Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2014

"Zostań, jeśli kochasz" Gayle Forman

12 komentarzy:


Mia już na pierwszy rzut oka bardzo różni się od swojej rodziny. Została wychowana przez rockmanów, jako kilkuletnie dziecko bywała na rockowych koncertach i miała mnóstwo „cioć” nie przebierających w słowach. Jej młodszy brat sprostał oczekiwaniom wszystkich – swój nadmiar energii, który towarzyszył mu na każdym kroku, uzewnętrzniał podczas gry na perkusji. A ona? Ona zakochała się w wiolonczeli i muzyce klasycznej… Rodzina zaakceptowała jej pasję, mimo iż do końca jej nie rozumiała. Pewnego zimowego dnia życie Mii nieodwracalnie się zmienia. Razem z rodzicami i bratem wybiera się w odwiedziny do znajomych, jednak nie docierają na miejsce… Uczestniczą w straszliwym wypadku samochodowym, który zabiera Mii najbliższych, a ją samą pozostawia w dziwnym stanie zawieszenia… W czasie pomiędzy życiem a śmiercią dziewczyna wspomina dotychczasowe życie.
Gayle Forman jest wielokrotnie nagradzaną, bestsellerową autorką książek z gatunku Young Adult, czyli jednego z moich ulubionych w ostatnim czasie. Zanim została pisarką, była dziennikarką, a jej artykuły ukazywały się w takich czasopismach jak „Seventeen”. Kilka lat temu mąż zabrał ją na wycieczkę dookoła świata, która zainspirowała ją do napisania pierwszej książki. Obecnie mieszka w Nowym Jorku wraz z mężem i córką. Jej najbardziej znana powieść to „Zostań, jeśli kochasz”, znana również pod tytułem „Jeśli zostanę”, która doczekała się w tym roku ekranizacji.
„Zostań, jeśli kochasz” już od dawna mnie intrygowała. Chciałam ją przeczytać, jeszcze zanim zrobiło się o niej głośno ze względu na ekranizację, lecz nie było mi to dane, ponieważ książka była bardzo trudno dostępna w Polsce. Jej pierwsze wydanie miało miejsce kilka lat temu i już dawno wyczerpał się nakład. Znalezienie jej graniczyło z cudem. Na szczęście, ze względu na film, wznowiono ją, lecz już pod nowym, moim zdaniem dość płytkim, tytułem. Teraz również miałam wiele przygód z kupowaniem jej, lecz w końcu trafiła w moje ręce, na kilka dni przed tym, jak wybrałam się do kina. Przeczytałam ją błyskawicznie, jak na moje teraźniejsze możliwości, bo w dwa dni.
Pierwszym, co mnie w tej książce zadziwiło, jest jej forma. Każdy rozdział przedstawia daną godzinę z tego strasznego dnia Mii. Od ranka, aż na nocy kończąc (a właściwie na wczesnym ranku dnia kolejnego), czyli równo 24 godziny. Wszystkie wydarzenia opisywała główna bohaterka. Zaczynała od krótkiego opisania sytuacji w szpitalu, a poszczególne wydarzenia skłaniały ją do wspominania dawnego życia. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale ta forma przypadła mi do gustu. Uważam, że dzięki temu autorka mogła wycisnąć z tej historii tyle, ile się dało.
Niezwykle podobały mi się wspomnienia Mii. Przez czas czytania niemal czułam się tak, jakbym była nią. Jej przeszłość była barwna i bardzo ciekawa. Niektóre wspomnienia były tak piękne, że zazdrościłam jej, iż nie są moje, a niektóre dawały wiele do myślenia. Dzięki nim mogłam naprawdę dobrze poznać dziewczynę, w której głowie siedziałam przez kilka godzin. To sprawiło, że bardzo się z nią zżyłam, a kiedy zakończyłam lekturę, poczułam niedosyt. Gdy zamknęłam książkę, po mojej głowie krążyło mnóstwo myśli, a pośród nich jedna była najwyraźniejsza: ja chcę więcej! Mogłabym godzinami wspominać wraz z Mią jej przeszłość. Jej życie, mimo iż było zwyczajne, okazało się piękne. Bo życie JEST piękne.
Gayle Forman posłużyła się w tej powieści naprawdę prostym językiem, który jednak trafia do serca czytelnika. Nie mogę się tutaj zachwycać jej kunsztem literackim, bo nie ma czym. Istotą tej książki jest jej prostota. Mimo niewielu stron, autorce udało się w niej poruszyć mnóstwo ważnych kwestii.
„Zostań, jeśli kochasz” nie jest arcydziełem. Wiele jej do tego brakuje. Jednak jest to lektura, z której każdy może coś wynieść. Trafi do serca każdego przeciętnego czytelnika. Ja oczekiwałam po niej naprawdę zniewalającej książki, lecz dostałam tylko masę refleksji i kilka godzin bardzo przyjemnego czytania. Po lekturze czułam się delikatnie zawiedziona, lecz też usatysfakcjonowana. Mieszane emocje? A jakże! Uważam, iż jest to godna uwagi powieść i myślę, że pozostanie w moim sercu i umyśle na dłuższy czas. Mam również nadzieję, że drugi tom ukaże się w Polsce.
Moja ocena: 8/10

