Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 grudnia 2014

"Mroczna bohaterka. Jesienna Róża" Abigail Gibbs

4 komentarze:


Jesienna Róża jest jednym z Mędrców – rasy władającej magią i mającej chronić ludzi przed niebezpiecznymi istotami i czarną magią. Uczęszcza do zwyczajnej szkoły średniej w hrabstwie Devon i tam pełni funkcję strażniczki. Codzienną rutynę przerywa jej przybycie syna króla Mędrców – księcia Fallona. Narzuca on jej swoje towarzystwo i ciągle przypomina o jej tytule książęcym, o którym dziewczyna wolałaby zapomnieć. Z każdym dniem piętnastolatka coraz bardziej nienawidzi przybysza, ponieważ rujnuje on jej dotychczasowe życie. Róża nie może jednak zapomnieć o tym, że w chwili niebezpieczeństwa Fallon będzie jej jedynym sprzymierzeńcem i że aby ocalić uczniów przed jakimkolwiek zagrożeniem będą musieli działać razem. A od wojny między ludźmi a mrocznymi istotami dzieli ich tylko krok od czasu porwania Violet Lee…
Ponad rok temu miałam okazję przeczytać pierwszą część serii „Mroczna bohaterka”, „Kolację z wampirem”. Książka, mimo że już wtedy przeminęła moda na wampiry, a mi na samą myśl o nich robiło się niedobrze, bardzo mi się spodobała. Wniosła pewien powiew świeżości w tym temacie i zaintrygowała mnie. Jednak na tom drugi musiałam czekać cały rok. Kiedy ujrzałam go w końcu w zapowiedziach, wiedziałam, że muszę go jak najszybciej przeczytać. Zasiadłam do lektury pełna nadziei, lecz także obaw…
W „Kolacji z wampirem” zwróciłam uwagę na chaotyczny styl autorki. Niestety, w tej części nic się nie zmieniło. W pewnych momentach nie wiedziałam już kto w danej chwili mówi lub co się dzieje, bo Gibbs zdążyła już przejść do czegoś zupełnie innego nie wyjaśniając niczego. Często czułam zdezorientowanie. Szkoda, że Abigail spoczęła na laurach i nie poprawiła swojego warsztatu literackiego, bo – jak już wspominałam w recenzji poprzedniego tomu – widzę w niej spory potencjał. Niestety, na razie niewykorzystany chociażby w połowie.
Najbardziej irytował mnie wątek miłosny – był zdecydowanie przesłodzony i sztuczny. Już od samego początku widać co się święci, a bohaterowie zachowywali się bardzo dziecinnie spostrzegłszy swoje uczucia. A raczej udając, że ich nie ma. Niektóre sytuacje były tak ckliwe i melodramatyczne, że miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Fallon zachowywał się tak żałośnie i natarczywie, że zaczęłam się zastanawiać, jak można umyślnie stworzyć tak przeidealizowanego bohatera. Sama Róża również mnie niezmiernie irytowała swoją niewinnością i naiwnością, ale wolałam ją niż księcia. Odniosłam również wrażenie, że bardzo przypominała Violet Lee, bohaterkę „Kolacji z wampirem”.
Mimo wymienionych wad „Jesienna Róża” bardzo mnie wciągnęła. Pochłaniałam lekturę w błyskawicznym tempie, a po jej skończeniu czułam niedosyt. Wciąż o niej myślałam i przekopywałam Internet w poszukiwaniu informacji o następnej części. Niestety, żadnych nie znalazłam.
Na pochwałę zasługuje również świat wykreowany przez autorkę. Z podobną wizją rzeczywistości jeszcze się nie spotkałam, a bardzo mnie ona zaintrygowała. Żałuję, że Abigail Gibbs nie opisała jej zbyt dokładnie, ale mam nadzieję, że zrobi to w kolejnej części. Świat przedstawiony w powieści jest podzielony na dziewięć wymiarów, z których w każdym oprócz ludzi żyje jedna rasa magicznych istot. Przykładowo, w pierwszym rządzą Mędrcy, a w drugim wampiry. We wszystkich wymiarach (z wyjątkiem drugiego) ludzie widzą o istnieniu tych istot.
„Jesienna Róża” to przeciętna powieść fantastyczna dla młodzieży. Myślę, że spodoba się naiwnym nastolatkom, fankom „Zmierzchu”, lecz osobom szukającym czegoś więcej w książkach zapewne się nie spodoba. Ja bawiłam się przy niej dość dobrze i mogłam się porządnie zrelaksować po kilku stresujących miesiącach w szkole. Do tego nadaje się idealnie.
Moja ocena: 5/10

Autor: Abigail Gibbs
Tytuł: Mroczna bohaterka. Jesienna Róża
Tytuł oryginału: The Dark Heroine: Autumn Rose
Wydawnictwo: Muza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 464
Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Business & Culture



sobota, 20 września 2014

"Nigdy nie gasną" Alexandra Bracken

8 komentarzy:


