiechu. Jest bardzo sprytna, pomagała we wszelkich poszukiwaniach dla Gwendolyn, lecz umiała ją także pocieszyć i wysłuchać. Muszę jeszcze wspomnieć o Gideonie. W „Błękicie Szafiru” mam co do niego mieszane uczucia. W jednej chwili go uwielbiałam, a w drugiej okropnie mnie irytował i momentalnie sympatia przeradzała się w nienawiść. I jest jeszcze demon Xemerius, bez którego ta powieść straciłaby swój blask, stałaby się pusta. Za każdym razem, kiedy nadchodził, uśmiech witał na mojej twarzy. On był często przyczyną moich nagłych wybuchów śmiechu.
Muszę jeszcze wspomnieć o oprawie graficznej, która jest cudowna. Widać, że się postarano, aby zadowolić każdego czytelnika. Okładki są piękne, wprost nieziemskie! Przyciągają wzrok, jest na co popatrzeć. Oby więcej takich okładek. Żałuję, że nie mam własnego egzemplarza książki, ładnie by wyglądał na półce.
„Błękit Szafiru” jest godną uwagi powieścią. Trylogia jest obowiązkową lekturą dla tych, którzy chcą zacząć swoją przygodę z podróżami w czasie. Jak się zaczyna czytać, przepada się bez reszty. Nie mogę się doczekać, kiedy zapoznam się z „Zielenią Szmaragdu”. Ten, kto jeszcze nie czytał „Trylogii Czasu”, niech natychmiast to zrobi. Jestem pewna, że się nie zawiedzie.
Moja ocena: 9/10

piątek, 12 kwietnia 2013

"Burza" Julie Cross

11 komentarzy:

Autor: Julie Cross
Tytuł: Burza
Tytuł oryginału: Tempest
Wydawnictwo: Bukowy Las
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2012
Liczba stron: 416

Jackson Meyer potrafi podróżować w czasie. Nie wie dlaczego i czy jest jedyną taką osobą. Jego wsparciem jest najlepszy przyjaciel, Adam, który wie o jego umiejętnościach i pomaga mu to zrozumieć. Jego sposoby wydają się dla Jacksona dziwne, ale wiele razem odkryli. Pewnego dnia, kiedy jest ze swoją dziewczyną Holly, napadają ich nieznajomi mężczyźni. Holly została postrzelona i nie wiadomo czy żyje. Jackson w ataku paniki cofa się w przeszłość, ale ten skok wydaje się zupełnie inny. I nie może powrócić do swojego czasu, aby uratować ukochaną… Okazuje się, że musi odkryć jeszcze wiele mrocznych tajemnic dotyczących swojej przeszłości, co może być niebezpieczne.
Julie Cross mieszka wraz z mężem i trójką dzieci w stanie Illinois. Jej debiutem jest „Burza”, której druga część miała zostać wydana w USA w styczniu, a dokładnie piętnastego, więc już prawdopodobnie jest (nosi tytuł „Vortex”). Producent filmów „Zmierzch” oraz „Igrzyska śmierci” kupił prawa do ekranizacji powieści.
Jakiś czas temu na blogach z recenzjami książek było dość głośno o „Burzy”, a ja zachęcona pozytywnymi recenzjami postanowiłam ją przeczytać. Jednak zanim mi się to udało, minęło sporo czasu, bo kilka miesięcy. Może nikt już nie pamięta o tej powieści, ale ja czekałam na okazję i w końcu się nadarzyła któregoś razu w bibliotece. Od samego początku byłam zaintrygowana, dlatego szybko wzięłam się za czytanie.
Na początku wspomnę o jedynej rzeczy, która mnie zawiodła i mam nadzieję, że autorka poprawi się w kolejnych tomach. Chodzi mi o brak bardziej szczegółowych opisów. Do tej pory nie potrafię sobie wyobrazić Jacksona, jego obraz w mojej głowie jest rozmyty. O Holly wiem jedynie, że miała blond włosy. Nie tyczy się to zarysu charakterów, bo z tym było o wiele lepiej.
Wątek miłosny Jacksona i Holly nie był przesłodzony i choć wysuwał się na pierwszy plan, nie przeszkadzało mi to. Na samym początku irytowało mnie to, że główny bohater nie był pewien swoich uczuć pod wpływem tego, co mówili inni. Skoro do tej pory uważał, że kocha swoją dziewczynę, to nie może się to tak nagle zmienić. I zanim to zrozumiał minęło pół książki. Bardzo lubiłam chwile, które razem spędzali, rozmowy, które przeprowadzili. To dzięki nim polubiłam Holly.
Akcja co chwilę przyspiesza i zwalnia, dopiero pod koniec nabiera właściwego tempa, którego trzyma się prawie do samego zakończenia. Były czasem nudne momenty, jednak starałam się nie zwracać na to uwagi. Ważne, że autorka wie o czym pisze i od razu widać, że miała ułożony w głowie plan, który chciała zrealizować. A pomysł okazał się bardzo ciekawy. Z wielką chęcią sięgnę po drugą część, aby dowiedzieć się, co będzie dalej.
Są momenty, kiedy nie wiadomo, co może się zaraz stać, czy ktoś umrze, czy przeżyje. Szczególnie tak jest przez ostatnie sto stron, które zostały świetnie napisane. Przy nich najlepiej bawiłam się podczas czytania.
Bohaterowie zostali dość dobrze wykreowani, nie przypominam sobie żadnego poważniejszego błędu czy niedociągnięcia przy nich. Postaci drugoplanowe powinny być nieco dokładniej przedstawione, ale i tak jest nieźle. Adam i Holly zostali świetnie stworzeni, autorka musiała przy nich dłużej pracować. Były to bardzo ciekawe postacie.
„Burza” nie jest najambitniejszą książką, jaką przeczytałam. Ale podobała mi się i to jest najważniejsze. Tak wiem, ocena jest bardzo naciągnięta, lecz czytając miałam świetny humor i nie umiem postawić innej oceny. Dla niektórych może to być zwykły um
ilacz czasu i nie mogę się z nimi nie zgodzić. W każdym razie lektura jest warta zapoznania się z nią.
Moja ocena: 9/10
  WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ; PARANORMAL ROMANCE