„Więc zagrałam. I chociaż nikt by się tego nie spodziewał, wiolonczela wcale nie brzmiała źle na tle gitar. Prawdę mówiąc, wyszło to naprawdę odjazdowo.”

środa, 30 lipca 2014

"Przyrzeczeni" Beth Fantaskey

9 komentarzy:

Autor: Beth Fantaskey
Tytuł: Przyrzeczeni
Tytuł oryginału: Jessica's Guide to Dating on the Dark Side
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 408

Jessica wiedzie zwyczajne życie. Chodzi do szkoły, spotyka się z przyjaciółką, flirtuje z chłopakami i wygrywa konkursy matematyczne. Wszystko się zmienia, kiedy na jej drodze staje pochodzący z Rumunii uczeń z wymiany międzynarodowej. Jest on arogancki, tajemniczy, przystojny i bardzo natrętny. Twierdzi, że Jessica jest rumuńską wampirzą księżniczką i na mocy paktu zawartego tuż po ich narodzinach są zaręczeni! Dziewczyna od zawsze sceptycznie podchodzi do wszelkich paranormalnych zagadnień, a Lucjusza zaczyna uważać za niebezpiecznego pomyleńca. Czy to możliwe, żeby wampiry naprawdę istniały? Jaki cel ma ten chory żart chłopaka? Czy Lucjuszowi powiodą się zaloty?
Beth Fantaskey urodziła się w małym miasteczku w Pensylwanii. Studiowała dziennikarstwo, a obecnie jest wykładowcą. Bardzo lubi pisać i żadna forma wypowiedzi pisemnej nie jest jej obca – powieści, opowiadania, artykuły, oficjalne mowy… Jej debiutem literackim byli „Przyrzeczeni”, którzy kilka lat później doczekali się kontynuacji (ale nie w Polsce). Autorka uwielbia podróżować, choć boi się latać samolotem. W nowych krajach próbuje keczupu, a najbardziej smakował jej ten z Polski.
„Przyrzeczonych” chciałam przeczytać od bardzo dawna. Byłam ciekawa, czy autorka miała oryginalny pomysł, pisząc kolejną na rynku wydawniczym książkę o wampirach. Sięgając po nią, wiedziałam, że to zwykły romans paranormalny i że nie mogę liczyć na zbyt dużo, ale nie sądziłam, że otrzymam coś TAKIEGO.
Aby dobrze ocenić tę książkę, muszę przedstawiać dwa punkty widzenia, ponieważ nie wiem, co założyła sobie autorka. Pierwszy – książka jako komedia. W tym wypadku sprawdza się nieźle. Sporo wydarzeń było tak absurdalnych, że siedziałam i skręcałam się ze śmiechu. Było mnóstwo zabawnych sytuacji, a sam Lucjusz zachowywał się komicznie. Najbardziej się ubawiłam, czytając skierowane do wuja listy, w których bohater opisywał „nieudane zaloty” i skarżył się na tamtejszych „wieśniaków”. Jeżeli miała to być satyra na paranormale o wampirach, to wypadła całkiem nieźle.
Jednak, jeżeli autorka potraktowała „Przyrzeczonych” zupełnie poważnie, to jest już gorzej. Bo zamiast martwić się o to, czy Jessica i Lucjusz będą razem, ja tylko kręciłam głową nad niedorzecznością pewnych sytuacji. Już sam fakt, że do głównej bohaterki podchodzi chłopak, który mówi, że jest ona wampirzą księżniczką i jego przyszłą żoną, jest śmieszny. To sprawia, że książki nie da się brać na poważnie. A przynajmniej trudno tak na nią patrzeć.
Wątek miłosny mi się nie podobał. Był sztuczny i po jakimś czasie przestał mnie już bawić, ale za to zaczął irytować. Jessica cały czas ma wątpliwości, jest niezdecydowana i nie rozumie swoich czuć. Wydawało mi się, że odrzuca względy chłopaka już tylko dla zasady.
Zakończenie również mnie zawiodło. Oczekiwałam czegoś lepszego, ale chyba się przeliczyłam. Czytając, odliczałam kartki do końca powieści. Wszystko było do bólu przewidywalne, a ja czekałam na nagły zwrot akcji.
Książka mnie rozczarowała. Nie potrafię jej jednak jednoznacznie ocenić, ponieważ  nie bardzo wiem, jaki był zamysł autorki. Za granicą wydano drugą część powieści, ale można się zastanawiać, co tu jest jeszcze do opisania. To chyba dobrze, że w Polce kontynuacja się nie pojawiła. „Przyrzeczeni” nie wyróżniają się spośród książek o podobnej tematyce. Zapewnią jednak relaks, ponieważ jest to lektura lekka i niezobowiązująca, niewymagająca zbyt dużo uwag, doskonale nadająca się na leniwy wieczór. Z pewnością poprawi nam humor. Są takie romanse paranormalne, które potrafią wzruszyć, a nawet czegoś nauczyć, lecz ten na pewno do nich nie należy.
Moja ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl
WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ II   