Ruby ponownie wpadła w szpony Ligi Dzieci i tym razem nie ma jak stamtąd uciec. Jako jedna z ostatnich Pomarańczowych jest bardzo cenną zdobyczą nie tylko dla Ligi, ale też żołnierzy czy łowców nagród. Odbywa trening i zostaje przydzielona do jednego z zespołów dzieci. Powoli przywyka do nowego życia, misji i bycia pod władzą dorosłych, choć wciąż nie daje jej spokoju myśl o przyjaciołach. Nie wie, co się z nimi stało, gdzie są, ani czy w ogóle żyją. Sama też nie może czuć się bezpiecznie – Liga tylko sprawia pozory, że chce pomóc dzieciom i wyzwolić je z obozów. Wśród członków czają się zdrajcy, którzy nieoczekiwanie mogą zmieść ich z powierzchni ziemi. Ruby dostaje jednak nieoczekiwaną szansę na wolność, która jest dla niej niczym promień słońca przebijający spośród chmur. Zostaje jej powierzona misja, którą wypełnić może tylko ona z pomocą nielicznego grona przyjaciół…
W kwietniu tego roku miałam okazję przeczytać pierwszą część serii „Mroczne umysły”. Wspominam ją bardzo miło, bo choć nie zachwyciła mnie, przyjemnie spędziłam przy niej czas i uważam, że jest to lektura godna uwagi. Nie powiela znanych już schematów i reprezentuje sobą pewien poziom. Na poznanie kolejnej części nie musiałam długo czekać, bo jej premiera miała miejsce już w sierpniu. Byłam bardzo ciekawa, czy autorka podołała zadaniu i stworzyła drugi tom, który w pełni wykorzystał potencjał trylogii.
Pierwsze kilkadziesiąt stron mnie rozczarowało. Nie potrafiłam się wciągnąć w akcję, a na początku trudno mi było połapać się o co chodzi, ponieważ już w pierwszym rozdziale czytelnik jest nagle wrzucany w wir wydarzeń, coś się dzieje, ale nie do końca wiadomo co. Nowe postaci, intrygi, strzelanina… Czułam się trochę zdezorientowana. Jednak na szczęście później wszystko zwolniło i z łatwością odnalazłam się w fabule. I przepadłam…
„Nigdy nie gasną” tak mnie wciągnęły, że nie mogłam się od nich oderwać. Moją najważniejszą potrzebą stało się poznanie dalszego ciągu wydarzeń, już nie mogłam się doczekać, kiedy dowiem się, co się dalej zdarzy. Niestety z powodu braku czasu czytałam tę powieść z dość dużymi odstępami czasu, co nie pozwoliło mi czerpać aż tak wielkiej przyjemności z lektury, jak chciałabym.
Alexandra Bracken dopiero w tej części pokazała pełnię swoich umiejętności pisarskich. Dowiodła, że naprawdę potrafi stworzyć świetną młodzieżową historię, która zawładnie sercami czytelników. Jedyne, co mi znów przeszkadzało w jej warsztacie literackim jest pewien chaos, który autorka wprowadza do swojego tekstu. Zazwyczaj bywało to w momentach, w których akcja toczyła się w najszybszym tempie. Miałam wrażenie, jakby nie nadążała ze spisywaniem wszystkich swoich myśli, przez co czasem musiałam przeczytać dany fragment kilka razy, aby zrozumieć, co się właściwie wydarzyło.
A jeśli chodzi o wątek miłosny… Zauroczył mnie. Jest on bardzo subtelny, co zawsze u mnie sprawia, że coraz bardziej się niecierpliwię o rozwój relacji pomiędzy bohaterami. Oczywiście w pozytywnym sensie. Po tej części czuję niedosyt i jestem ciekawa, co się dalej wydarzy pomiędzy Ruby a Liamem. A jeśli już o nim mowa, to jest on tak doskonale niedoskonały, że chyba każdą czytelniczkę przyprawia o szybsze bicie serca.
„Nigdy nie gasną” to świetna kontynuacja „Mrocznych umysłów”. Zakończenie znów wprawia w osłupienie i pozostawia niedosyt. Jestem bardzo ciekawa, jak zakończy się ta trylogia, bo nie potrafię sobie wyobrazić, co może się zdarzyć w ostatnim tomie. Myślę, że będzie jeszcze bardziej szokujący niż poprzednie…
Moja ocena: 8/10
Autor: Alexandra Bracken
Tytuł: Nigdy nie gasną
Tytuł oryginału: Never Fade
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 480

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte
http://otwarte.eu/

piątek, 18 lipca 2014

"Mechaniczny anioł" Cassandra Clare

9 komentarzy:

Autor: Cassandra Clare
Tytuł: Mechaniczny anioł
Tytuł oryginału: The Clockwork Angel
Wydawnictwo: MAG
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 472

Tessa Gray płynie statkiem z Nowego Jorku do swojego brata, do Londynu. Jednak na miejscu nie czeka na nią Nathaniel, tylko tajemnicze dwie kobiety, które każą na siebie mówić Mroczne Siostry i twierdzą, że przysłał je pan Gray. Theresa wsiada z nimi do powozu, jednak nie dociera do miejsca będącego jej celem. Starsze panie trzymają ją w starym i przerażającym domu oraz wymagają umiejętności, jakich dziewczyna nigdy w sobie nie podejrzewała. Tak zaczyna się jej przygoda w świecie, o którym do tej pory nie miała pojęcia. Poznaje przystojnego Willa i ludzi zwanych Nocnymi Łowcami, którzy mogą jej pomóc odnaleźć brata będącego w niebezpieczeństwie.
Może powinnam zacząć tę recenzję od słów: „Witajcie ponownie w świecie Nocnych Łowców!”? Tak się stęskniłam za Nefilim, Podziemnymi i ich przygodami, że przeczytanie serii „Diabelskie maszyny” było tylko kwestią czasu. Jest ona prequelem „Darów Anioła”, opowiada wydarzenia sprzed czasów Jace’a i Clary, a dokładnie z XIX wieku, kiedy to żyli ich przodkowie. Oczywiście oba cykle można czytać bez znajomości drugiego, choć są ze sobą powiązane. Opowiadają dwie zupełnie różne historie, aczkolwiek tak samo interesujące.
Cassandra Clare zalicza się do grona moich ulubionych autorów, po których twórczość będę sięgać zawsze i wszędzie. „Dary Anioła” wywarły na mnie ogromne wrażenie, film także mnie zachwycił. Dlatego w oczekiwaniu na ostatnią część postanowiłam poznać „Diabelskie maszyny” i zobaczyć świat Nocnych Łowców od innej strony.
Moje zdanie można by wyrazić w jednym słowie – „Wow!”. Nie spodziewałam się tak dobrej opowieści. Owszem, po Cassie oczekiwałam wiele, a nawet jeszcze więcej, ale obawy oczywiście były. Na szczęście, nieuzasadnione. Teraz już rozumiem ten zachwyt, te wszystkie wspaniałe słowa, jakimi był określany „Mechaniczny anioł”. Już wszystko wiem, a ty, czytelniku, też się dowiedz.
Bardzo ciekawy jest fakt, że w powieści nie mamy do czynienia z przypadkowymi Nocnymi Łowcami, a z przodkami bohaterów poznanych w „Mieście Kości” i dalszych tomach. Wszystkie wymieniane nazwiska były mi znane, Lightwood, Herondale, Wayland i inne. Niektóre cechy u członków tych rodzin odnajduje się kilka pokoleń później. Ale nie, postaci nie są kopią tych z „Darów Anioła”. Wszystkie pokochałam i będą bliskie mojemu sercu. A szczególnie Will i Tessa.
Wątek miłosny jest subtelny, delikatny i naturalny. Nie przesłodzony i sztuczny, jak często się zdarza. Rozwija się bardzo powoli i często zaskakuje. Cassandra Clare nie przedstawiła sielanki, idealnej pary, tylko uczucie, które mogą napotkać różne trudności. Męski bohater wcale nie był bez skazy, często wyprowadzał Tessę z równowagi, wszczynał kłótnie, co chwilę zmieniał zdanie i nie chciał się przyznać do swoich uczuć. Dość… Problematyczny. Wątek miłosny nie wysuwał się na pierwszy plan, na początku był niemal niezauważalny, co także jest bardzo ważne.
Okładki, które początkowo Wydawnictwo MAG nam zaserwowało, są brzydkie i gdybym nie wiedziała, jak wspaniałą kryją treść, nigdy nie sięgnęłabym po powieść. Na szczęście wydawca się zreflektował i w listopadzie tamtego roku mogliśmy powitać trylogię w oryginalnych, pięknych i zachwycających okładkach, w których nie omieszkam sobie sprawić egzemplarzy.
Choć „Mechaniczny anioł” mnie zachwycił, bliższe memu sercu na zawsze pozostaną „Dary Anioła”, ponieważ to moja pierwsza historia o Nocnych Łowcach. „Diabelskim maszynom” oczywiście niczego nie brakuje i już nie mogę się doczekać kolejnych serii o Nefilim zaplanowanych przez autorkę, a jeszcze kilka ich będzie. Najbliższa to „The Dark Artifices” zaplanowana na 2015 rok.
Książka jest genialna. Cassandra Clare jest genialna. Poproszę o więcej! Jednak nie chcę tak szybko pożegnać się z Tessą, więc nie spieszy mi się z kolejnymi tomami. Autorka ma talent, którego nie marnuje. Jej powieści chce się czytać, nie można się od nich oderwać. Teraz bez żadnych obaw będę sięgała po jej twórczość. Do tego zachęcam również czytelników – warto, naprawdę warto. Mam nadzieję, że zapamiętacie moje słowa i ktoś kiedyś będzie mi wdzięczny za polecenie tak niesamowitej lektury!
Moja ocena: 10/10
 
Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

niedziela, 22 czerwca 2014

"Płonący stos. Księga 1: Kielich Wiatru, Krąg Popiołów" Cate Tiernan

4 komentarze:

Autor: Cate Tiernan
Tytuł: Płonący stos. Księga 1: Kielich Wiatru, Krąg Popiołów
Tytuł oryginału: Balefire Omnibus #1: A Chalice of Wind; A Circle of Ashes
Wydawnictwo: Amber
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 416

Clio od dzieciństwa jest wychowywana na czarownicę. Uczy się zaklęć, właściwości roślin, a przede wszystkim jedności z naturą, od której pochodzi magia. Thais niedawno przeprowadziła się do Nowego Orleanu. Musi zamieszkać z nową opiekunką w nieznanym mieście i ostatnią klasę spędzić w nieznanej szkole, ponieważ jej tata zginął w wypadku. Kiedy obie dziewczyny spotykają się pierwszego dnia szkoły, odkrywają coś niesamowitego. Są identyczne niczym dwie krople wody. Bliźniaczki? Dla dlaczego zostały rozdzielone po urodzeniu? Prawda okazuje się być bardziej mroczna i niesamowita, niż podejrzewały. Wywraca im życie do góry nogami i sprawia, że nic już nigdy nie będzie takie samo…
Cate Tiernan to pseudonim amerykańskiej pisarki powieści z gatunku paranormal romance. Zaczynała pisać w młodym wieku od średniej długości książeczek, ale sławę przyniosły jej dopiero cykle „Płonący stos” oraz „Sweep”. Oba poruszają tematy magii oraz czarownic. W 2010 roku zaczęła pisać nową trylogię „Ukochany nieśmiertelny”.
Uwielbiam książki pełne magii i tajemnic, w których bohaterkami są czarownice posługujące się wszelkimi zaklęciami, tworzące kręgi itd. Bardzo chętnie się w nich zaczytuję. Jednak zazwyczaj prawie każda lektura o tej tematyce mnie zawodzi. Brakuje im tego „czegoś”. Często za mało jest w nich magii i czarów, które mnie tak intrygują. Pod tym względem „Płonącemu stosowi” niczego nie brakuje. Mogłam uważnie śledzić magiczne zwyczaje Bonne Magie, którą zajmowały się główne bohaterki. Autorka poświęciła temu tematowi sporo czasu i spełniła moje wymagania.
Dwie główne bohaterki są zupełnie różne. Choć z wyglądu identyczne, pod względem charakteru są swoimi przeciwieństwami. Clio, zawsze pewna siebie, ma świadomość, jaka jest atrakcyjna i chętnie to podkreśla. Jest impulsywna, wybuchowa i często mówi to, co myśli. Z mężczyznami obchodzi się jak z zabawkami. Zazwyczaj tego typu postaci mnie strasznie irytują, jednak w tym wypadku, ku mojemu zdziwieniu, było odwrotnie. To Clio lubiłam bardziej od jej bliźniaczki. Thais okazała się bardzo naiwna, delikatna, skromna i cicha. Wciąż się nad sobą użalała, a jej rozpaczanie nad śmiercią ojca było sztuczne. Zawsze była posłuszna i nie chciała sprawić zawodu innym. Wydaje mi się, że pani Tiernan próbowała na siłę zrobić z niej idealną postać, co jej się zupełnie nie udało. Thais mnie denerwowała i niestety ani trochę jej nie polubiłam.
Spodobało mi się to, że co rozdział narratorką była inna z bliźniaczek. Dzięki temu mogłam poznać je lepiej, spojrzeć na różne sytuacje z perspektywy dwóch osób. Choć rozdziały poświęcone Clio czytałam z większą przyjemnością niż te poświęcone Thais.
Wydawnictwo Amber znów nie popisało się swoimi korektorami. W książce znalazłam mnóstwo błędów. Czy to literówek, czy stylistycznych, ortograficznych, a nawet powtórzenia! Tych ostatnich było naprawdę dużo i bardzo mnie one irytowały. Widać je gołym okiem i zastanawiam się, jak to możliwe, że nikt ich nie wyłapał.
Przez większość powieści akcja wlecze się niemiłosiernie. Brak zaskakujących wydarzeń, które ożywiłyby lekturę. Dopiero pod koniec akcja troszeczkę przyspiesza, ale nie tak, jak bym chciała.
„Płonący stos” to bardzo przeciętna książka. Nie jest ani zła, ani dobra. Na pewno nie należy do literatury wysokich lotów, ale zapewnia rozrywkę na długi wieczór. Gdybym nie posiadała we własnych zbiorach drugiego tomu, zapewne bym go nie przeczytała. Ale z tego względu dam lekturze drugą szansę. Kupiłam obie części za marne grosze, więc nawet nie żałuję wydanych pieniędzy. Nie polecam, ani nie odradzam tej powieści. Sami zadecydujcie, czy chcecie zaryzykować.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

sobota, 7 czerwca 2014

"Dziewczyna w stalowym gorsecie" Kady Cross

11 komentarzy:

Autor: Kady Cross
Tytuł: Dziewczyna w stalowym gorsecie
Tytuł oryginału: The Girl in the Steel Corset
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce i rok wydania: Lublin 2013
Liczba stron: 440