środa, 6 marca 2013

"Szeptem" Becca Fitzpatrick

18 komentarzy:

Autor: Becca Fitzpatrick
Tytuł: Szeptem
Tytuł oryginału: Hush, Hush
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2010
Liczba stron: 328

Nora wiedzie normalne i spokojne życie, aż do dnia, kiedy nauczyciel biologii nakazuje zmianę miejsc. Zamiast siedzieć z najlepszą przyjaciółką, musi pracować w parze z tajemniczym i irytującym Patchem. Wydaje jej się, że on cały czas ją śledzi, a kiedy ze sobą rozmawiają, prowokuje ją, udaje, że wie o niej wszystko, na co ona się wścieka. Zaczyna także wzbudzać w niej fascynację, pociągać ją. Nora odczuwa coraz bardziej sprzeczne emocje. Patch coś ukrywa. Nie chce jej zdradzić co, ale ona zaczyna prowadzić własne śledztwo, które naprowadza ją na dziwne i niepokojące ślady. Jaką przeszłość skrywa Patch? Czy to ma związek z Norą? Dlaczego cały czas wydaje jej się, że ktoś ją śledzi?
Becca Fitzpatrick mieszka w Kolorado, jako jedyna dziewczyna w domu pełnym chłopaków. W wolnym czasie uprawia jogging, kupuje buty i ogląda seriale kryminalne. W 2009 roku debiutowała książką „Szeptem”, która szybko stała się bestsellerem. Obecnie, po skończeniu serii o Patchu i Norze, zajmuje się pisaniem nowej powieści – „Black Ice”.
Cykl, który zapoczątkowało „Szeptem”, do dawna mnie interesował, jednak nigdy nie czułam wielkiej potrzeby przeczytania tej książki. Dostałam ją już bardzo dawno, bo prawie rok temu, ale dopiero pod koniec grudnia znalazłam czas na zapoznanie się z treścią książki, którą dużo osób tak poleca. Nigdy nie czytałam powieści, gdzie anioły we własnej osobie odgrywają tak znaczącą rolę. A przynajmniej sobie tego nie przypominam. Lecz muszę przyznać, że jestem zadowolona z tego, że w końcu po taką lekturę sięgnęłam.
„Szeptem” od samego początku jest tajemnicze i czytelnik cały czas czuje niepewność. Kiedy uważa, że rozwiązał już zagadkę, chwilę później znowu zaczyna mieć wątpliwości. Nie wiadomo, co tak naprawdę się dzieje, czy to Nora coś sobie wymyśliła, czy ktoś próbuje ją skrzywdzić. Autorka często trzyma  w napięciu i nie wiadomo, czy bohaterowie przeżyją, ani jak to wszystko się skończy.
„Powiedz jeszcze raz: „prowokujesz”. Prowokująco układasz przy tym usta”
Patch jest najbardziej intrygującą postacią w całej książce. Cały czas jest owiany tajemnicą, nie jest zdradzane zbyt wiele na jego temat. Czułam do niego to, co w danym momencie Nora. Kiedy się wściekała, ja także byłam zła, na początku strasznie mnie irytował, ale później coraz bardziej go lubiłam, zaczęła mnie interesować jego przeszłość. Nora także wzbudziła we mnie sympatię, choć na początku wydawała się słabą dziewczyną, ale z każdym rozdziałem stawała się silniejsza i odważniejsza. Zmieniała się właśnie przez Patcha, to on wzbudził w niej zainteresowanie i sprawił, że często znajdywała się w niebezpiecznych sytuacjach. Irytowała mnie trochę przyjaciółka głównej bohaterki, Vee. Cały czas była beztroska, nie zauważała, a może nie chciała zauważać realnego niebezpieczeństwa.
Pani Fitzpatrick posługuje się lekkim, młodzieżowym językiem, który idealnie oddaje emocje głównej bohaterki i świetnie działa na wyobraźnię. Z łatwością mogłam sobie wyobrazić miejsca przez nią opisywane. Potrafiła wywoływać chwile grozy i tajemniczości.
W książce cały czas coś się dzieje, autorka nie dawała chwili na złapanie oddechu, dosłownie zmuszała do dalszego czytania i nie można przerwać, dopóki się nie skończy. Nie brakowało jej pomysłów, cały czas zaskakiwała różnymi wydarzeniami. A zakończenie wyśmienite.
„Szeptem” to bardzo ciekawa i wciągająca książka. Można opisać ją wieloma słowami, ale wystarczy jedno, jak najbardziej trafne – tajemnicza. Bardzo chętnie zapoznam się z kolejnymi tomami i liczę na to, że będą tak dobre, jak pierwszy. Pozostało wiele niedomówień, Becca Fitzpatrick nie do końca rozwinęła wątki aniołów, które okazały się szalenie interesujące. Z pewnością jest to lektura warta uwagi.
Moja ocena: 9/10