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Kroniki krwi" Richelle Mead

9 komentarzy:

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Kroniki krwi
Tytuł oryginału: Bloodlines
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 416

Sydney ma obecnie problemy w świecie alchemików. Nikt nie traktuje jej poważnie i nawet własny ojciec nie wie, czy jeszcze może jej ufać po pomocy, jakiej dziewczyna udzieliła dampirce Rose, która była uważana wtedy za królobójcę. Alchemicy są bowiem nastawieni do wampirów wrogo i nieprzyjaźnie, choć nieraz pracują u ich boku i ukrywają ich istnienie przed ludźmi. Uważają ich za krwiopijców i potwory, które nie mają prawa przebywać na ziemi. Po trudnych negocjacjach mających na celu ocalenie siostry Sydney zostaje wysłana na ważną misję – musi chronić Jill Dragomir, której grożą zdrajcy z dworu królewskiego. One dwie, dampir Eddie oraz moroj Adrian Iwaszkow ukrywają się w upalnym Palm Springs, które nie jest takim spokojnym miejscem pobytu, jak by się mogło wydawać… Czy alchemiczce uda się uratować honor rodziny? Co ją spotka podczas nowej misji?
Richelle Mead to jedna z tych autorek, po których książki sięgam bez zastanowienia, ponieważ wierzę w to, że mnie nie zawiodą. Przeczytałam już dwie serie, które wyszły spod jej pióra – „Akademię wampirów” i „Melancholię sukuba”. Obie pokochałam i szybko stały się moimi ulubionymi. Jestem zafascynowana światami i postaciami, jakie wykreowała, chcę ich poznać jak najwięcej.
„Kroniki krwi” to książka otwierająca nowy cykl o alchemiczce Sydney Sage. Jest to nowa opowieść z bohaterami poznanymi już w „Akademii wampirów”, co mnie bardzo ucieszyło, kiedy się o tym dowiedziałam. Mogłam powrócić do tamtej rzeczywistości i dowiedzieć się, co nowego wydarzyło się w świecie morojów i dampirów.
Intrygujące okazało się spojrzenie na wszystko z perspektywy Sydney. Pojawiła się ona już we wcześniejszej serii i była dla mnie wielką zagadką. Z jednej strony bała się wampirów i nie chciała z nimi przebywać, natomiast z drugiej między nią a Rose powstało coś na kształt przyjaźni. Dzięki „Kronikom krwi” mogłam poznać jej charakter, dowiedzieć się, o czym myśli i co tak naprawdę czuje. Jednak dziwnie się czułam, czytając o morojach i dampirach, nie patrząc na wydarzenia z perspektywy Rose. Pokochałam poprzednią bohaterkę i kiedy występowała w książce, nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że nie znam jej myśli.
W „Kronikach krwi” wystąpiły moje ulubione postaci. Przede wszystkim cudowny Adrian Iwaszkow, który nieraz doprowadzał mnie do śmiechu w „Akademii…”. Tutaj, co prawda, nieco spoważniał i wciąż przeżywał rozstanie z ukochaną, jednak nie brakowało mu sarkazmu i ironii, które mnie wcześniej urzekły. W wielu momentach naprawdę było mi go szkoda, choć do wielu nieszczęść sam się przyczynił. Oprócz Sydney, lepiej mogłam również poznać Jill Dragomir. Nieco irytowała mnie swoją lekkomyślnością, lecz często czułam dla niej współczucie, w końcu jej życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni w niespodziewanym momencie i nie zdążyła jeszcze przywyknąć do zmian.
Richelle Mead znowu pokazała, że ma głowę pełną pomysłów. Wprowadziła intrygujący wątek o tatuażach, który śledziłam z zapartym tchem. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach okaże się on równie interesujący.
W powieści wiele się działo, nie tylko pod koniec. Akcja cały czas utrzymywała dobre tempo, dzięki czemu bardzo wciągała. Niestety wyjaśnienia zagadek nie były dla mnie tak bardzo zaskakujące, jak powinny, w pewnym stopniu przewidziałam, co się stanie i to mnie nieco zawiodło. Lubię, kiedy autor wodzi czytelnika za nos i podsuwa fałszywe rozwiązania, a niestety pani Mead tym razem się to nie udało.
„Kroniki krwi” wypadły w moich oczach bardzo pozytywnie. Myślę, że są godną kontynuacją serii „Akademia wampirów”, lecz czy okażą się lepsze, pokażą kolejne części. Jak na razie była to bardzo dobra książka, ale wiem, że Richelle Mead stać na więcej. Już się nie mogę doczekać kolejnej części!
Moja ocena: 9/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