Finley Jayne chwilami traci kontrolę nad sobą. Jej umysł przejmuje coś mrocznego, coś, co jest w stanie robić bardzo złe rzeczy. Nie ma nikogo, z kim mogłaby porozmawiać o swoim problemie i kto mógłby jej pomóc. Wszystko zmienia się w nocy, kiedy dziewczyna pada ofiarą syna swojego pracodawcy, który lubił zabawiać się pokojówkami. Mroczna strona przejmuje nad nią kontrolę i mężczyzna zostaje brutalnie pobity, jest wręcz bliski śmierci. Finley ucieka z jego domostwa raz na zawsze i przypadkiem spotyka księcia Griffina oraz jego przyjaciół, którzy, jak się okazuje, również cierpią na dziwaczne przypadłości. Tylko oni są w stanie zrozumieć jej problemy i pomóc je przezwyciężyć. Jednak w badaniach nad ich tajemniczymi zdolnościami wciąż przeszkadzają tajemnicze ataki automatonów w Londynie. Kto za tym stoi i jaki jest jego cel?
Kady Cross to pseudonim literacki amerykańskiej bestsellerowej autorki. Mieszka wraz z mężem i kotami w Connecticut. Uwielbia czytać książki i oglądać ulubione programy telewizyjne, występować z rockowym zespołem, a ponadto lubi wietnamską kuchnię i makijaże. Produkuje nawet kosmetyki własnego autorstwa.
Kiedy tylko zauważyłam tę powieść w zapowiedziach, zapragnęłam ją przeczytać. Opis zbyt wiele nie mówił, lecz zachęcił mnie sam fakt, że akcja dzieje się czasach wiktoriańskiej Anglii. Kocham ten okres w historii Wielkiej Brytanii i bardzo mnie on interesuje. Książki opowiadające o tych czasach biorę wręcz na ślepo i większość mnie zachwyca. Czy ta również mnie nie zawiodła?
Po pierwsze, wiktoriańska Anglia nie została przedstawiona zbyt dobrze. Brakuje mi jej klimatu i mimo że jest to steampunk, uważam, że autorka zbyt unowocześniła tamte czasy. Prawie wcale nie odczułam, że to w tamtym okresie rozgrywa się akcja i uważam to za duży minus, ponieważ książka wiele by zyskała dzięki pokazaniu tego klimatu. Pod tym względem czuję się rozczarowana.
Bohaterowie okazali się bardzo ciekawi. Na początku wszyscy mnie irytowali i nie potrafiłam nikogo polubić, jednak po jakimś czasie, jak bliżej ich poznałam, uznałam, że są bardzo intrygujący. Moimi ulubionymi postaciami są Finley, Emily oraz Griffin, choć przy rozpoczęciu lektury bym tak nie pomyślała.
W „Dziewczynie w stalowym gorsecie” mało się dzieje. Przez część książki się nudziłam. Akcja przyspieszyła dopiero pod koniec, lecz i tak na krótko. Brakowało mi zaskakujących zwrotów akcji, niepokojących wydarzeń itd.
Kiedy tylko zaczęłam czytać tę powieść, od razu poczułam, że to jednak nie to, na co miałam nadzieję. Od początku tak średnio mi się podobała i czułam się zawiedziona. Brakowało w niej tego „czegoś”, nawet ciężko mi określić czego dokładnie. Po prostu mnie nie zachwyciła.
Okładki całej serii są bardzo intrygujące. Przyciągają wzrok i czuć w nich jakąś tajemnicę. Bardzo podoba mi się suknia dziewczyny na tej części. Każda okładka, na której jest suknia, od razu skrada moje serce i pragnę mieć taką książkę choćby ze względu na oprawę graficzną.
„Dziewczyna w stalowym gorsecie” nie jest złą powieścią. Miałam co do niej wielkie nadzieje, jednak się przeliczyłam. Miałam zamiar ją kupić, jednak dobrze, że znalazłam ją w bibliotece, bo byłabym jeszcze bardziej zawiedziona. Jest to niezła książka, jednak ja nie lubię marnować czasu na takie, skoro czekają mnie jeszcze lepsze. Nie wiem, czy sięgnę po kontynuację, może jedynie z ciekawości, ponieważ końcówka naprawdę mi się podobała.
Moja ocena: 6/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

środa, 2 kwietnia 2014

Premierowo: "Mroczne umysły" Alexandra Bracken

7 komentarzy:

Autor: Alexandra Bracken
Tytuł: Mroczne umysły
Tytuł oryginału: The Darkest Minds
Wydawnictwo: Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 456

Ruby w wieku dziesięciu lat trafia do obozu „rehabilitacyjnego” dla dzieci cierpiących na chorobę OMNI. Wkrótce całe młode pokolenie Stanów Zjednoczonych znajduje się w podobnych miejscach, a rząd próbuje przekonać rodziców, że wysyłając swoje pociechy do obozu, postępują dobrze. Jednak władze ukrywają prawdę przed całym narodem. OMNI nie jest niebezpieczne, a dzieci nie da się wyleczyć z ich nadzwyczajnych zdolności. W obozach zostają podzielone według kolorów przypisanym ich zdolnościom – Zieloni, Niebiescy, Czerwoni, Żółci, Pomarańczowi. Ruby została przydzielona do Zielonych, lecz tak naprawdę jest jedną z Pomarańczowych, których uważa się za niebezpiecznych. Musi ukrywać to, kim jest, aby przeżyć…
Alexandra Bracken to młoda autorka książek młodzieżowych, które znajdowały się na szczycie list bestsellerów. Jej debiutem było „Brightly Woven”, które niestety nie zostało wydane u nas w Polsce. Kolejną serią jej autorstwa jest trylogia „Mroczne umysły”, której pierwsza część ma dzisiaj swoją premierę w Polsce.
„Mroczne umysły” intrygowały mnie już od pierwszych zapowiedzi. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, co takiego mnie przyciągało do tej książki, ale po przeczytaniu opisu zapragnęłam ją przeczytać. Mój czytelniczy instynkt mówił mi, że powieść bardzo mi się spodoba i mnie nie zawiedzie. Czy rzeczywiście tak było?
Pierwsze co zauważyłam w lekturze, i to niezbyt pozytywne, to pewien chaos. Autorka nie wytłumaczyła na początku najważniejszych rzeczy, przez co się pogubiłam i zastanawiałam, czy nie ominęłam jakiejś ważnej części w książce. Przykładowo, nie zostało wyjaśnione, jakim umiejętnościom przyporządkowany jest dany kolor. Sama musiałam się tego domyślać, a przypuszczenia się potwierdzały dopiero w trakcie lektury. Powieść sama w sobie nie jest chaotycznie napisana, tylko wydaje mi się, że pani Bracken na początku się trochę pogubiła.
Ogromnym plusem książki są jej bohaterowie. Na początku nie mogłam się przekonać do Ruby, lecz szybko ją pokochałam i zrozumiałam jej dotychczasowe zachowanie. Pod koniec lektury byłam z nią tak zżyta, że nie chciałam opuszczać świata „Mrocznych umysłów”. Nie potrafię nawet stwierdzić, który bohater stał się moim ulubionym. Ruby lubiłam tak samo bardzo jak Liama, Pulpeta i Suzume i brak choć jednej z tych postaci obniżyłby moją ocenę dzieła. Nie wyobrażam sobie bez nich tej książki.
W „Mrocznych umysłach” wiele się dzieje. Często zdarzają się nieoczekiwane zwroty akcji, które przyspieszają bicie serca. Przez to powieść bardzo wciąga, nie mogłam się od niej oderwać i wciąż o niej myślałam.
Zakończenie mnie wzruszyło. Nie wywołało łez, ale wzbudziło we mnie mnóstwo emocji. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zbyt długo czekać na drugą cześć, ponieważ nie mogę się doczekać, kiedy poznam dalszą część historii Ruby. Końcówka bardzo mnie zaskoczyła i nie mogę uwierzyć w to, co się wydarzyło. Nienawidzę takich zakończeń.
Podsumowując, „Mroczne umysły” to bardzo dobra powieść z wielkim potencjałem. Może nie do końca wykorzystanym, nie zwaliła mnie z nóg ani nie zafascynowała, lecz świetnie się ją czytało. Mam nadzieję, że drugi tom mnie nie zawiedzie i Alexandra Bracken pokaże, na co ją stać.
Moja ocena: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II  

czwartek, 27 marca 2014

"Ogień" Mats Strandberg, Sara B. Elfgren

10 komentarzy:

Tytuł: Ogień
Tytuł oryginału: Eld
Wydawnictwo: Czarna Owca
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013
Liczba stron: 696

Nastoletnim czarownicom udało się pokonać zło. Ale to jeszcze nie koniec… Zaczyna się kolejny rok szkolny pełen trudnych wyzwań i niebezpieczeństw. Dziewczęta muszą nie tylko nauczyć się używać swoich mocy, ale również sobie ufać. Zło może zaatakować w najmniej oczekiwanej chwili. Oprócz tego mają na głowie jeszcze członków Rady, do której nie mają zaufania. A w Engelsfors dzieje się coś dziwnego… Wybrańcy muszą działać szybko, aby pokonać wroga i dowiedzieć się, kim tak naprawdę są, aby zapobiec apokalipsie. Czy nastolatkom uda się zaakceptować swoje przeznaczenie? Co je tym razem czeka? I jak to się skończy?
Pierwsza część trylogii o Engelsfors mnie nie zachwyciła, spodziewałam się czegoś innego, ale mimo to mi się podobała. Nieraz zmroziła mi krew w żyłach i cały czas trzymała w napięciu. Bardzo chciałam przeczytać drugą część, która intrygowała mnie od dawna, głównie swoją objętością (to porządna cegiełka). Jakie są więc moje uczucia z nią związane?
Już od samego początku „Ogień” bardzo mnie wciągnął. Nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba, ale czytałam go z ogromnym zainteresowaniem. Nie mogłam się oderwać od tej powieści i mimo, że ma dużą ilość stron, przeczytałam ją bardzo szybko.
Podczas lektury książki bardzo zżyłam się z bohaterkami. W pierwszej części mi się to nie udało, niektórych dziewczyn wręcz nie znosiłam, a teraz jestem nawet zdziwiona, że tak je polubiłam. Annę-Karin, do której wcześniej nie pałałam zbyt wielką sympatią, zdołałam zrozumieć i moje nastawienie do niej się zmieniło. Rozdziały poświęcone tej postaci czytałam z większą przyjemnością niż wcześniej, nawet na nie czekałam. Idę, która wcześniej mnie irytowała, teraz bardzo polubiłam. W tej części mogłam ją lepiej poznać i dowiedzieć się, dlaczego jest taka a nie inna. Vanessa przeszła pewną zmianę. Zrozumiała swoje błędy, zaczęła naprawiać życie i stała się silną kobietą. Jest to jedna z moich ulubionych bohaterek, choć tak naprawdę wszystkie pokochałam. „Ogień” przybliża ich cechy charakteru, sytuacje w rodzinie i przeszłość, dzięki czemu każdą mogłam lepiej poznać.
Zakończenie niezwykle mnie zasmuciło. Nie spodziewałam się, że wzbudzi we mnie tyle uczuć. Wzruszyłam się i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Myślałam, że jeszcze uda się wszystko cofnąć. Długo rozmyślałam nad tym zakończeniem i teraz obawiam się finału trylogii, ponieważ wiem, że może nie skończyć się tak dobrze, jak mam nadzieję.
Sara B. Elfgren i Mats Strandberg wykonali kawał dobrej roboty. Napisali razem prawie 700-stronnicową powieść i widać, że jest ona niezwykle dopracowana. Nie mogę się poskarżyć na ich styl pisania czy to, że się nie zgrali, bo jest wręcz przeciwnie. Ma się wrażenie, że książkę napisała jedna osoba. Nie widać różnicy ich stylów.
Za to mogę ponarzekać na korektę, ponieważ to zapewne jej wina, że w „Ogniu” są błędy. I to nie tylko stylistyczne, interpunkcyjne czy literówki – bardzo często są mylone imiona bohaterek. Przykładowo, jest mowa o Annie-Karin, ale jest napisane imię Vanessy, choć to nie o nią chodzi. Gdybym policzyła, ile razy coś takiego zauważyłam, wyszłoby tego sporo.
Podsumowując, „Ogień” to świetna kontynuacja „Kręgu”. Powieść w żadnym stopniu mnie nie zawiodła, podobała mi się bardziej niż pierwsza część i zżyłam się z bohaterkami. Jestem ciekawa, co się wydarzy w ostatnim tomie, ale też się go trochę boję. Nie chcę kończyć przygody z Engelsfors. Serdecznie polecam tę książkę, wzbudza ona dużo emocji i pełno w niej magii.
Moja ocena: 8/10

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi nakanapie.pl
http://nakanapie.pl/

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

sobota, 15 marca 2014

"Mroczna toń" Tricia Rayburn

10 komentarzy:

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Mroczna toń
Tytuł oryginału: Dark Water
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2013
Liczba stron: 392

Vanessa Sands wraca do Winter Harbor kolejnego lata, aby zamknąć bolesny rozdział życia i zacząć od nowa. Dlatego jej rodzice postanowili sprzedać ich stary domek, a kupić nową rezydencję tuż nad morzem. Jest to korzystne dla ich córki, której natura syreny coraz bardziej dokucza i potrzebuje częstych kąpieli w słonej wodzie. Zwraca na siebie uwagę coraz większego grona młodych chłopaków czy mężczyzn, co staje się coraz bardziej niebezpieczne. Dodatkowo ma problemy ze swoim ukochanym – Simonem, do którego nie może się zbliżyć z obawy zrobienia mu krzywdy. W Winter Harbor znów robi się coraz niebezpieczniej, a mieszkańcy zaczynają się niepokoić. Co tym razem spotka Vanessę? Czy do miasteczka powróci kiedyś spokój?
Pierwsza część serii o syrenach niezmiernie przypadła mi do gustu. Byłam zafascynowana historią, jaką przedstawiła mi Tricia Rayburn. Jednak z drugim tomem było już nieco gorzej. Okazał się on słabszy od poprzedniego i nieco mnie zawiódł. Pełna wątpliwości i obaw sięgnęłam po trzecią część, o której słyszałam skrajne opinie. Jak wypadła ona w moich oczach?
W „Mrocznej toni” zabrakło mi akcji. Moim zdaniem autorka za dużo uwagi poświęciła miłosnym rozterkom Vanessy, a zaniedbała rozwój wydarzeń. Mało kiedy czułam dreszczyk emocji towarzyszący zaskakującym i przerażającym wydarzeniom. Nie twierdzę, że się nudziłam przy lekturze, bo wcale tak nie było, jednak autorkę stać na więcej i wydawało mi się, że ta część nic nowego, ważnego nie wnosi, miała tylko oficjalnie zamknąć trylogię.
Dużym pozytywem, jednak nie wiem, czy nie tylko dla mnie, okazały się opisy tych wspaniałych nadmorskich miejscowości. Rozmarzyłam się przy czytaniu o wycieczce, jaką urządzili sobie Vanessa i Simon do pobliskiej wsi, przejażdżka wśród pól i łąk, wędrówka po lesie… Jak dla mnie, pani Rayburn doskonale oddała klimat tamtych miejsc i zapragnęłam się w nich znaleźć. Niemal czułam na twarzy powiew słonego wiatru i słyszałam szum morza (a także drzew)…
W recenzji drugiego tomu tak narzekałam na bohaterów. Przy lekturze „Mrocznej toni” nieco zmieniłam o nich zdanie. Vanessa nadal mnie irytowała, ale w znacznie mniejszym stopniu. Zmieniła się na lepsze i po przeczytaniu wszystkich części mogę nawet stwierdzić, że ją lubiłam. Nie bardzo, ale jednak. Paige jest chyba moją ulubioną postacią z trylogii. Okazała się wspaniałą przyjaciółką, o jakiej można pomarzyć. Do Simona zdążyłam się już przyzwyczaić. Nie był już tak nieznośny jak wcześniej i bardzo się z tego powodu cieszę.
Tricia Rayburn wspaniale wykreowała syreny. Wykorzystała trochę mitologię, ale nie zabrakło jej własnych pomysłów. Bardzo mi się spodobały te morskie stworzenia i jestem nimi zafascynowana. Autorka popisała się swoją wyobraźnią i jestem ciekawa, co jeszcze wymyśli w innych swoich dziełach.
„Mroczna toń” jest ciekawą lekturą, nieco lepszą od drugiej części, ale wciąż nie przebija pierwszej. Moim zdaniem „Syrena” była najlepszym tomem trylogii i szkoda, że pisarce nie udało się jej przebić. Powieść polecam, bardzo przyjemnie i szybko się ją czyta i uważam, że to dobre zakończenie przygód Vanessy.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