niedziela, 8 września 2013

"Zamek i klucz" Sarah Dessen

6 komentarzy:

Autor: Sarah Dessen
Tytuł: Zamek i klucz
Tytuł oryginału: Lock and Key
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 344

Z dnia na dzień życie Ruby rozpada się na małe kawałeczki. Matka opuściła ją już kilka miesięcy temu, a właściciele wynajmowanego domu w końcu się o tym dowiadują. Musi przeprowadzić się do starszej siostry, której nie widziała od wielu lat. Czuje się tam jak wróg i pomimo pięknego domu i modnych ciuchów wolałaby wrócić do dawnych warunków: brudnego mieszkania z wieloma niedziałającymi sprzętami. Pierwszej nocy, kiedy chce się wymknąć, poznaje sympatycznego Nate’a, który staje się jej pierwszym przyjacielem. Ruby odkrywa nie tylko rodzinne sekrety, lecz także tajemnicę chłopaka z sąsiedztwa. Jak dziewczyna sobie poradzi w nowym życiu? Czy naprawi relacje z siostrą? I czy znajdzie czas na miłość?
Sarah Dessen mieszka w Chapel Hill w Karolinie Północnej z mężem, córką i dwoma psami. Jest amerykańską autorką książek dla młodzieży. Już od dzieciństwa kochała pisać i czytać, rodzice kupili jej maszynę do pisania, dzięki której powstały jej pierwsze opowiadania. Stworzyła już 11 powieści, ale na polski przetłumaczono ich tylko kilka.
Już od dawna miałam w planach tę powieść. Pamiętam, jak kiedyś natknęłam się na pozytywną recenzję i od tamtej pory bardzo chciałam ją przeczytać. Wtedy nie podejrzewałam, iż jest to zwykła młodzieżówka, myślałam, że to jakaś wzruszająca książka o radzeniu sobie ze stratą i odkrywaniu rodzinnych tajemnic, lecz myliłam się. Mimo wszystko uważam, że warto się z nią zapoznać.
Od samego początku czytelnik obserwuje jak źle Ruby radzi sobie z nową sytuacją. Nie wiedziała, co się dzieje z jej matką, nie wykluczała śmierci i choć twierdziła, że wcale jej tak nie zależy na swojej rodzicielce, to mimo wszystko tęskniła. Chciała wrócić do dawnego żółtego domu, myślała, że mama może tam w każdej chwili wrócić. Nie potrafiła nawiązać bliższego kontaktu z innymi, zamknęła się w sobie. Czasem, w przypływie smutku, wracała do dawnych znajomych i upijała się z nimi. Przykro było na to dla mnie patrzeć, nawet nie wyobrażam sobie, co musiała czuć.
Nate to bardzo miły chłopak, od samego początku go lubiłam. Jak się okazało, także skrywał tajemnicę. Starał się wspierać Ruby jak mógł, nawet kiedy mówiła, że go nie potrzebuje. Choć ona nie uważała go za przyjaciela, on starał się nim być.
Spodziewałam się, że powieść będzie w dużej mierze będzie skupiać się na odkrywaniu rodzinnych sekretów i tajemnic, lecz nic takiego nie było. Główna bohaterka tylko zaczęła odkrywać, jaka naprawdę była jej mama, i to za sprawą siostry. Trochę się na tym zawiodłam, ponieważ uwielbiam, kiedy na jaw wychodzą jakieś stare rodzinne tajemnice. Najczęściej są bardzo szokujące i zaskakujące.
Sarah Dessen posługuje się prostym językiem, jaki powinno się znaleźć w typowej młodzieżówce. Opisy nie są zbyt długie i nużące, wystarczają, abym mogła sobie z łatwością wyobrazić dane miejsce czy postać. Spodobały mi się fragmenty dotyczące przeszłości, kiedy Ruby wspominała chwile, kiedy mieszkała z matką, albo kiedy była jeszcze z nimi siostra.
„Zamek i klucz” to przyjemna i ciekawa powieść, na którą warto zwrócić uwagę wśród innych młodzieżówek. Uważam, że spodoba się większości osobom, które po nią sięgną i nie wymagają wybitnej lektury. Polecam.
Moja ocena: 7/10