wtorek, 11 lutego 2014

"Głębia" Tricia Rayburn

8 komentarzy:

Autor: Tricia Rayburn
Tytuł: Głębia
Tytuł oryginału: Undercurrent
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 2012
Liczba stron: 368

Vanessa Sands stara się powoli dojść do siebie po tragicznych wydarzeniach minionego lata. Straciła swoją ukochaną siostrę, a przede wszystkim rozwikłała kryminalną zagadkę małego miasteczka Winter Harbor dotyczącą tajemniczych morderstw mężczyzn. Jednak to nie wszystko… Dziewczyna odkryła przerażającą tajemnicę miejscowych kobiet, która, jak się okazało, wiąże się z nią samą. Okazuje się, że sama jest równie niebezpieczna i kusząca jak one. Vanessa musi się przyzwyczaić do nowego życia, dowiedzieć się więcej na temat tego, kim się stała i dlaczego. Nie może już nikomu ufać, ponieważ wyznanie prawdy może sprawić, że straci najbliższe osoby. Jednak czy to koniec jej kłopotów? Jaką tajemnicę skrywa jej rodzina? Czy w Winter Harbor jest już bezpiecznie?
Tricia Rayburn pisała od czasu swoich nastoletnich lat. Obecnie jest znaną autorką książek dla młodzieży. Jej debiutem była seria o niebezpiecznych i uwodzicielskich syrenach, która odniosła duży sukces i została przetłumaczona na wiele języków. Pani Rayburn uwielbia wodę, choć czuje lęk przed stworzeniami czającymi się w głębinach oceanów. Prawdopodobnie ta fascynacja stała się inspiracją do stworzenia tej trylogii.
Syreny to istoty, które nierzadko występowały w mitologii czy baśniach. Często się słyszałoe istoty, a raz jako niebezpieczne i kuszące kobiety zabijające mężczyzn, uwodzące rybaków i marynarz historie o tych pół-ludziach, pół-rybach i przedstawiano je w różnym świetle. Raz jako niegroźne, delikatny. Mnie w dzieciństwie fascynowała bajka „Mała Syrenka”, uwielbiałam ją oglądać i nigdy mi się nie nudziła. Dlatego teraz bardzo chętnie sięgam po powieści, w których pojawiają się syreny – wszystko jedno w jakiej postaci. „Syrena” Tricii Rayburn była moją pierwszą książką, w jakiej te istoty wysuwały się na pierwszy plan. Lektura mnie zachwyciła. A jak wypadł drugi tom, „Głębia”?
Minęło prawie półtorej roku odkąd przeczytałam pierwszą część, więc to, co się działo w niej nieco rozmazało mi się w pamięci. Niestety, autorka nie ułatwiła mi sprawy i nie przypomniała o poprzednich wydarzeniach, tylko pisała zagadkami. Dlatego musiałam wziąć jeszcze raz „Syrenę”, przewertować ją i odświeżyć sobie niektóre informacje. Po tym czytanie lektury szło mi już bezproblemowo, a lektura tak mnie wciągnęła, że pochłonęłam ją w ciągu jednego dnia.
Vanessę w tamtej części bardzo polubiłam, ale teraz, niestety, to się nieco zmieniło. Na początku poprzedniego tomu była kruchą i wrażliwą dziewczyną bojącą się ciemności i na każdym kroku potrzebującą wsparcia siostry. Kiedy teraz sobie to przypomnę, aż ciężko w to uwierzyć. Dziewczyna przeszła ogromną przemianę i stała się zupełnie nową osobą. Teraz jest silną i pewną kobietą, która już wie, że życie nie jest usłane różami. W innym przypadku by mi to nie przeszkadzało, wręcz cieszyłabym się z takiej poprawy, ale stała się bardzo irytująca. Zaczęła podejmować nieprzemyślane decyzje i myślała, że wszystko ujdzie jej na sucho. Simona wręcz nie znoszę, choć w pierwszej części jeszcze mi nie przeszkadzał. Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale po prostu to ten typ postaci, którego nie lubię i który mnie denerwuje. Coś jak Simon z „Darów Anioła”. Nawet imię mają to same…
Nie spodobało mi się wprowadzenie trójkąta miłosnego. To był chyba najgorszy pomysł autorki i moim zdaniem powinna z tego zrezygnować. Za dużo już tego w książkach i dziwię się, czemu pisarze jeszcze go wykorzystują. Ale szczerze mówiąc, wolę tego drugiego adoratora głównej bohaterki od Simona.
W „Głębi” można dowiedzieć się więcej o syrenach, jakie wykreowała Tricia Rayburn, co mnie bardzo ucieszyło. Po przeczytaniu pierwszej części nadal były one dla mnie tajemnicą, a teraz już wiem, że do życia nie potrzeba im tylko słonej wody.
„Głębia” okazała się trochę słabsza od swojej poprzedniczki. Autorka miała ciekawy pomysł na kontynuację „Syreny”, jednak wprowadziła niepotrzebne zawiłości i przedobrzyła. Mimo kilku mankamentów powieść mnie wciągnęła i zaintrygowała, czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem. Uważam, że jest to dobra lektura, ale wiele jej brakuje do doskonałości. Polecam szczególnie osobom, które tak jak ja są zafascynowane stworzeniami skrywającymi się w głębinach oceanów.
Moja ocena: 6/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II 

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Kroniki krwi" Richelle Mead

9 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Kroniki krwi
Tytuł oryginału: Bloodlines
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 416

Sydney ma obecnie problemy w świecie alchemików. Nikt nie traktuje jej poważnie i nawet własny ojciec nie wie, czy jeszcze może jej ufać po pomocy, jakiej dziewczyna udzieliła dampirce Rose, która była uważana wtedy za królobójcę. Alchemicy są bowiem nastawieni do wampirów wrogo i nieprzyjaźnie, choć nieraz pracują u ich boku i ukrywają ich istnienie przed ludźmi. Uważają ich za krwiopijców i potwory, które nie mają prawa przebywać na ziemi. Po trudnych negocjacjach mających na celu ocalenie siostry Sydney zostaje wysłana na ważną misję – musi chronić Jill Dragomir, której grożą zdrajcy z dworu królewskiego. One dwie, dampir Eddie oraz moroj Adrian Iwaszkow ukrywają się w upalnym Palm Springs, które nie jest takim spokojnym miejscem pobytu, jak by się mogło wydawać… Czy alchemiczce uda się uratować honor rodziny? Co ją spotka podczas nowej misji?
Richelle Mead to jedna z tych autorek, po których książki sięgam bez zastanowienia, ponieważ wierzę w to, że mnie nie zawiodą. Przeczytałam już dwie serie, które wyszły spod jej pióra – „Akademię wampirów” i „Melancholię sukuba”. Obie pokochałam i szybko stały się moimi ulubionymi. Jestem zafascynowana światami i postaciami, jakie wykreowała, chcę ich poznać jak najwięcej.
„Kroniki krwi” to książka otwierająca nowy cykl o alchemiczce Sydney Sage. Jest to nowa opowieść z bohaterami poznanymi już w „Akademii wampirów”, co mnie bardzo ucieszyło, kiedy się o tym dowiedziałam. Mogłam powrócić do tamtej rzeczywistości i dowiedzieć się, co nowego wydarzyło się w świecie morojów i dampirów.
Intrygujące okazało się spojrzenie na wszystko z perspektywy Sydney. Pojawiła się ona już we wcześniejszej serii i była dla mnie wielką zagadką. Z jednej strony bała się wampirów i nie chciała z nimi przebywać, natomiast z drugiej między nią a Rose powstało coś na kształt przyjaźni. Dzięki „Kronikom krwi” mogłam poznać jej charakter, dowiedzieć się, o czym myśli i co tak naprawdę czuje. Jednak dziwnie się czułam, czytając o morojach i dampirach, nie patrząc na wydarzenia z perspektywy Rose. Pokochałam poprzednią bohaterkę i kiedy występowała w książce, nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że nie znam jej myśli.
W „Kronikach krwi” wystąpiły moje ulubione postaci. Przede wszystkim cudowny Adrian Iwaszkow, który nieraz doprowadzał mnie do śmiechu w „Akademii…”. Tutaj, co prawda, nieco spoważniał i wciąż przeżywał rozstanie z ukochaną, jednak nie brakowało mu sarkazmu i ironii, które mnie wcześniej urzekły. W wielu momentach naprawdę było mi go szkoda, choć do wielu nieszczęść sam się przyczynił. Oprócz Sydney, lepiej mogłam również poznać Jill Dragomir. Nieco irytowała mnie swoją lekkomyślnością, lecz często czułam dla niej współczucie, w końcu jej życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni w niespodziewanym momencie i nie zdążyła jeszcze przywyknąć do zmian.
Richelle Mead znowu pokazała, że ma głowę pełną pomysłów. Wprowadziła intrygujący wątek o tatuażach, który śledziłam z zapartym tchem. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach okaże się on równie interesujący.
W powieści wiele się działo, nie tylko pod koniec. Akcja cały czas utrzymywała dobre tempo, dzięki czemu bardzo wciągała. Niestety wyjaśnienia zagadek nie były dla mnie tak bardzo zaskakujące, jak powinny, w pewnym stopniu przewidziałam, co się stanie i to mnie nieco zawiodło. Lubię, kiedy autor wodzi czytelnika za nos i podsuwa fałszywe rozwiązania, a niestety pani Mead tym razem się to nie udało.
„Kroniki krwi” wypadły w moich oczach bardzo pozytywnie. Myślę, że są godną kontynuacją serii „Akademia wampirów”, lecz czy okażą się lepsze, pokażą kolejne części. Jak na razie była to bardzo dobra książka, ale wiem, że Richelle Mead stać na więcej. Już się nie mogę doczekać kolejnej części!
Moja ocena: 9/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

czwartek, 30 stycznia 2014

"Zakochana w mroku" Franny Billingsley

11 komentarzy:

Autor: Franny Billingsley
Tytuł: Zakochana w mroku
Tytuł oryginału: Chime
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 404

Briony uważa, że jest wiedźmą. Ma drugi wzrok, widzi istoty z innego świata, Prastarych, jest leworęczna i wystarczy chwila braku kontroli nad emocjami, a może stać się katastrofa. Dziewczyna ma nauczkę po tragicznych wydarzeniach, których przyczyną była jej moc. Raz skrzywdziła siostrę bliźniaczkę, raz ukochaną macochę, co doprowadziło do jej śmierci… Dlatego Briony dostaje zakaz odwiedzania Bagien, gdzie jej moce przybierają na sile. Jednak wszystko zmienia się, gdy do miejscowości, w której mieszka, przybywa przystojny Eldric. Pomimo złego nastawienia nastolatki, zachowuje się on bardzo przyjaźnie w stosunku do niej i są zmuszeni razem udać się na Bagna. Dziewczyna zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę jest taka zła i niebezpieczna, jak twierdziła jej macocha…
Franny Billingsley to amerykańska autorka fantastycznych powieści dla dzieci i młodzieży. Napisała dopiero cztery książki, ale zdobyły one wiele wyróżnień i nagród. W Polsce ukazało się tylko jedno jej dzieło – „Zakochana w mroku”.
Od samego początku nie byłam pozytywnie nastawiona do lektury. Słyszałam o niej wiele złego, a bardzo mało dobrego. Wszyscy mnie zniechęcali do przeczytania, jednak chciałam się przekonać, czy powieść rzeczywiście jest taka słaba. Po zapoznaniu się z kilkoma pierwszymi stronami zrozumiałam niechęć innych i negatywne opinie. Zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem książka odniosła sukces w Ameryce, ponieważ ciężko mi znaleźć w niej coś pozytywnego.
„Zakochana w mroku” została napisana bardzo chaotycznie. Czytając początek, nie rozumiałam o co chodzi, ani co się dzieje. Bohaterka tylko co kilka zdań powtarzała, jaka jest niecna i nikczemna. Przebieg akcji przerywały bezsensowne przemyślenia Briony, które w większości były takie same. Miałam wrażenie, że autorka „zapychała” nimi książkę.
Postaci były bardzo słabo wykreowane. Zostały przedstawione niezbyt porządnie i zapamiętałam tylko kilku ważniejszych bohaterów. O żadnym nie zostało jednak zbyt dużo powiedziane, nawet jeżeli ktoś mnie zainteresował na tyle, że chciałabym więcej się o nim dowiedzieć. Przykładem jest Rose, siostra Briony. Choć często pewne wydarzenia z przeszłości zostały wspominane, to zazwyczaj się urywały i nie mogłam poznać ich dalszej części. To wprowadzało wielki chaos i zamęt.
Styl Franny Billingsley nie przypadł mi do gustu. Użyła w powieści bardzo specyficznego języka, do którego długo nie mogłam się przyzwyczaić. Jak już wcześniej wspominałam, zbyt często główna bohaterka powtarzała, że jest niecna czy nikczemna, co po jakimś czasie nawet zaczęło mnie śmieszyć. Jakby nie można było napisać „zła” albo „niebezpieczna”, czy „groźna”.
Chyba jedynym plusem książki było zakończenie. Wszystkie sprawy zostały rozwiązane i muszę przyznać, że autorka miała niezły pomysł. Szkoda, że wcześniej nie pokazała, na co ją stać. Dopiero ostatnie pięćdziesiąt stron mi się spodobało i doszłam do wniosku, że powieść nie była taka zła, jak na początku myślałam. Ale to też nie oznacza, że dobra.
„Zakochana w mroku” niczym mnie nie zaskoczyła (może poza końcówką). Spodziewałam się dokładnie takiej książki i przynajmniej się nie rozczarowałam tak bardzo. Czytało się ją dość ciężko i cieszę się, że mam ją już za sobą. Wolę zapomnieć o tej lekturze i nigdy więcej do niej nie wracać. Nie polecam.
Moja ocena: 3/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II  