Recenzja została napisana dla portalu literatura.juventum.pl

sobota, 22 grudnia 2012

"Nawiedzone miasteczko Shadow Hills" Anastasia Hopcus

9 komentarzy:

Autor: Anastasia Hopcus
Tytuł: Nawiedzone miasteczko Shadow Hills
Tytuł oryginału: Shadow Hills
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Liczba stron: 352
Cena: 34,90 zł

Persephona Archer przenosi się do szkoły z internatem w Shadow Hills po śmierci swojej siostry Ateny. Wie, że ona też miała przerażające sny, które opisywała w pamiętniku i miała zamiar pojechać do tajemniczego miasteczka. Phe zamierza odkryć przyczyny śmierci Ateny oraz tajemnicę Shadow Hills, może nawet nie jedną… Jednak nie będzie to bezpieczne. Na jej drodze czeka wiele niebezpieczeństw i niespodzianek. Czy Persephona odnajdzie odpowiedzi na swoje pytania? I czy uda jej się uwierzyć w to, co usłyszy lub zobaczy w Shadow Hills?
Anastasia Hopcus to amerykańska autorka, która wydała na razie tylko jedną powieść, „Shadow Hills”. Moim zdaniem debiut był udany i zapowiada się na kolejną część. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, to w oryginale będzie nosiła tytuł „Holiday Spirits”. Mam nadzieję, że autorka jeszcze lepiej zaprezentuje swoje umiejętności pisarskie.
Do przeczytania książki zachęciła mnie w największym stopniu okładka. Jest piękna, a zarazem tajemnicza. Od razu przyciągnęła mój wzrok i w jednym momencie się w niej zakochałam. Opis także mnie zaintrygował. Miałam nadzieję, że Anastasia Hopcus nie będzie się trzymała utartych schematów i zaprezentuje coś zupełnie nowego. Na szczęście, powieść spełniła moje oczekiwania.
W „Nawiedzonym miasteczku Shadow Hills” nie spotkamy żadnych wampirów, aniołów, czy innych popularnych dziwactw. O nie, autorka stworzyła ludzi, ale niestety nie mogę zdradzić czym się oni odznaczają, żeby nie zepsuć Wam przyjemności z czytania. Powiem tylko, że w żadnej książce jeszcze się z tym nie spotkałam.
Bohaterowie zostali dość dobrze wykreowani, ale tylko pierwszoplanowi. Postaci drugoplanowych nie zdążyłam poznać. Tak naprawdę jakiś ślad w mojej pamięci zostawili tylko Phe, Zach oraz Corinne. O reszcie po prostu zapomniałam, nie odznaczali się niczym szczególnym i wydawało mi się, że przyjaciele głównej bohaterki są płytcy, puści, niemądrzy.
Pani Hopcus posługuje się prostym i łatwym do zrozumienia językiem, dzięki czemu książkę czyta się w błyskawicznym tempie. Kiedy się już ją odłoży na półkę, żałuje się, że miała tak mało stron. Przestawiona historia bardzo wciąga i ciężko przewidzieć, co się zaraz stanie.
„Nawiedzone miasteczko” to dobra powieść na zimny jesienny wieczór. Warto spędzić parę godzin przy tej książce. Może nie jest wspaniała, ale z pewnością wyróżnia się spośród innych paranormalnych romansów. Cieszę się, że autorka miała swój własny pomysł, a nie pisała cały czas o tym samym co inni. I oczywiście miło mieć na półce powieść z taką ładną okładką.
Moja ocena: 7/10