piątek, 10 stycznia 2014

"Łza" Lauren Kate

9 komentarzy:

Autor: Lauren Kate
Tytuł: Łza
Tytuł oryginału: Teardrop
Wydawnictwo: Galeria Książki
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013
Liczba stron: 416

„Nigdy, przenigdy nie płacz” – tą zasadą Eureka kierowała się niemal przez całe życie. Tego nauczyła ją matka, z którą życie wydawało się łatwiejsze i piękniejsze. Lecz dziewczyna traci matkę na skutek nadejścia ogromnej, niespodziewanej fali, która zrzuciła ich samochód z mostu. Ciała kobiety nie odnaleziono, a nastolatka uważa, że to ona powinna utonąć. Życie bez ukochanej rodzicielki wydaje się nie mieć sensu, lecz Eureka do tej pory nie uroniła ani jednej łzy. Wszystko zmienia się w dniu, kiedy poznaje tajemniczego Andera, który często znika i w najmniej oczekiwanej chwili się zjawia. Dziewczyna otrzymuje również spadek po matce, lecz nie rozumie intencji Diany, nie wie, do czego mogą przydać jej się te przedmioty. Wkrótce nastolatka przekonuje się, jak wiele tajemnic ukrywała przed nią najbliższa jej osoba. I poznaje historię, która może nie być zwykłą fantazją…
Z twórczością Lauren Kate miałam już raz styczność. Seria „Upadli” zbierała różnorodne opinie, jednym książki bardzo się podobały, innym nie, ale moim zdaniem pierwsza część wypadła bardzo dobrze. Autorka stworzyła ciekawą historię, która wciągnęła mnie bez reszty. Kiedy niedawno przeglądałam nowości wydawane za granicą, zauważyłam najnowszą powieść Lauren Kate, która bardzo mnie zaintrygowała wątkiem łez i marzyłam o tym, by wydano ją w Polsce. Niedawno moje marzenie się ziściło. I cóż mogę rzec o „Łzie”?
O ile opis wydawcy zwiastuje nieco schematyczną książkę (ileż już było śmierci rodziców, tajemniczych i natarczywych chłopców, zagadkowych spadków?), treść zdecydowanie wybija się ponad większość lektur okrzykniętych światowymi bestsellerami. Przede wszystkim na uwagę zasługuje interesujące i oryginalne wykorzystanie mitu o Atlantydzie. Nie ukrywam, że bardzo intryguje mnie historia o zatopionej starożytnej cywilizacji, a Lauren Kate przedstawiła ją w nowym świetle. Pomysł okazał się zachwycający i z mojej strony pisarka zdobyła ogromne uznanie.
Eurekę od samego początku darzyłam dużą sympatią. Zaimponowała mi swoim opanowaniem i zdolnością nie załamywania się nawet w najgorszych chwilach. Zawsze umiała znaleźć wyjście z jakiejś sytuacji, choć czasem potrzebowała czasu na trzeźwe rozpatrzenie całej sprawy. Często bywa tak, że nawet moi ulubieni bohaterowie zdenerwują mnie niezbyt mądrymi i pochopnymi wyborami, jednak tym razem zazwyczaj popierałam i rozumiałam decyzje Eureki. Jej przyjaciel, Brooks, wzbudził we mnie wiele emocji. Na początku go lubiłam, jednak kiedy zaczął się zmieniać, bardzo mnie denerwował. Czułam się, jakbym znała go od dawna, tak jak główna bohaterka i po jakimś czasie przestałam go poznawać. Rozumiałam wszystkie emocje, które targały Eureką, ja czułam to samo.
Język autorki zdecydowanie zmienił się na lepsze. Lauren Kate wciąż się rozwija, nie stoi w miejscu jak niektórzy pisarze. Pomiędzy „Upadłymi” a „Łzą” stworzyła kilka książek i doskonale widać różnicę stylu między jedną a drugą lekturą. Jej najnowsze dzieło zostało napisane lekkim piórem, czyta się je płynnie i z nieukrywaną przyjemnością.
W całej powieści znalazłam tylko jeden minus. Akcja rozkręca się dopiero pod koniec, a przez resztę książki niestety stoi ona w miejscu. Nie ma nagłych zwrotów akcji, nie zmroziło mi krwi w żyłach. Mimo to „Łza” bardzo wciąga i niemal nie zauważa się tego mankamentu.
Na szczególną uwagę zasługuje piękne wydanie książki. Okładka jest zjawiskowa i magiczna, kiedy pierwszy raz ją ujrzałam, zachwyciła mnie. Bardzo się cieszę, że wydawnictwo zostawiło oryginalną, jest naprawdę piękna.
„Łza” niezmiernie przypadła mi do gustu. To ciekawa historia i nawet się nie spodziewałam, że aż tak mi się spodoba. Czytało się ją bardzo przyjemnie, a kiedy skończyłam, poczułam niedosyt. Chciałam wiedzieć, co będzie dalej, za mało tajemnic zostało odkrytych! Już się nie mogę doczekać drugiej części, która ukaże się w następnym roku. Serdecznie polecam i mam nadzieję, że pani Lauren Kate jeszcze nieraz mnie zaskoczy.
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
 Za egzemplarz książki dziękuję w/w portalowi!